Jak budowałem motoryzacyjny odpowiednik firmy z jabłkiem

Jest taka marka, o której kilku prestiżowych polskich dziennikarzy motoryzacyjnych nie da powiedzieć złego słowa. „No pewnie, Volkswagen!” – krzykną zwolennicy teorii, że dominacja niemieckich wydawnictw przekłada się na upartą promocję marek zza Odry. Ale nie. Do stereotypu „nudnego Golfa” mocno dokładają się osoby z mediów należących do naszych zachodnich sąsiadów. A hejt na „Passacika B5 w dizelku” rozkręcił najprawdopodobniej redaktor pracujący wówczas w niemieckim koncernie. Zresztą, dziennikarze motoryzacyjni wbijają szpile wszystkim producentom samochodów. A jeśli pragniecie usłyszeć od nich festiwal pieśni pochwalnych, rzućcie lepiej hasło „chcesz mieć komfort korzystania z urządzeń elektronicznych- kupuj te z nadgryzionym jabłkiem”. Firma znana kiedyś z „komputerów dla humanistów” to dla niektórych świętość. Jej krytyka jest tak ryzykowna, jak powiedzenie włoskiemu tifoso, że jego ulubiony klub gra słabą piłkę.

I co ja miałem z tym zrobić? Ja, który postrzegam społeczność prawdziwych fanów motoryzacji za swego rodzaju „oblężoną twierdzę”, a kwestię pojazdów autonomicznych za próbę sił między korporacjami IT a przemysłem motoryzacyjnym? Ba, widzę, że w tej próbie sił „nasi” jeszcze kilkanaście lat temu byli stroną znacznie mocniejszą. Mam przecież artykuł z pisma „Chip” z 2000 roku, w którym informatycy z Uniwersytetu w Bremie narzekają na niechęć Mercedesa do współpracy przy tworzeniu auta prowadzonego przez komputer. Jak niedawno i jak dawno…

Można jeszcze trzymać się zdania Clarksona z książki „Wiem, że masz duszę”, że w żadnym komputerze takowej „duszy” się nie znajdzie. To, że nawet teraz piszę na komputerze- to nic. Lodówki też używa każdy, ale kolekcjonerów lodówek i ludzi, u których pojawia się błysk w oku, gdy mówią o perspektywie rozwoju tych urządzeń trzeba by ze świecą szukać. Jedyną przeszkodą, by na mocy tej analogii powiedzieć „no, widzicie, ta wasza elektronika to użyteczna sprawa, ale w odróżnieniu od samochodów i motocykli całkowicie niezdolna do wywoływania emocji” jest właśnie to pierońskie jabłuszko.

Postanowiłem więc przezwyciężyć to zagrożenie poprzez stworzenie motoryzacyjnego odpowiednika firmy z Cupertino. Na początek udałem się do kilku instytucji państwowych, gdzie bardzo lubią wizjonerów, a jeszcze bardziej lubią ludzi, których można nazwać „wyzionerami”. „Wyzioner” potrafi wymyślić firmę, która w ekspresowym tempie wyzionie ducha. Po co komu taka umiejętność? Ano jest ona całkiem praktyczna, bo zanim przedsiębiorstwo skona w czułych ramionach syndyka, pieniądze z dofinansowań będą bezpieczne w odpowiednich kieszeniach. Królik oraz jego krewni i znajomi lubią to.

Mnie nawet nie obchodziło, czy okażę się wizjonerem, czy wyzionerem. Czułem się skazany na sukces. Jak zbieracze nawozu, którzy albo znajdą „gie” albo „gie” znajdą. To proste. Jeśli „Motoryzacyjne Jabłuszko” kompletnie nawali, to znaczy, że jedyna firma mogąca prawie na poważnie ukazywać komputery i smartfony jako urządzenia, do których można się przywiązać prawie jak do domowego zwierzaka jest kolosem na glinianych nogach. Zatem jedynymi takimi produktami pozostają motocykle i samochody.
Jeśli zaś wypali- mamy przedsiębiorstwo gotowe stawić czoła przemianie kulturowej sprawiającej, że tak zwani millenialsi wolą „screen” (czyli ekran) urządzenia elektronicznego od „screenu” (czyli przedniej szyby) auta.
Tak czy siak- wygrywam.

