Człowiek-Pająk kultury motoryzacyjnej? Jeden model jest bezkonkurencyjny

Najnowszy film o Spider-Manie podbija kina. W świecie motoryzacji niektórzy, jak Škoda Polska, subtelnie do niego nawiązują, zaś BMW z racji współpracy z Marvelem i Sony Pictures stosuje kreatywną i kontrowersyjną „promocję krzyżową” (cross-promotion). Tytuł „Brand new day” i określenie „Neue Klasse” nieźle ze sobą współgrają, ale szukanie dobrze uargumentowanej odpowiedzi na pytanie o „Spider-Mana kultury motoryzacyjnej” może poprowadzić w zupełnie innym kierunku.


Moim zdaniem pytanie to jest jednak czymś więcej niż tylko eksperymentem myślowym. Spider-Man ma być „bardzo ludzkim superbohaterem”. Stan Lee używał określeń takich jak „Pająk z sąsiedztwa”, które na trwałe wpisały się w wizerunek tej postaci. Zabawa w szukanie dwu- lub czterokołowego odpowiednika Spider-Mana przekłada się na pytanie, czy codzienny lub popularny pojazd też może być „superbohaterem”.
Choć w klimacie umiarkowanym, zwłaszcza przy dzisiejszym dostępie do samochodów, każdy motocykl jest pojazdem na specjalne okazje, warto jeszcze na chwilę pozostać przy marce BMW i pochylić się nad wizerunkiem GS-ów. Te „zbyt łatwe” i „zbyt” popularne maszyny płacą za swą uniwersalność etykietką przeznaczonych dla niezbyt charakternych jeźdźców. W świadomości fanów motoryzacji przystępność i superbohaterstwo jednak niespecjalnie idą w parze.
Nie jestem fanem sztucznej inteligencji, ale „o propozycję modelu samochodu lub motocykla, który można uznać za odpowiednik Spider-Mana w kulturze motoryzacyjnej” zapytałem też Chata GPT. Zaczął dość … interesująco:
„To ciekawe porównanie, bo Spider-Man nie jest ani najpotężniejszym, ani najdroższym superbohaterem. Jest za to:
• młody i dynamiczny,
• niezwykle zwinny,
• szybki bardziej dzięki refleksowi niż brutalnej mocy,
• dostępny i „bliski ludziom”,
• efektowny, ale nie ostentacyjny,
• uwielbiany przez fanów i rozpoznawalny na całym świecie.
Jeśli przełożyć te cechy na motoryzację, otrzymujemy kilka bardzo ciekawych kandydatów”.


Trenerzy modelu językowego zarobili u mnie jednak również pewnego plusa- „kultura motoryzacyjna” znaczy „samochodowo- motocyklowa” z traktowaniem na równi obu tych nurtów. Bez dodatkowego pytania otrzymałem dwie listy propozycji- z autami i z jednośladami. W obu przewijają się wariacje przymiotnika „zwinny”, który został też bezpośrednio przypisany liderom: Aprilii RS 660 oraz Mazdzie MX-5. MX-5 jako „najlepszy odpowiednik” wygrała z Toyotą GR86, Hondą Civic Type-R i Porsche 718 Caymanem. Za Aprillą, przy której znalazł się dopisek „najbardziej «Spider-Man»”, uplasowały się Triumph Street Triple RS, Yamaha YZF-R7 oraz KTM 890 Duke R.
Sieci neuronowe łatwiej odwzorowują „zdrowy chłopski rozum” niż żelazną logikę, ale propozycja wydaje się dość spójna. GPT zebrał maszyny o sportowym charakterze, bazujące na czymś innym niż brutalna moc. Wraz z wielką mocą na drugi plan zeszła też wielka odpowiedzialność- ta za udział w życiu codziennym kierowców i ich bliskich. Reprezentuje ją przede wszystkim Civic Type-R. No właśnie- czy ktoś zastanawiał się mocniej nad tym, dlaczego każdy Civic otrzymuje jakby wizerunkowe wsparcie od Type-Ra, ale podobna prawidłowość nie występuje w przypadku Golfa, którego sportowe wersje- R, GTI i GTD funkcjonują niemal jako osobne byty.
Tymczasem to właśnie Golf, rozumiany całościowo, jest moim kandydatem na motoryzacyjnego superbohatera z sąsiedztwa. I muszę się tu przyznać do dwóch rzeczy, które teoretycznie mogłyby mieć na to wpływ:
1. na co dzień jeżdżę Octavią,
2. współpracowałem przez ponad 10 lat z Volkswagen Trends (oraz BMW Trends) i nadal zawsze chętnie coś dla tego medium napiszę.
Na argument „Andrzej, od lat obcujesz z autem, które jest technicznie Golfem i to dlatego chcesz dla Golfa docenienia” mam naprawdę przekonującą odpowiedź. Po pierwsze, jedyna linia modelowa, której związek wizerunkowy z hatchbackiem z Wolfsburga jest proporcjonalny do związku technicznego to sedany Jetta/Vento/Bora. Nie trzeba dochodzić do Leona, Octavii i A3, by wykazać, że „golfowate” mają własne marketingowe problemy i sukcesy. New Beetle i (The) Beetle bardziej ucierpiały za „zbyt mało Garba w Garbie” (co było technicznie nieuniknione) niż bezpośrednio za bycie „przebranym Golfem”. Natomiast przy Scirocco bardziej analizuje się niezawodne i problematyczne silniki, niż zadaje pytanie, czy baza jest wystarczająco sportowa. Ba, Audi TT z jednej strony bywało postrzegane jako „wóz sportowy dla branży beauty”, ale z drugiej- dla niektórych kierowców pierwsza seria okazała się sportowa aż za bardzo.
Po drugie, lecz z pierwszego wynikające, nobilitacja Golfa nie bardzo przenosi się na Octavię. Skoro Golf jest taki zwykły- niezwykły to zdecydowanie warto mieć oryginał, ze znaczkiem VW.
Argument współpracy z Volkswagen Trends to już broń obosieczna. Mogę bronić Golfa jako codziennego superbohatera, bo w życiu i w lekturze obcowałem z licznymi niesamowitymi Golfami. Auta tuningowe- to jedno, niezwykłe historie wersji sportowych i prototypów- to drugie, ale w dziejach Golfa da się również wskazać odpowiednik „instynktu pająka”. Jak zdolność do niemal ponadnaturalnego przewidywania (prekognicji), którą został obdarzony Peter Parker prezentuje się wprowadzenie Golfa Country na długo przed eksplozją popularności SUVów i crossoverów.
Że Country ostatecznie nie przyniósł Golfowi kolejnego sukcesu? A czy odpowiednik najbardziej ludzkiego z superbohaterów powinien być tak jednoznacznie niepokonany? Za to wyprodukowany w 558 egzemplarzach Country Chrom błyszczy na liście rzadkich wersji Golfa obok 71 sztuk GTI 60 Limited. Miejsca na liście unikatów pokazują, że model znany z wielkich wolumenów sprzedaży jest w stanie sięgnąć też po motoryzacyjne szlachectwo.
Volkswagen potrafi je zresztą zaznaczyć także w bardziej dostępnych wersjach GTI- kraciaste fotele i gałka dźwigni zmiany biegów w kształcie piłeczki golfowej niosą atmosferę wyjątkowości, a zarazem są bardziej rozpoznawalne niż wiele „smaczków” z segmentu supersamochodów.
Skoro zaś w kanonicznych opowieściach o Spider-Manie twórcą pajęczej sieci jest sam bohater, jawiący się jako geniusz nauk technicznych, to i do tego konceptu wypadałoby dopasować jakieś Golfy. Dwusilnikowy Pikes Peak, planowany jako baza rajdówek A59 oraz GTI W12-650 zdecydowanie załatwiają sprawę.
Ktoś może twierdzić, iż ten tekst to wyraz tęsknoty za Trends na papierze (i oby faktycznie wróciły), ale piszę go przede wszystkim dlatego, że nienawidzę etykietek „motocykla dla zblazowanych” i, przede wszystkim, „nudnego samochodu”. Choć główny riff utworu Manic Street Preachers „Motorcycle Emptiness” brzmi naprawdę pięknie, te dwa sposoby myślenia to prezenty dla tych, którzy chcą byśmy korzystali z motoryzacji tylko przy specjalnych okazjach.
A docenienie pojazdów używanych na co dzień jest świetną odtrutką. Bo tak naprawdę Wasz zysk ze zjawisk kulturowych takich jak prezentacja Bugatti z kolekcji Ralpha Laurena w Luwrze, zatrudnienie Jeremy’ego Clarksona w „Milionerach” czy obecność cenionych aktorów w serii „Szybcy i wściekli” zależy od jednej małej rzeczy. Od tego, czy potraficie sobie zrobić ze zwykłych dojazdów małe motoryzacyjne święto.

