Człowiek-Pająk kultury motoryzacyjnej? Jeden model jest bezkonkurencyjny

Najnowszy film o Spider-Manie podbija kina. W świecie motoryzacji niektórzy, jak Škoda Polska, subtelnie do niego nawiązują, zaś BMW z racji współpracy z Marvelem i Sony Pictures stosuje kreatywną i kontrowersyjną „promocję krzyżową” (cross-promotion). Tytuł „Brand new day” i określenie „Neue Klasse” nieźle ze sobą współgrają, ale szukanie dobrze uargumentowanej odpowiedzi na pytanie o „Spider-Mana kultury motoryzacyjnej” może poprowadzić w zupełnie innym kierunku.


Moim zdaniem pytanie to jest jednak czymś więcej niż tylko eksperymentem myślowym. Spider-Man ma być „bardzo ludzkim superbohaterem”. Stan Lee używał określeń takich jak „Pająk z sąsiedztwa”, które na trwałe wpisały się w wizerunek tej postaci. Zabawa w szukanie dwu- lub czterokołowego odpowiednika Spider-Mana przekłada się na pytanie, czy codzienny lub popularny pojazd też może być „superbohaterem”.
Choć w klimacie umiarkowanym, zwłaszcza przy dzisiejszym dostępie do samochodów, każdy motocykl jest pojazdem na specjalne okazje, warto jeszcze na chwilę pozostać przy marce BMW i pochylić się nad wizerunkiem GS-ów. Te „zbyt łatwe” i „zbyt” popularne maszyny płacą za swą uniwersalność etykietką przeznaczonych dla niezbyt charakternych jeźdźców. W świadomości fanów motoryzacji przystępność i superbohaterstwo jednak niespecjalnie idą w parze.
Nie jestem fanem sztucznej inteligencji, ale „o propozycję modelu samochodu lub motocykla, który można uznać za odpowiednik Spider-Mana w kulturze motoryzacyjnej” zapytałem też Chata GPT. Zaczął dość … interesująco:
„To ciekawe porównanie, bo Spider-Man nie jest ani najpotężniejszym, ani najdroższym superbohaterem. Jest za to:
• młody i dynamiczny,
• niezwykle zwinny,
• szybki bardziej dzięki refleksowi niż brutalnej mocy,
• dostępny i „bliski ludziom”,
• efektowny, ale nie ostentacyjny,
• uwielbiany przez fanów i rozpoznawalny na całym świecie.
Jeśli przełożyć te cechy na motoryzację, otrzymujemy kilka bardzo ciekawych kandydatów”.