Szukanie rdzenia- nie, na szczęście nie procesora, a filozofii informatycznego giganta nie zajęło mi wiele czasu. Jak wiem, używa on standardowych komponentów typu PC, ma własne systemy operacyjne i słynie z designu. Należało zatem iść po mechanikę do taniej marki samochodowej, najlepiej Dacii, zaprojektować własny system obsługi, trochę a’la Tesla, a na koniec opakować to wszystko w odjechane nadwozie. Ten ostatni problem postanowiłem rozwiązać naprawdę efektownie, kupując markę francuskiej firmy karoseryjnej Figoni et Falaschi i ściągając ludzi ze szkoły Sbarro Espera.

I tak oto po podpisaniu kontraktu z Renault uzyskałem Motoryzacyjne Jabłuszko- Dacię Figoni et Falaschi.

Pierwsza prezentacja odbyła się w Polsce. Co prawda darowałem sobie na razie crash test auta, ale sama idea Motoryzacyjnego Jabłuszka przeszła crash test z polskim praktycyzmem:

– Panie, skąd silnik i zawieszenie?

– Z Dacii.

– Coś pan? Dacię chcesz pan za taką kasę sprzedawać?! A zjeżdżaj pan?

– No, ale Dacia jest solidna…

– To, to akurat wiem bo sam jeżdżę. Tylko że oni już mają doświadczenie i tam jest wszystko poprzykręcane jak trzeba. A u Pana? Zresztą nieważne. Dacia to Dacia i nie potrzebuje nadwozia art déco. Za to pańska mogłaby być deko, a nawet więcej niż „deko” tańsza.

– Ale pan nie rozumie idei mojej firmy. To „Motoryzacyjne Jabłuszko”.

– A, to się świetnie składa! Bo ja mogę panu zapłacić jabłkami! W ubiegłym roku był ich taki urodzaj, że jeszcze mam trzy skrzynki w piwnicy! To jak pan chce? Na stół czy woli pan „jabłka po lotnemu”?

Na dictum o dwuletnich jabłkach podanych „po lotnemu” przeprosiłem zebranych, a następnego dnia złożyłem rezygnację z funkcji prezesa. A teraz rozkręcam niezwykle skuteczną firmę doradczą, która przekonuje bujających w chmurach managerów IT, żeby ich górnolotne idee jednak nie dotykały asfaltu.

Andrzej Szczodrak

Czas na Giełdowóz, czyli jak dokonamy rewolucji w motoryzacji

 

Panie i Panowie, czas podbić rynek motoryzacyjny autem mającym nowe źródło napędu o wykładniczo rosnącej mocy:
 
Czas na #GIEŁDOWÓZ
 
czyli samochód napędzany indeksami giełdowymi. Chcesz, by wartość twoich akcji wzrosła- musisz uczestniczyć w wytwarzaniu energii dla naszego ładowanego indukcyjnie auta! Akcje sprzedajemy w modelu MLM. Gdy zajmiesz odpowiednie miejsce w hierarchii akcjonariuszy, masz szansę przejechać się samochodem. Wcześniej, kiedy tylko możesz, pedałujesz na stacjonarnym rowerku i dostarczasz energii. Pozyskane od Ciebie dżule stają się niutonometrami naszego hipernowoczesnego cuda, a od tych właśnie niutonometrów zależy sprzedaż akcji! W międzyczasie pomagasz w znajdowaniu klientów także poprzez wciąganie znajomych do swojej sieci.
Giełdowóz będzie dostępny również jako KIT CAR. Pomimo że powstanie jako produkt polsko-amerykańsko-brytyjski, bardzo prosimy nie sugerować, że KIT CAR to nazwa polsko-angielska.