Andrzej Szczodrak

Ferrari Luce: Świat w szoku, że stało się to, co zwykle

Fot. Alexander Migl, Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International

Nadwozie Ferrari Luce ma w sobie coś, co budzi dyskomfort u znacznej grupy oglądających. Można … odetchnąć z ulgą, bo, powiedzmy sobie szczerze, wielu z nas podświadomie chciało, by tak było. Kontrowersje wokół wyglądu karoserii to idealna otoczka dla auta, którego sam koncept techniczny jest „świętokradztwem”.
Ś.p. Sergio Marchionne będący przecież bardziej specjalistą od zarządzania niż urodzonym miłośnikiem kultury samochodowo-motocyklowej, określił w pełni elektryczne Ferrari jako „coś niemal obscenicznego„. Nic dziwnego. Spotykane w języku angielskim przeciwstawienie (czy, jeżeli chcemy wyrażać się bardziej jak poloniści: „spotykana w języku angielskim dychotomia”) „car vs. electric vehicle” (samochód kontra pojazd elektryczny) to coś, co u wielu z nas „weszło za mocno”. Ja i mnie podobni możemy sobie przywoływać Bakera Electric czy Jamais Contente i mówić o funkcjonowaniu spalinówek oraz aut na prąd w jednej kulturze motoryzacyjnej. Ludzie niewyobrażający sobie prawdziwej jazdy bez dźwięku silnika oraz wojujący teslanie i tak mają w sumie wspólny pogląd: „elektryk” to nie tyle auto, co jakaś kapsuła nowej mobilności.

Przyjęło się, że Ferrari to więcej niż firma samochodowa. To firma samochodziarska. Auto elektryczne jej „nie przystoi”, a teraz jeszcze się okazuje, że stylizacja nadwozia tego auta jej po prostu „nie wyszła”.

Czy to ciąg przyczynowo-skutkowy? Tylko częściowo.

Moim zdaniem droga do szoku nie przebiegła tak:

  • Zróbmy elektryczne Ferrari! -> Bum! Gruch! Łubudu! -> z Emilii-Romanii wyjeżdża stylizacyjna masakra dokonana kreską człowieka z Apple

tylko tak:

  • Zróbmy elektryczne Ferrari! -> To, skoro i tak będzie ciężkie, nadajmy mu formę sedana… -> Bum! Gruch! Łubudu! ->
    z Emilii-Romanii wyjeżdża stylizacyjna masakra dokonana kreską człowieka z Apple.

Uważam, że prawdziwym problemem Luce nie jest dążenie do nowoczesności, tylko to, iż firmom mającym w DNA supersportowe coupé wyjątkowo rzadko wychodzą sedany. Zamiast chronologią posłużę się ciągiem skojarzeń, ale teza jest dość łatwa do obronienia.

Dość powszechny entuzjazm budzi Bugatti EB112, które nawet nie dostało poważnej szansy na rynku. Jednak, przy całej mojej miłości do marki Bugatti, śmiało mogę powiedzieć, że EB112, choć zdecydowanie coś w sobie ma, jest autem o dość szczególnych proporcjach.

Fot. Riceburner75 (https://www.flickr.com/photos/41364417@N04/3812271629/sizes/o/in/set-72157621895228813/), CC BY-SA 2.0

Panamera? Przecież polubiliśmy ją za to, jak jeździ. Uniknęła zalewu wyzwisk od „rozdeptanych” głównie dzięki temu, że motoryzacyjna opinia publiczna była zajęta hejtowaniem Cayenne (by później docenić je za nieudawaną wszechstronność).