WEŹ UDZIAŁ w rozwijaniu i promowaniu naszej inicjatywy!
1. Używaj hasztagów
#Giełdowóz
#CzasNaGiełdowóz.
w swoich wpisach i komentarzach (także na stronach naszej konkurencji)!
2.Handluj akcjami!
3.Włącz się w wytwarzanie energii!



POMYŚL!

od Twojego zaangażowania w te trzy procesy zależy to, kiedy pokonamy Dodge’a Challengera SRT Demon w wyścigu na 1/4 mili.


PAMIĘTAJ!
Projekt nadwozia supersamochodu można kupić w każdym sklepie modelarskim, u spotkanego tam stylisty-amatora zakochanego w Ferrari lub Lamborghini. Jednak po to, by utrudnić zadanie konkurencji, zdecydowaliśmy się na jednego z najciekawszych takich stylistów- Pana Eugeniusza Brzozę.
Poza tym wszelkie podobieństwo Giełdowozu do już istniejących aut- zarówno w zakresie stylizacji, jak i modelu biznesowego jest czysto przypadkowe!

Polityka transportowa

bus

Zmęczeni? Zapewne zmęczeni. To może dla relaksu eksperyment myślowy.

Wyobraźcie sobie że

  1. Płodzicie dziecko
    (hej, już dobrze, dobrze, nie trzeba wyobrażać sobie płodzenia tak dokładnie 😉 ).
  2. Etap pieluch mija bardzo szybko (widzicie jaka ta Motofikcja jest dla Was dobra?) i mamy przed sobą młodego człowieka, w którym warto byłoby odkryć jakiś talent.
  3. Jak już wspomniałem, Motofikcja jest dla was dobra i docenia różne pozamotoryzacyjne zainteresowania
    1. próbujemy ze skrzypcami
    2. próbujemy z piłką nożną
  4. Wysyłamy dziecko na odpowiednie zajęcia.
  5. Po wielu wymagających ćwiczeniach zbliża się moment pierwszej rywalizacji.
  6. No, chyba nie po to jesteśmy rodzicami, by nasze dziecko konkurowało z kimś na równych warunkach?!
    1. stanowczo żądamy, by nasze dziecko grało na skrzypcach używanych na Konkursie im. Henryka Wieniawskiego, a wszystkie pozostałe przekazywały sobie po kolei  instrument szkolny.
    2. na wszystkich treningach mają być dwie piłki- jedna dla naszego dziecka, druga dla reszty! Niech inni sobie dryblują i wykonują wślizgi, nasz szkrab ma tylko strzelać bramki!
  7. Nasze dziecko ma przyjaciela uczącego się tej samej dziedziny, ale tylko dla zabawy i towarzystwa:
    1. oczekujemy, że szkoła sprowadzi ulubieńcowi naszej pociechy drugi instrument z najwyższej półki oraz zapewni przed konkursem kilka lekcji ze światowej sławy profesorem. Na tyle możemy się zdobyć. Przecież wcześniej załatwiliśmy, by ten profesor przez pół roku uczył tylko nasze dziecko.
    2. zmuszamy trenera, by ulubiony kolega, dotąd grający tylko jako bramkarz, został skrzydłowym i podawał do naszej, występującej oczywiście jako napastnik, latorośli.
  8. Nadszedł Ten Wielki Dzień
    1. ubrania zamówione dla naszego dziecka i jego przyjaciela u najlepszego projektanta mody wiszą w szafie. Regulamin konkursu wyklucza ekstrawaganckie stroje? A to głupi świstek…
    2. nasze dziecko i jego przyjaciel zagrają w specjalnie zamówionych strojach naszej ulubionej zagranicznej drużyny. No przecież nie pozwolimy, by dwa takie talenty kalały się koszulkami i spodenkami klubu, którego pierwsza kadra ugrała raptem miejsce w drugiej połowie tabeli Ekstraklasy!
  9. Tym organizatorom to jednak trzeba patrzeć na ręce…
    1. ściągnęli jakichś jurorów spoza naszej szkoły. Skandal! Nie po to fundowaliśmy nowe schody, nowe instrumenty i te kilka książek do biblioteki, żeby pani dyrektor robiła nam takie świństwo!
    2. co za głupi sędzia! Przecież tak dobrze nauczyliśmy nasze dziecko upadać w polu karnym. A ten skończony idiota za nic w świecie nie chce zagwizdać! Kalosz! Won!
  10. Czas na metody radykalne
    1. w przerwie obiadowej siadacie na miejscu przewodniczącego jury. Pani dyrektor już dostała solidną reprymendę i doskonale wie, gdzie ma wysłać tego kretyna, który śmiał wyrazić wątpliwości co do gry naszego przyszłego wirtuoza!
    2. nasłany przez tych idiotów z OZPN arbiter siedzi zamknięty w szatni. Klucz do pomieszczenia leży bezpiecznie w zamykanym schowku naszego auta. Trochę niewygodny ten strój sędziowski, ale czego się nie robi dla swojego dziecka!