Prototypowe Lambo Estoque? Jeśli przebiec wzrokiem od bagażnika do przednich świateł, można odnieść wrażenie, że linia boczna godzi elegancję limuzyny ze sportowym zadziorem. Tył pasuje i do sedana, i do supersportowca. Tylko to spłaszczenie z przodu … niemal jak u „patronki” wpisu, czyli „pierwszej generacji” Astona Martina Lagondy. A rzeczona Lagonda? Nazywanie jej brzydką to dla mnie przesada, ale w powszechnej opinii nie należy do najbardziej spójnych stylizacyjnie aut. Do mojej tezy może za to nie pasować inny Aston Martin- Rapide. Udało się „rozciągnąć” coupé klasy GT, a w powstałym w ten sposób sedanie trudno znaleźć jakąś pokraczną część nadwozia. Przód nie jest zbyt spadzisty ani nieproporcjonalnie długi, tył ani za niski, ani za wysoki.

Maserati Quattroporte? Tu też coś się udało, i to kilka razy. Ale, mówcie, co chcecie, dużo lepiej udawało się z niemal typowymi sedanami przywodzącymi na myśl niektóre projekty Lancii…

Fot. Thesupermat, CC BY-SA 4.0

… lub nawet mogącymi w pewien sposób kojarzyć się ze stylem BMW

Fot. Wootelef

… niż z autami, którym trudno odmówić ogólnego uroku, ale których przody wydają się wręcz nienaturalnie obniżone, by zachować podobieństwo do modelu GranTurismo.

Fot. Norbert Aepli, Switzerland, CC BY 4.0

Sedan zachowujący rodzinne podobieństwo do spłaszczonych GT czy wręcz do aut supersportowych to trudny temat również dla bardziej niszowych marek. Klasyczne De Tomaso Deauville jest zbudowane dość proporcjonalnie (choć poniższe, eksponujące zwis przedni, zdjęcie zdaje się temu zaprzeczać). Ale na jeden przykład Deauville sprzed lat

Fot. Deauville81 (talk)

przypadną nowe Deauville, którego sylwetka została uznana za przyciężką oraz piękne, ale mające dość nienaturalnie obniżony tył Monteverdi HS 375/4. W przypadku szwajcarskiej limuzyny „winny” jest zapewne punkt wyjścia w postaci HS 375 S. To coupé typu fastback, czyli takie, w którym dach, tylna szyba i pokrywa bagażnika tworzą jedną, opadającą linię.

Monteverdi HS (High Speed) 375 S Frua Coupé, Fot. Matthias van der Elbe, CC BY-SA 4.0
Monteverdi HS 375/4, Fot. Buch-t

(nadwozia sedan w historii Monteverdi miały również Sierra i Tiara, ale oba modele dość mocno bazowały na autach innych producentów).

Dzieje współczesnych, odnoszących sukcesy, „limuzyn w stylu coupé” to z kolei dorobek marek, które zdążyły się zżyć z nadwoziem typu sedan. Podwaliny położyła doceniana Alfa Romeo 156 z „ukrytymi” tylnymi klamkami. Czy akurat ten detal uznałbym za jej atut? Nie do końca. Uważam, że sylwetka tego auta ma dużo uroku, ale niespecjalnie sprzyja przymrużeniu oczu i zapomnieniu drugiej parze drzwi.

Fot. Salexx156, CC BY-SA 4.0

O Mercedesie CLS powiedziałbym, iż staje się coraz bardziej proporcjonalny z generacji na generację. Z kolei BMW serii 4 i 6 Gran Coupe pokazują, jak dobrym punktem odbicia dla tego typu pomysłów jest historia marki radzącej sobie z projektowaniem drapieżnie wyglądających dwudrzwiowych sedanów. CLSowi, CLA i Gran coupe służy oczywiście także obecny w tradycji Mercedesa i BMW zwyczaj budowania coupé pochodzących od sedanów (od CLK i serii 4 po klasę S coupé).

Fot. Vauxford, CC-BY-SA-4.0

Ewolucja od klasycznej limuzyny do pojazdu wciąż czterodrzwiowego, ale mocno inspirowanego coupé przebiega znacznie płynniej niż próby rozwijania spłaszczonego auta sportowego, mającego wyraźnie zarysowaną sylwetkę typu klin (o przodzie niższym niż tył) w sedana.

Dziennikarze lubią nazywać smukłe coupé o niskim przodzie „płaszczkami”. Swoje oficjalne nazwy wzięły od tych zwierząt Corvette Stingray czy (mniej spłaszczony niż choćby późniejsza Calibra) Opel Manta. Mureny to zupełnie inna, niezaliczana do płaszczek, rodzina ryb, ale i Matra Murena stanowi przykład auta o wręcz szpiczastym przodzie i dość wyraźnie wyższym od niego tyle.
Ciekawym eksperymentem myślowym byłoby wyobrażenie sobie sedanów opartych o rzeczoną Matrę Murenę

Fot. Guy2000, CC BY-SA 4.0

… czy o Toyotę MR2.

Fot. Alexander Migl, CC BY-SA 4.0

Celowo wybrałem małe coupé nawiązujące do supersamochodów. Im bardziej wyraźny klin, tym trudniej.

Ferrari produkuje auta supersportowe oraz super-GT takie jak 456 oraz 550 Maranello. I nawet w super-GT stosuje spadziste przody.

Fot. Guibo, GNU General Public License

Linia boczna supersamochodu lub nawet super-GT to rzut na płaszczyznę dwóch lub trzech brył. Można ją opisać jako zbudowaną wokół następujących figur (oczywiście wyoblonych):

  • trapezu prostokątnego z bardzo krótkim przednim bokiem, wyglądającego prawie jak trójkąt (do słupka A)
  • prostokąta (od słupka A do słupka B)
  • trapezu dość podobnego do tego z przodu lub wręcz trójkąta (w przypadku fastbacków- wtedy możemy powiedzieć, że wspomniany trójkąt łączy się ze środkowym prostokątem w jeden trapez, a auto jest dwubryłowe).

„Samochód jednobryłowy” kojarzy nam się z minivanem lub Twingo, ale idealny przód supersamochodu lub super-GT mocno zbliża takie auto do „jednobryłowości” (mniej widocznej, gdyż przednia szyba jest dużo mocniej pochylona).

Natomiast naprawdę elegancki sedan, choćby i najbardziej usportowiony powstaje po prostu wokół trzech prostokątów, z których pierwszy i ostatni mają dość podobną wysokość. Jeśli ma drapieżnie wyglądać, to jest po prostu niski. Skoro drapieżnie- spójrzmy na Jaguara XJ X300.

Fot. GPS 56, CC BY 2.0

Paradoksalnie, wzorzec dla limuzyny Ferrari mogłaby zatem stanowić rodzina klasyków z Maranello tworzona przez 365 GT4 2+2, 400 i 412. Klin jest tu na tyle subtelny, że można by dodać drugą parę drzwi bez większego naruszenia proporcji.

Fot. Charles01, CC BY-SA 3.0

Tymczasem po Luce wyraźnie widać, że styliści największe zmagania toczyli nie tyle z zadaniem stworzenia „Ferrari epoki Elona Muska i chińskich aut elektrycznych” co po prostu z tematem trójbryłowego Ferrari. Szukano sposobów, by linia boczna superdrogiego sportowego samochodu przyszłości nie załamywała się jak w Renault Thalii. Albo i gorzej, bo nie na styku brył drugiej i trzeciej, a już przy słupku A. Stąd ten „dwuwarstwowy” przód, który ma tworzyć wrażenie „ostrego nosa” a zarazem jakoś komponować się z wysokim tyłem.

Spoglądam znów na zdjęcia 365 GT4 2+2 i jego następców. Układam sobie w głowie to, jak silną tradycją Ferrari jest reinterpretacja sprawdzonych motywów i jak ciepło przyjęto hołd oddany 365 GTB/4 (czyli Daytonie) przez stylistów 12Cilindri.

Mam odczucie, że wzięty z branży IT projektant Luce wyważał otwarte drzwi.

Andrzej Szczodrak

Motowizjo, czemu chronisz Łukasza Byśkiniewicza ?

Fot. Makary (https://commons.wikimedia.org/wiki/User:Makary)

Tydzień temu rozegrany został Rajd Polski. Mogliśmy podziwiać Martinsa Sesksa, kibicować Miko Marczykowi, zastanawiać się, co dzieje się w głowie Haydena Paddona (z jednej strony robiącego dobrą robotę, z drugiej- tracącego pozycję faworyta)… Mieliśmy szansę, by ten rajd naprawdę poczuć, niezależnie od tego, czy wybraliśmy się na OESy. A to dlatego, że mimo problemów technicznych (ach, ten odcinek kwalifikacyjny) relacja na żywo w Motowizji naprawdę oddawała klimat.

Kto nie oglądał na żywo, ma jeszcze okazję popatrzeć na powtórki, które są wciąż emitowane
( https://motowizja.pl/ramowka-tv/ ). Może odkryje w ten sposób tajemnicę jednego z fragmentów transmisji. Było tak: linię mety przekracza Łukasz Byśkiniewicz, do którego podchodzi reporter Rally.TV. W mini-wywiadzie kierowca wyraża zadowolenie z tego, iż auto i załoga są „in one shape”. Radość tę jestem skłonny podzielać. Przynajmniej po tym, jak komentator Motowizji jak gdyby nigdy nic tłumaczy, że kierowca i jego pilot są zadowoleni z ukończenia odcinka „w jednym kawałku”.

Też się cieszę, bo „dzwonów” nie życzę. Tylko zastanawiam się nad dwoma kwestiami.

Po pierwsze:

Jaki jest prawdziwy sens działania teamu, którego teoretycznym fundamentem jest to, że rzekomo „dziennikarz budujący pozytywny wizerunek fanów motorsportu dostaje szansę realizowania się w dziedzinie, «dla której tak dużo robi»”, skoro o realizacji takiej misji można by mówić w przypadku dziennikarza choć trochę sprawnego językowo? A tu mamy pana Byskiniewicza regularnie popełniającego anakolut, mylącego Alpine z Alpiną, a Europie pokazującego dość kuriozalny angielski (możliwość użycia „in one shape” jako zamiennika „in one piece” negatywnie zweryfikowałem w rozmowie z rodowitym Anglikiem).

Po drugie:

Rzeczą całkowicie naturalną w dziennikarstwie jest rywalizacja. Żurnaliści sportowi zarzucają swym kolegom po fachu niekompetencję i wytykają błędy językowe. Publicyści zajmujący się polityką toczą boje przypominające walkę Hlavy (giermka Zbyszka z Bogdańca) z giermkiem Rotgiera, van Kristem- rozgrywane obok głównego pojedynku, ale równie zacięte. Tymczasem fani sportów samochodowych i motocyklowych mają niepowtarzalną okazję oglądania transmisji, w której komentator tuszuje to, że kierowca startujący w barwach głównego rywala prezentuje koślawy angielski przed całą Europą. „Nic się nie stało, Łukaszu, nic się nie stało”.

Czy naprawdę chcemy, by sprawność w budowaniu sieci społecznej liczyła się bardziej niż merytoryczne umiejętności?

Motowizjo, dlaczego chronisz Łukasza Byśkiniewicza?

Najbardziej budowlane auto w Polsce, czyli o tym, z czego jest nasze państwo

Lancia Kappa, autor: Rudolf Stricker – Praca własna, Attribution, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4427923
VW Transporter T4 autor: OSX – Praca własna, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=15541122
Škoda Superb autor: Vauxford – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=82968617