Co, nie postąpilibyście w ten sposób?

Przykro mi, powinniście poddać się reedukacji u aktywistów miejskich albo u organizatorów Masy Krytycznej. Od przyszłościowo myślących, prospołecznych władz miasta wymaga się właśnie takiego podejścia do transportu publicznego i rowerów!

Andrzej Szczodrak

Left pedal, czyli jak lewicowcy robili program motoryzacyjny

4295367910_a8ba948079_o

Grafika: Kirill Proskurin (Oloremo)

Producent Anthony Dutyman rozejrzał się po małej salce, w której siedzieli zwycięzcy castingu. Mógł sobie pogratulować. Udało mu się zbudować zespół tak różnorodny, jak zachowania samochodu FSO Polonez w zakrętach, a przy tym nie zatrudnić większości obywateli Wielkiej Brytanii.

– Jak zapewne wiecie, tytuł naszego nowego wspaniałego lewicowego programu motoryzacyjnego to „Left pedal”- zaczął.

Iris, blondynka o twarzy surowej nauczycielki, spojrzała na niego ze zdziwieniem:

– Co takiego seksownego jest w sprzęgle?

– Oj, kochanie, gdybyś wsiadła ze mną do auta, chętnie bym ci to pokazał- mruknął pochodzący z Japonii drifter o wyglądzie informatyka.

– Cicho, Ken. Odpuść sobie ten seksistowski język- strofował japońskiego kolegę czarnoskóry Ralf.

Anthony westchnął.

– Czy wy naprawdę nie wiecie, na czym polega lewicowość? Nie chodzi o jakąś tam miłość do biednych, czy do mniejszości. Zrób listę rzeczy na które twoim zdaniem ludzie są za głupi. Im lista jest dłuższa, tym lepszym jesteś lewicowcem.
Popieramy skrzynie automatyczne, bo ludzie są za głupi na ręczne. Left pedal to hamulec a nie żadne cholerne sprzęgło! Ale fakt, oficjalna wersja mówi o sprzęgle, bo sprzęgło jest czymś, co łączy.

Zresztą zamiast dyskutować, powinniście uważnie słuchać, bo inaczej nigdy nie dowiecie się jak zdobyć 49 pieczątek potrzebnych, by wjechać na nasz tor.

– A może by to zdobywanie pieczątek uczynić elementem scenariusza?- zaproponował Jerry.

– Ciekawy pomysł chłopcze. Od początku mi się podobałeś- powiedział z entuzjazmem Anthony. Jednak po spojrzeniu na szalik i kolorowy sweter Jerry’ego trochę się zasępił.

– To znaczy… Przepraszam … Nie zrozum mnie źle.

—-

Niektóre rozmowy z prowadzącymi naprawdę zaskakiwały Anthony’ego.

– Gdybym tego nie zobaczył na własne oczy, nie uwierzyłbym. Tylu genialnych operatorów kamer i montażystów można zatrudnić do udowadniania, że najlepsze, co może się przytrafić samochodziarzom to niskie ograniczenia prędkości i wysokie podatki w cenie paliwa?!