  • ►Cześć, jestem Volkswagen T4 i jestem najbardziej budowlanym samochodem w Polsce.
  • ►Hej, ty, jazda autonomiczna twoja mać, co ty tam burczysz wydechem ?! To ja, Lancia Kappa jestem najbardziej budowlanym autem w tym kraju, a ty to zwykły dostawczak jesteś.
  • ►No, i co ? A to najbardziej budowlany samochód w Polsce nie powinien być dostawczakiem ?! Będzie mnie tu jakiś Fiat z góry traktował !
  • ►No, nie migaj kontrolkami, tylko posłuchaj mojej historii. Ty sobie mogłeś i nadal możesz wozić piasek, cement i inne takie, ale to ja byłam przy powstaniu prawdziwego budulca tego państwa… Było to w latach 90. XX wieku. Na początku był beton… Wiesz, co to beton ?
  • ►Pewnie, że wiem ! Tego się nie wozi, bo to powstaje na miejscu, na budowie !
  • ►Ale ja o innym betonie ! Było kiedyś coś takiego jak PZPR. Słowo « beton » początkowo oznaczało ludzi, którzy byli w to zaangażowani i najmocniej trzymali się głoszonych przez to coś poglądów. Potem « betonem » zaczęto nazywać wszystkich, którzy w PZPR działali.
  • ►No, tak. Zadebiutowałaś, kiedy ten « beton » wrócił do władzy. Jeździłaś dla rządu. Ale to nie robi z ciebie najbardziej budowanego samochodu w Polsce.
  • ►Taaak ? A wiesz, co to jest styropian ?
  • ►No, ba. Woziłem tyle rzeczy opakowanych w styropian…
  • ►Ech, wy, furgony. Zero finezji… Nawet najważniejszego polskiego znaczenia słowa « styropian » nie ogarnia… Tak, to pochodzi od tego twojego styropianu, ale dla Polski jest o cały moment obrotowy Bugatti Chirona ważniejsze ! Styropian to faceci i kobitki, którzy na przełomie lat 80. i 90. kłócili się z betonem. Tym, o którym Ci opowiadałam.
  • ►Skąd ty takie rzeczy wiesz ? Przecież jesteś z modelu, który zadebiutował w 1994 ?
  • ►Ano wiem, bo widziałam powrót styropianu w późnych latach 90. I to jak beton nie dawał za wygraną…
  • ►A kto w końcu zwyciężył ?
  • ►Pytanie tak głupie, że aż mądre. Dzięki niemu zaraz dowiesz się, co jest prawdziwym budulcem Polski. Otóż nie wygrał nikt. Styropian i beton się wymieszały. I tak powstał prawdziwy budulec tego państwa- betonostyropian. Gdy chcesz coś zmienić, naprawić, unowocześnić, zachowuje się jak beton i stawia bardzo mocny opór. Ale kiedy pragniesz mieć jakiś punkt oparcia, na czymś polegać, wszystko nagle rozwala się przy najmniejszym nacisku. Chcesz, by było elastyczne- jest twarde. Chcesz, by było twarde- jest kruche. Oczekujesz, że będzie mocne wobec przestępców i sprawców nadużyć- jest miękkie. Liczysz, że drobne przewinienia porządnych obywateli ukarze raczej symbolicznie- jest brutalne.
    Ten niesamowity budulec powstawał, gdy beton i styropian się mieszały. Przy tym byłam ja- Lancia Kappa, najbardziej budowlane auto w Polsce.
    A ty nadal wóź przeprowadzki i marz o karierze twojej siostry, Caravelle Business, ty w Antoninku składany następco Tarpana…
    O, patrz Škoda Superb jedzie. Twoja krewniaczka. Chromowane wstawki, skórzana tapicerka, a na kanapie betonostyropian.

Andrzej Szczodrak

Niepotrzebny przypływ rozsądku, czyli klasycznie elegancka Multipla w 1998 roku

Źródło: Auto Świat, Numer z 28 sierpnia 1996

Kibice piłkarscy krytykujący trenera Jerzego Brzęczka rzadko poprzestają na stwierdzeniu, że prowadzona przez niego reprezentacja rozgrywa słabe mecze. Przeciwnie- mają zwykle swoich faworytów na pozycję lewego obrońcy oraz pomysły na ustawienie linii pomocy.


Inaczej jest z fanami motoryzacji powtarzającymi obiegową opinię o wyglądzie nadwozia Fiata Multipli- tworzą memy, piszą komentarze, ale zwykle ograniczają się do samych ocen.

Przypomnę jedną rzecz. Osoby częściej odwiedzające Motofikcję na pewno ją zauważyły. Otóż uważam, że kreowania samochodowo- motocyklowego świata nie można zostawić politykom i pracownikom firm motoryzacyjnych. Jednym z ważniejszych celów tej strony jest zachęcanie do patrzenia na ręce zarządcom transportu oraz do odkrywania w sobie Bena Pona (handlowiec, który zmobilizował Volkswagena do stworzenia Bullika) lub Boba Halla (dziennikarz, który wymyślił MX-5).

A skoro środowisko fanów motoryzacji ma być pełne osób potrafiących zaproponować Mitsubishi inny sposób walki o klienta niż łączenie nazwy Eclipse ze słowem Cross, to eksperyment myślowy « jak, na miejscu managerów Fiata, rozegralibyśmy sprawę Multipli » naprawdę ma sens.

Na razie nie przypominam sobie nawet, żebym zobaczył w Internecie nawet banalne stwierdzenie, iż Multipla z 1998 roku mogła, pod względem wizualnym, być skróconą i podwyższoną Mareą Weekend. Owszem, pamiętam wizję takiego właśnie auta, ale była ona opublikowana w « Auto Świecie » przy okazji pierwszych doniesień o planach stworzenia fiatowskiego kompaktowego minivana.

No, właśnie. Skoro już przywołujemy nazwę segmentu, możemy śmiało odrzucić opcję « Multipla mogła po prostu nie powstać ». Wystarczy sięgnąć do katalogu « Samochody Świata 1995 », by przypomnieć sobie, że od połowy lat 90-tych minivany stawały się tak modne, jak teraz SUVy. Renault wypuściło Mégane Scenic, a inni producenci musieli na to odpowiedzieć. Citroën tworzył Xsarę Picasso, Opel szykował siedmioosobową Zafirę, Fiat nie mógł być gorszy.

Pytanie, czy Multipla musiała stać się apelem do managerów oraz projektantów Citroëna, by przeprosili za nazwę Picasso i ogłosili, że nawet nie wiedzą, co znaczy słowo « awangardowy ».

Multipla, czyli « liczna »

Sami inżynierowie i projektanci Fiata byli związani założeniami projektowymi nawiązującymi do Fiata 600 Multipla z lat 50-tych i 60-tych XX w. Otóż auto miało przewozić 6 osób. I zmieścić je na ok. 4 metrach długości.

Co, ciekawe sama nazwa jest też trochę nietypowa. W języku włoskim większość słów pochodzących od łacińskiego « multum » zawiera głoskę « o » zamiast « u ». Dlatego « dziękuję bardzo » mówimy Włochom słowami « molte grazie » . I nawet słowa « multiplo », « multipla » mają synonim « molteplice ».

Jedno jest pewne. Multipla musiała być « liczniejsza » od minivanów z Francji. Czyli sześcioosobowa. A zarazem dość krótka. Ma raptem 3993 czy 3994 mm. Jest krótsza od Fiata Bravo (mierzącego 4020 mm), a przestrzeń we wnętrzu oferuje dzięki szerokości (Multipla- 1872 mm, Bravo- 1740 mm) i, oczywiście, wysokości. Szerokość sprawia też, że w swoim segmencie wyróżnia się prowadzeniem.

Giardiniera, kuzynka Multipli

Fiat mógł też cofnąć się o krok, i zamiast do modelu 600 Multipla nawiązać do 500 w wersji Giardiniera. Taka « Giardiniera Nuova » mogłaby mieć pięcioosobowe wnętrze i wyglądać mniej-więcej jak skrócona i podwyższona Marea Weekend. Później, jako konkurent mierzącej 4317 mm siedmioosobowej Zafiry mogła pojawić się przedłużona wersja kompaktowego fiatowskiego minivana, która nosiłaby już nazwę Multipla.

Według polskich mediów nazwa « Marea » oznacza przypływ lub odpływ (tłumaczenie « fala » wydaje się zatem lepsze). Decyzja o produkcji minivanów podobnych do Marei Weekend, zamiast Multipli w awangardowym wydaniu, byłaby, zdaniem niektórych, przypływem rozsądku.
Chociaż … popatrzmy na Fiata Bravo. Moim zdaniem jest to najlepiej wyglądające trzydrzwiowe auto segmentów B i C w historii, ale przeniesienie jego stylu do minivana byłoby bardzo trudne. Zwłaszcza że wyraz « minivan » nie był jedynym modnym motoryzacyjnym słowem w tamtych czasach. Furorę robiło też hasło « jednobryłowy ». Francuzi wciąż używają określenia « Monospace » jako nazwy tego typu aut (https://fr.wikipedia.org/wiki/Monospace_(v%C3%A9hicule), i to pomimo faktu, że pasuje ono także do Twingo i Beskida. Podłużne przednie światła Fiatów Bravo, Brava i Marea bardzo mi się podobają, ale nie wyobrażam sobie poprowadzenia od nich linii nadwozia pod takim kątem, by mogło powstać eleganckie auto jednobryłowe. Nawet przy tworzeniu grafiki opublikowanej w « Auto Świecie » (przedrukowanej zapewne z « Auto Bildu ») przyjęto perspektywę pozwalającą ukryć ten szczegół.
Prawdziwa Multipla również nie ma jednobryłowej formy, ale jej przód to stylizacyjna … « ucieczka do przodu » przed zmaganiem z przednimi lampami Bravo. A z tyłu przynajmniej spróbowano nawiązać do świateł o « migdałowym » kształcie, które mogą wręcz zachwycać w trzydrzwiowym Fiacie.

Na szczęście nikt nie każe oceniać samochodów (ani motocykli) jednowymiarowo. Można chwalić Multiplę za to, jak praktycznym jest autem i za to, że jej rozwiązania techniczne raczej się sprawdziły, a jednocześnie nie przepadać za jej stylistyką. Można twierdzić, że to nie jej wygląd, a obecność wersji BiPower napędzanej benzyną i gazem ziemnym, zadecydowała włączeniu ją w wystawę « Different Roads » w Nowojorskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej (https://www.moma.org/interactives/exhibitions/1999/differentroads/cars/fiat_multipla.html).

Ale trudno z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nieawangardowa Multipla byłaby lepsza.

Andrzej Szczodrak

Toyota się tłumaczy

fot. Matti Blume

Polscy dziennikarze motoryzacyjni mocno zaatakowali tutejszy oddział Toyoty za pływające platformy. Tymczasem w serwisie Motor1 można przeczytać, że brytyjski przedstawiciel marki zrobił coś znacznie bardziej obciachowego niż jakieś, w gruncie rzeczy nieszkodliwe, reklamy na Mazurach. A była to taka oto rozmowa na Twitterze:

Pytanie fana: Dlaczego nie ma Supry w NFS Heat

Odpowiedź Toyota UK: Nasze auta możesz znaleźć w grze GT Sport, która nie promuje nielegalnych wyścigów ulicznych.

Jestem daleki od pełnego rozgrzeszania streetracerów. Szybkość na drogach publicznych może mieć rację bytu, ale NIGDY w połączeniu z agresją rozumianą jako zajeżdżanie drogi, jazda pod prąd itd. Poza miejscami, w których na drogę może wybiec dziecko, im wyższa będzie LEGALNA prędkość, tym lepiej. Wzorcem są te odcinki niemieckich autostrad, gdzie kierowcy mogą poruszać się szybko dzięki poszanowaniu takich reguł jak utrzymywanie odległości od poprzedzającego pojazdu.
Zresztą w Niemczech osoby odpowiedzialne za motoryzację naprawdę wiedzą, co robią. Nie na darmo firmy tuningowe AC Schnitzer i Abt mają motto „Z toru na ulice”. Wbrew ideologii głoszonej przez większość polskich dziennikarzy motoryzacyjnych, jazda torowa nie jest jakąś sztuką dla sztuki, tylko laboratorium godzenia bezpieczeństwa i szybkości na drogach.
Jednak jeśli czerpać z nauk pobieranych z motorsportu- to konsekwentnie.
A jazda pod prąd, która niestety zdarza się streetracerom, na torach wyścigowych oraz na trasach rajdowych jest zbrodnią. Organizatorzy legalnych wyścigów ulicznych zasługują na wielki szacunek, ale te nielegalne nie służą kulturze motoryzacyjnej.