-Oj, Alex, dlatego nigdy nie będziesz miał pierwszoplanowej roli w naszym programie.

Ostatecznie udało się na jakiś czas uciszyć wątpliwości Aleksa. Przekonał go argument, że mądrale z tak zwanej prawicy też lubią sobie pouciskać kierowców, a przywiązanych do wolności osobistej ugrupowań centrowych, które mogłoby się temu sprzeciwiać, od dawna już nie ma.

—-

Opory musiał przełamywać także sam Anthony. Mimo swej niechęci do religii, zaakceptował umieszczenie w jednym z materiałów scenek z katolikami na audiencji u Papieża, Tybetańczykami witającymi Dalaj Lamę i muzułmanami słuchającymi Wielkiego Muftiego.

Nikt nie wymyślił lepszej metafory tego, jak nowoczesny, lewicowy kierowca powinien traktować rowerzystę.

—-

Praca na planie była ciężka, ale wynik kolaudacji zaskoczył wszystkich.

– Pełnomocnik do spraw ochrony moralności publicznej powiedział, że nie ma żadnych uwag! On nigdy tak nie robi!

– Miał plamę na spodniach. Może i w trakcie seansu przyśniły mu się rzeczy, których nigdy nie robi…

– Cicho! To nasz wielki sukces.

—-

W „Left pedal” kilkakrotnie pokazano, jak niebezpieczne są zderzenia przy dużej prędkości, ale nawet te sceny nie przygotowały prowadzących na konfrontację z danymi dotyczącymi liczby widzów.
Anthony uspokajał swoich ludzi:

– Wszystko jest pod kontrolą. Chodzę na piwo z politykami i dostosowuję scenariusze do ich prognoz. Nasz program i tak gaśnie dużo wolniej, niż społeczne przyzwolenie na bycie fanem motoryzacji. Miłośników jazdy czekają rzeczy, przy których auta elektryczne są tylko miłą ciekawostką. Nasi rowerowi przyjaciele razem z aktywistami miejskimi zadbają o wyrugowanie prywatnych samochodów z miast, a reszty dokona obowiązek korzystania z trybu autonomicznego na większości autostrad. Słowem, wkrótce nadejdzie koniec motoryzacji jaką znamy.

– Ale jak to? I my z tym nie walczymy?! Przecież to odbierze nam pracę- oburzył się Alex-Wtedy nawet tytuł naszego programu będzie bez sensu, bo ludzie zapomną o kierownicy i pedałach!

– Nie martw się. Zrobicie kurs ergonomii i będziecie recenzować fotele oraz systemy multimedialne w autonomicznych samochodach.

– A tytuł?

– Nigdy nie lekceważ kreatywności swojego producenta. Rebranding został już starannie zaplanowany. Od 2020 roku program będzie nazywał się „Who cars?”.

Andrzej Szczodrak

Mercedes-Zen

Merc

W pewnym świecie, równoległym do naszego, mocną pozycją cieszy się marka samochodowa Mercedes-Zen.
Podobnie jak ziemski odpowiednik, wywodzi się od jednego z pionierów motoryzacji. Jednak jej nazwa wypływa nie z historii, a z filozofii:

„Twórzmy samochody, które jak najmniej potrzebują”.

Odkąd przyjęto to założenie, firma dynamicznie się rozwija. Buduje auta z kompletnym wyposażeniem, niepotrzebujące dodatkowych gadżetów. Zmniejsza zużycie paliwa, ale też dba, by jej pojazdy nie potrzebowały dużo czasu na dotarcie do celu.
Status duchowych  mistrzów w firmie Mercedes-Zen mają inżynierowie, którzy zredukowali jakąś potrzebę do zera.
Młody projektant, Thomas marzy o takim osiągnięciu, więc buduje zespół i po miesiącach prac oznajmia swemu dyrektorowi:

– Opracowałem samochód niepotrzebujący kierowcy.