Mimo to, PRowcy z brytyjskiego przedstawicielstwa Toyoty mają powody do wstydu. Oto dlaczego:

  • po pierwsze, pokazało mentalność cenzorską. Założenie, że każdy twór kultury- książka, film, utwór muzyczny, gra komputerowa, musi być wychowawczo poprawny, to podstawa cenzury. A ta ostatnia działa tak, że najpierw dba się o „czystość obyczajową” sztuki, a potem blokuje rozsądne postulaty w życiu publicznym. Przykładowo- polskie media motoryzacyjne tak boją się oskarżenia o popieranie agresywnie jeżdżących idiotów, że większość z nich już dawno zagalopowała się w autocenzurze. W efekcie nie są już w stanie przyznać, że kierowcy mają prawo wymagać od zarządców dróg jak najbardziej efektywnego kompromisu między prędkością a bezpieczeństwem. A co w tym czasie robi Europa? Tylko w ostatnim roku Francuzi zatrzymali zapędy rządu do zmniejszenia ograniczenia na drogach pozamiejskich, a Niemcy zablokowali pomysł wprowadzenia ogólnego limitu na autostradach.
  • a że zapędy cenzorskie pięknie łączą się z hipokryzją, to GR Supra nie wystąpi w NFS Heat, ale za to zagra w „Szybkich i Wściekłych 9”. I dobrze. Kilku świętoszkowatych PRowców nie zmieni tego, że Toyota robi interesujące auta.

Wypowiedź wzbudziła kontrowersje, więc tweeta skasowano.

A wystarczyło powiedzieć „mamy umowę na wyłączność z Polyphony Digital”.

Andrzej Szczodrak

„Miasto Jest Nasze” jak Rzymianie

Fot. Jan Jerszyński,
Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.5

Pan Jan Mencwel, prezes Stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze” ukończył kulturoznawstwo. Myślę więc, że powinien wiedzieć, kim byli kwiryci.

Czytelnikom, którym umknęła ta historyczna ciekawostka lub którzy o niej po prostu zapomnieli, śpieszę wyjaśnić:

Początkowo nazwa „Qurites” odnosiła się prawdopodobnie do mieszkańców miejscowości Quirium. Jednak w okresie Republiki Rzymskiej oznaczała obywateli Rzymu niepełniących służby wojskowej. Ci, którzy byli żołnierzami, mogli mówić o sobie Romani, a pozostający w cywilu zwali się Qurites.
(http://www.gutenberg.czyz.org/word,38643)

Praktyka ta interpretowana jest jako odzwierciedlenie poglądu, że prawdziwy rzymianin, to ten który walczy za ojczyznę.


Uważam, iż jest to wspaniała inspiracja co do tego, jak poradzić sobie z dość kontrowersyjną przecież nazwą „Miasto Jest Nasze” przekształcaną przez niektórych złośliwców, w tym przez niżej podpisanego w słowo „Miastojanusze”. Otóż:

  • póki Organizacja nie osiągnęła tego, co sobie zamierzyła, warto stosować nazwę podkreślającą, że walka wciąż trwa, na przykład „Zawłaszczamy To Miasto”. Skrót „ZTM” powinien przecież budzić pozytywne skojarzenia u bojowników o prymat transportu publicznego,
  • gdy zaś ostateczny cel Organizacji, to jest obsadzenie wszystkich miejskich spółek przez aktywistów, zostanie osiągnięty, wówczas będzie można wrócić do dumnej nazwy „Miasto Jest Nasze”

Czego Panu Janowi Mencwelowi i Jego ludziom ośmiela się nie życzyć

Andrzej Szczodrak

Profanacja z przeszłości: Renault Mégane Coach

Fot. Mic

Aktualny stan nazewnictwa karoserii samochodowych można porównać do sytuacji kogoś, kto często doświadcza urojeń, a na dodatek próbuje leczyć je alkoholem. Zanim jednak zaczęto ogłaszać crossovery w wersji liftback „SUVami coupé” występowały zjawiska subtelniejsze. Przykładowo, w latach 90-tych była sobie pierwsza generacja Renault Mégane Coupé zwana też Renault Mégane Coach (tu autor zostawia Czytelnikom dłuższą chwilę na przypomnienie sobie prześlicznego Maxi i tego, jak prowadził je Janusz Kulig)

Naoglądaliśmy się, to teraz wróćmy do naszej opowieści. Było sobie Renault Mégane Coupé vel Renault Mégane Coach. No, właśnie. Uczestniczki i uczestnicy polsko- i anglojęzycznej kultury motoryzacyjnej nie usłyszą tu żadnego zgrzytu. „Coach” znaczy dla nas tyle co „jakieś tam nadwozie”. Znamy słowo „coachbuilder” określające firmę karoseryjną. Co bardziej wnikliwi doczytają, że wyraz „coach” pochodzi od węgierskiego miasta Kocs, gdzie produkowano powozy. Jeszcze bardziej wnikliwi przekonają się, iż używając słowa „coach” na określenie trenera- sportowego, a od jakiegoś czasu także „ogólnożyciowego” porównujemy taką osobę do powozu, dzięki któremu można szybciej dotrzeć do celu (https://keithwebb.com/why-the-origin-of-the-word-coach-matters/).

Mégane Coupé też potrafiło być w miarę szybkie. Występowało bowiem w wersji dorównującej parametrami ówczesnym GTI. Zaś dzięki pokrywie bagażnika otwierającej się bez tylnej szyby stawało się bliższe klasycznym coupé niż liczne hatchbacki-coupé pokroju Scirocco. Ogólnoeuropejska kultura motoryzacyjna pozostała zatem w przypadku Mégane Coupé vel Mégane Coach nienaruszona. Jednak z tradycją francuską poczynano sobie jak z kopią Mona Lisy, której ktoś domalowuje nie tylko wąsy, ale i rogi.

A to dlatego, że w przedwojennej Francji „coupé” i „coach” stanowiły dwa różne typy karoserii. Obie były dwudrzwiowe, ale coupé miało dwie boczne szyby a coach- cztery (https://fr.wikipedia.org/wiki/Coach_(automobile)). Świetnym przykładem jest Bugatti Type 57 i dwie z jego wersji nadwoziowych:

Atalante (coupé)

Fot. Ramgeis

Ventoux (coach)

Fot. MPW57

A morał z tego płynie taki, że jeśli się zaniedba naukę języków i przekazywanie młodszym pokoleniom wiedzy o historii motoryzacji, to mogą wyrosnąć marketingowcy Peugeota uporczywie nazywający (skądinąd funkcjonalne i wygodne) crossovery SUVami.

Jak przedwojenny francuski kierowca mógłby pomóc Robertowi Kubicy

77 Grand Prix Monaco było pierwszym w sezonie 2019 wyścigiem
Formuły 1 bez dubletu Mercedesa. Także Williams, choć nadal był w ogonie, chwilowo przestał się w tym ogonie urządzać. Przy okazji, kilka fragmentów z Robertem Kubicą w roli głównej przerodziło się w memy.

Monte Carlo to dla motorsportu miejsce niezwykłe, więc warto wiedzieć, że pierwsze w historii Grand Prix Monaco, rozgrywane w 1929 roku, wygrał … Williams.

Nie, nie doszedłem do wniosku, że tytuł „Motofikcja” uprawnia do pisania bzdur. Tak, zamierzam nadal dbać, by obok rozważań „co by było gdyby” występowała tu prawda historyczna, i żeby te dwie rzeczy były wyraźnie rozdzielone. Tak, wiem, że zespół Franka Williamsa powstał pod koniec lat 70-tych XX w. Ale w 1929 r. wygrał inny Williams.

Z książki „Zarys historii sportu samochodowego” autorstwa Jana Litwina

Naprawdę nazywał się William Charles Frederick Grover. Był synem brytyjskiego hodowcy koni i Francuzki, urodzonym 16 stycznia 1903 roku. Używał pseudonimu „W Williams”, toteż w wielu publikacjach przedstawiany jest jako „Grover-Williams”. Zasłynął nie tylko jako wybitny zawodnik wyścigowy. W czasie II Wojny Światowej działał w ruchu oporu, a jego życiorys, opisany w książce Joego Sawarda „Grand Prix Saboteurs” stał się inspiracją dla twórców gry komputerowej „Saboteur”. Dla nas jednak ważne jest, że pan „Williams” był kierowcą Bugatti.

I nie chodzi nawet o jego relacje z właścicielami marki, na tyle bliskie, że żona kierowcy, pani Yvonne Williams (z domu Aupicq), jeździła słynnym Aéro Coupé/Atlantikiem, którego początkowy numer to 57453.

Chodzi po prostu o to, że „Williams” to (przybrane, ale jednak) nazwisko legendarnego przedwojennego kierowcy Bugatti.

A teraz przypomnijmy sobie, co łączy nazwy współczesnych aut z Molsheim:

  • Veyron- Pierre Veyron
  • Chiron- Louis Chiron
  • Divo- Albert Divo

Każda z nich jest hołdem dla wybitnego zawodnika z lat 20-tych i 30-tych XX w. Co oznacza, że firma z Alzacji jest właściwie „skazana” na to by, prędzej czy później, zacząć wytwarzać auto o nazwie … Bugatti Williams. Oczywiście, zanim po nią sięgnie ma jeszcze do dyspozycji kilka nazwisk (jak np. Wimille).

À propos słowa „Williams”, to swego czasu sporo się mówiło o tym, że koncern Volkswagena może chcieć wprowadzić jedną ze swych marek do Formuły 1 (https://bleacherreport.com/articles/2452333-the-history-of-volkswagen-brands-in-formula-1#slide2).

Jeśli połączymy fakty:

  • logika nazewnicza Bugatti prowadzi do stworzenia samochodu Bugatti Williams,
  • nie mogłoby się to odbyć bez zgody zespołu Franka Williamsa. A skoro i tak trzeba siąść do stołu z jego przedstawicielami, to trudno wyobrazić sobie lepszą promocję nowego modelu niż powiązane z jego wprowadzeniem wejście firmy Bugatti do najwyższej serii wyścigowej,
  • Koncern Volkswagena jest oczekiwany w świecie Formuły 1, a należąca do niego marka z Molsheim odnosiła sukcesy w wyścigach Grand Prix, z których „Królowa Motorsportu” się wywodzi
  • zajmująca obecnie ostatnie miejsce wśród konstruktorów Formuły 1 stajnia Williams w klasyfikacji wszech czasów jest druga, z 9 tytułami mistrzowskimi. Inaczej mówiąc, ewentualny partner Williamsa startuje z pierwszej linii i rusza od razu w pogoń za Ferrari, które zwyciężyło w klasyfikacji konstruktorów aż 16 razy.

Powstaje układ niemal idealny.

Warto dodać, że gdyby zdarzyło się to przy aktualnym zestawie kierowców, to dla nowo powstałego zespołu Bugatti-Williams Robert Kubica byłby zawodnikiem marketingowo ciekawszym. Po pierwsze, jego historia koresponduje z dziejami marki. Droga do Formuły 1- jak przedwojenny rozwój firmy z Molsheim, rywalizacja w WRC- jak ożywienie Bugatti przez Romano Artiolego, a powrót do „Królowej Motorsportu” mógłby potoczyć się jak rozwój Bugatti pod skrzydłami Volkswagena. Jeżeli dodamy do tego półlegendarną opowieść, że Polak Jan Ripper, znany z licznych występów za kierownicą Bugatti, miał zostać kierowcą fabrycznym Auto Union (https://automobilownia.pl/wywiad-krakowski-klan/), czyli poprzednika Audi oraz to, że prezes Bugatti Stefan Winkelmann przeszedł na to stanowisko z funkcji szefa Audi Sport, robi się jeszcze ciekawiej.

Andrzej Szczodrak


Przy okazji wspomnę, że Bugatti i mieszczące się we francuskiej Miluzie muzeum Cité de l’Automobile organizują wydarzenie “My Veyron Experience”. Uczestnicy mają do wyboru dwa pakiety:

  • Émotion (1 godz. 50 Min za kierownicą Veyrona, koszt: 4 990,00 €)
  • Rien N’est Trop Beau (9 h, 11 900,00 €)

Jazdy będą trwać od 1 czerwca do 3 listopada. Weźmie w nich udział 110 szczęśliwców (gdyż Bugatti obchodzi 110 urodziny). Rejestracja (na tej stronie: https://www.myclassicautomobile.com/experiences?lang=en) kończy się dziś, 31 Maja.