Szefowie nie organizują jednak tradycyjnej uroczystości z okazji osiągnięcia kamienia milowego. Zamiast tego prowadzą Thomasa do hali Mistrza Hansa. Po ominięciu gablot mieszczących modele opisane tajemniczymi symbolami, takimi jak W123, W126, W124 czy W201, młody inżynier staje przed mistrzem:

– Ech, czemu wy próbujecie inspirować się ideami, których nie rozumiecie? Zachęta, by ograniczyć swoje potrzeby jest obecna w wielu filozofiach, ale która z  nich mówi: nie potrzebujesz duszy? Kierowca to dusza samochodu.

– Ale…

– Kiedyś zrozumiesz, a na razie pozwól, że przekonam cię za pomocą liczb. Ile może ważyć kierowca?

– Zwykle do 120 kg.

– Dobrze. Widzisz ten duży prostokątny billboard? Wciągnij go na wagę. Przynieś też zawartość tamtych półek.

Thomas podchodzi do półek, otwiera je i z trudem łapie wypadające z nich czasopisma i kasety. Układa je obok billboardu, a na wyświetlaczu wagi pojawia się liczba znacznie przekraczająca 120 kg.

– Życzę ci sukcesu, który będzie miał odpowiednią masę i odpowiednią wagę- uśmiecha się Mistrz Hans.

Dyrektor Thomasa jest znacznie mniej wyrozumiały:

– Samochody, które nie potrzebują kierowcy? I to ma być postęp? Kiedyś stworzyliśmy samochody, które nie potrzebują reklamy.

 

Andrzej Szczodrak

Sierżant Eagle i jego szkoła przeżycia wśród nadwozi, czyli „Poznaj swoje X6 na nowo”

Fantazja

(tym razem nawet fantastyka, z uczłowieczonymi pojazdami, trochę inspirowana tą oto bajką: http://www.zlomnik.pl/index.php/2012/01/07/bajka-o-bisie-ktory-chcial-podbic-usa/):

-No dobra, koty, teraz zacznie się prawdziwe szkolenie!- wrzasnął sierżant Eagle.
-Przybyliście tu swoimi X6, by nauczyć się podstaw rozróżniania nadwozi i po wyjeździe żaden z was nie ośmieli się nazywać swojego samochodu coupé. Jasne!?.
Właściciele BMW X6 spojrzeli po sobie. Ze względu na natłok obowiązków żaden z nich nie zdążył wydrukować sobie informacji prasowej, w której przecież napisano wyraźnie „Sports Activity Coupé”.
-Podobny obóz jak dla was powinno się robić dla fanów Mercedesa CLS i Volkswagena CC. Tamci już bez żenady, zamiast «limuzyna w stylu coupé» mówią teraz «czterodrzwiowe coupé» i cieszą się, że mają sportowe wozy. Prawda jest taka, wy koty w korporacjach zapuszkowane, że chcecie mieć auta rodzinne i producenci samochodów takie wam sprzedają- kontynuował wysoki Amerykanin.
Z sali nieśmiało odezwał się głos:
-Czyli X6 to terenowa limuzyna w stylu coupé?
-Ha, terenowa limuzyna. Pytanie, czy byliście nimi w terenie, litościwie sobie daruję. Przynajmniej widzę, że rozumiecie jedną rzecz. Słowo «terenowy» nie wystarczy jako nazwa typu karoserii. Więc teraz proste pytanie: jakie nadwozie ma X5?
-SUV?- pytająco rzucił ktoś z sali.
-SAV- poprawił inny, bardziej zaznajomiony z marketingowym slangiem BMW.
-A jednak figę rozumiecie! Terenówki i SUVy są zazwyczaj kombi lub kabrioletami jak pierwsze Jeepy. Owszem, warto dodać, że mamy do czynienia z terenowym lub uterenowionym kombi. X5 to SUV kombi. Volvo V70 XC trochę namieszało, ale zawsze możemy je nazwać „podwyższonym czteronapędowym kombi”.
-To X6 byłoby SUVem-kombilimuzyną?
-Blisko, blisko. Kombilimuzyna, czyli hatchback. W zasadzie racja, ale trzeba dodać, że to specyficzny rodzaj hatchbacka. X6 jest SUV-em z nadwoziem typu liftback. Żeby nie było: Ja też jestem liftbackiem, ale liftbackiem coupé. Trzydrzwiowym o sportowej linii.
– Ale ja chcę terenowe lub chociaż uterenowione coupé!- załkał zrozpaczony głos z sali.
– Cóż, nie mogę powiedzieć, że jestem do dyspozycji po szkoleniu. Nie sądzę, by chcieli się mnie pozbyć. I tak jestem łatwiejszy do dorwania niż Mega Track.- odrzekł AMC Eagle.
Rally Fighter na wszelki wypadek uciekł na trening.

Fakty:

1982_AMC_Eagle

(Fot. AutoPhoto)

– AMC Eagle to amerykański samochód produkowany w latach 1979–1987. Najbardziej znaną ze stosowanych w nim jednostek napędowych jest sześciocylindrowy rzędowy silnik o pojemności 4,2 litra i mocy 114 KM. Montowano w nim również motory o pojemności 2,5 litra oraz 3,6 litrowego turbodiesla firmy VM.
– Lista nadwozi, z jakimi oferowano AMC Eagle, obejmuje dwu- i czterodrzwiowego sedana, kabriolet, kombi, tzw. kammback (hatchback z niemal pionowym tyłem) oraz wersję liftback coupé nazwaną SX/4, do której nawiązuję powyżej. Dwa ostatnie nadwozia pochodziły od modelu AMC Spirit.

 

Mega-track-1993-rear

(Fot. Fabien1309)

– Mega Track to napędzane mercedesowskim motorem V12 o mocy 394 KM uterenowione coupé stworzone w 1992 roku przez francuską firmę Aixam,

 

Rally_Fighter_Local_Motors

(Fot. Markus941)

– Rally Fighter jest produktem amerykańskiej firmy Local Motors. Stworzono go na licencji typu Creative Commons. Samochód ten wystąpił w filmie „Transformers III: Wiek zagłady”. Montowany w nim silnik to GM-owskie V8 o symbolu LS3 i pojemności 6,2 litra osiągające moc 430 KM i napędzające tylne koła.

Andrzej Szczodrak

Range Rover Executive, czyli Motosatyra

Już jutro wpis o tym, jak moim zdaniem można zbliżyć się do realizacji projektu Polonez 2015. A tymczasem…

Motofikcja to nie tylko szukanie pozytywnych inspiracji. Posługując się konwencją faktów i fantazji można zasygnalizować, że jakaś firma wkracza w ślepą uliczkę. Świetny przykład dał autor bloga shiftup.pl, Mateusz Klimek.

Fantazja:

„2025: Land Rover has revealed the first photos and technical specs of its new, groundbreaking Range Rover Executive. The 4-door saloon will open the new chapter in the brand’s history. RRE will take on rivals from Mercedes and BMW, but will it cannibalize the sales of its Jaguar-branded sibling? Only time will tell.”

(komentarz Mateusza na Facebooku).

Biorąc pod uwagę pojawienie się Volvo S60 XC (http://www.autoexpress.co.uk/volvo/s60/89966/volvo-s60-cross-country-the-worlds-first-crossover-saloon), rok 2025 jako data premiery czterodrzwiowej limuzyny Range Rover Executive wydaje się i tak ostrożną prognozą. Gdyby było to auto czterodrzwiowe, ale, wbrew przewidywaniom Mateusza, miało zwiększony prześwit i układ napędu na cztery koła godny prawdziwej terenówki, przynajmniej nie zagrażałoby Jaguarom.

Fakty:

 

Andrzej Szczodrak. Dawcą najważniejszej inspiracji, a co za tym idzie współautorem tekstu jest Mateusz Klimek