Trenerzy modelu językowego zarobili u mnie jednak również pewnego plusa- „kultura motoryzacyjna” znaczy „samochodowo- motocyklowa” z traktowaniem na równi obu tych nurtów. Bez dodatkowego pytania otrzymałem dwie listy propozycji- z autami i z jednośladami. W obu przewijają się wariacje przymiotnika „zwinny”, który został też bezpośrednio przypisany liderom: Aprilii RS 660 oraz Mazdzie MX-5. MX-5 jako „najlepszy odpowiednik” wygrała z Toyotą GR86, Hondą Civic Type-R i Porsche 718 Caymanem. Za Aprillą, przy której znalazł się dopisek „najbardziej «Spider-Man»”, uplasowały się Triumph Street Triple RS, Yamaha YZF-R7 oraz KTM 890 Duke R.
Sieci neuronowe łatwiej odwzorowują „zdrowy chłopski rozum” niż żelazną logikę, ale propozycja wydaje się dość spójna. GPT zebrał maszyny o sportowym charakterze, bazujące na czymś innym niż brutalna moc. Wraz z wielką mocą na drugi plan zeszła też wielka odpowiedzialność- ta za udział w życiu codziennym kierowców i ich bliskich. Reprezentuje ją przede wszystkim Civic Type-R. No właśnie- czy ktoś zastanawiał się mocniej nad tym, dlaczego każdy Civic otrzymuje jakby wizerunkowe wsparcie od Type-Ra, ale podobna prawidłowość nie występuje w przypadku Golfa, którego sportowe wersje- R, GTI i GTD funkcjonują niemal jako osobne byty.
Tymczasem to właśnie Golf, rozumiany całościowo, jest moim kandydatem na motoryzacyjnego superbohatera z sąsiedztwa. I muszę się tu przyznać do dwóch rzeczy, które teoretycznie mogłyby mieć na to wpływ:
1. na co dzień jeżdżę Octavią,
2. współpracowałem przez ponad 10 lat z Volkswagen Trends (oraz BMW Trends) i nadal zawsze chętnie coś dla tego medium napiszę.
Na argument „Andrzej, od lat obcujesz z autem, które jest technicznie Golfem i to dlatego chcesz dla Golfa docenienia” mam naprawdę przekonującą odpowiedź. Po pierwsze, jedyna linia modelowa, której związek wizerunkowy z hatchbackiem z Wolfsburga jest proporcjonalny do związku technicznego to sedany Jetta/Vento/Bora. Nie trzeba dochodzić do Leona, Octavii i A3, by wykazać, że „golfowate” mają własne marketingowe problemy i sukcesy. New Beetle i (The) Beetle bardziej ucierpiały za „zbyt mało Garba w Garbie” (co było technicznie nieuniknione) niż bezpośrednio za bycie „przebranym Golfem”. Natomiast przy Scirocco bardziej analizuje się niezawodne i problematyczne silniki, niż zadaje pytanie, czy baza jest wystarczająco sportowa. Ba, Audi TT z jednej strony bywało postrzegane jako „wóz sportowy dla branży beauty”, ale z drugiej- dla niektórych kierowców pierwsza seria okazała się sportowa aż za bardzo.
Po drugie, lecz z pierwszego wynikające, nobilitacja Golfa nie bardzo przenosi się na Octavię. Skoro Golf jest taki zwykły- niezwykły to zdecydowanie warto mieć oryginał, ze znaczkiem VW.
Argument współpracy z Volkswagen Trends to już broń obosieczna. Mogę bronić Golfa jako codziennego superbohatera, bo w życiu i w lekturze obcowałem z licznymi niesamowitymi Golfami. Auta tuningowe- to jedno, niezwykłe historie wersji sportowych i prototypów- to drugie, ale w dziejach Golfa da się również wskazać odpowiednik „instynktu pająka”. Jak zdolność do niemal ponadnaturalnego przewidywania (prekognicji), którą został obdarzony Peter Parker prezentuje się wprowadzenie Golfa Country na długo przed eksplozją popularności SUVów i crossoverów.
Że Country ostatecznie nie przyniósł Golfowi kolejnego sukcesu? A czy odpowiednik najbardziej ludzkiego z superbohaterów powinien być tak jednoznacznie niepokonany? Za to wyprodukowany w 558 egzemplarzach Country Chrom błyszczy na liście rzadkich wersji Golfa obok 71 sztuk GTI 60 Limited. Miejsca na liście unikatów pokazują, że model znany z wielkich wolumenów sprzedaży jest w stanie sięgnąć też po motoryzacyjne szlachectwo.
Volkswagen potrafi je zresztą zaznaczyć także w bardziej dostępnych wersjach GTI- kraciaste fotele i gałka dźwigni zmiany biegów w kształcie piłeczki golfowej niosą atmosferę wyjątkowości, a zarazem są bardziej rozpoznawalne niż wiele „smaczków” z segmentu supersamochodów.
Skoro zaś w kanonicznych opowieściach o Spider-Manie twórcą pajęczej sieci jest sam bohater, jawiący się jako geniusz nauk technicznych, to i do tego konceptu wypadałoby dopasować jakieś Golfy. Dwusilnikowy Pikes Peak, planowany jako baza rajdówek A59 oraz GTI W12-650 zdecydowanie załatwiają sprawę.
Ktoś może twierdzić, iż ten tekst to wyraz tęsknoty za Trends na papierze (i oby faktycznie wróciły), ale piszę go przede wszystkim dlatego, że nienawidzę etykietek „motocykla dla zblazowanych” i, przede wszystkim, „nudnego samochodu”. Choć główny riff utworu Manic Street Preachers „Motorcycle Emptiness” brzmi naprawdę pięknie, te dwa sposoby myślenia to prezenty dla tych, którzy chcą byśmy korzystali z motoryzacji tylko przy specjalnych okazjach.
A docenienie pojazdów używanych na co dzień jest świetną odtrutką. Bo tak naprawdę Wasz zysk ze zjawisk kulturowych takich jak prezentacja Bugatti z kolekcji Ralpha Laurena w Luwrze, zatrudnienie Jeremy’ego Clarksona w „Milionerach” czy obecność cenionych aktorów w serii „Szybcy i wściekli” zależy od jednej małej rzeczy. Od tego, czy potraficie sobie zrobić ze zwykłych dojazdów małe motoryzacyjne święto.

Andrzej Szczodrak

Prawo do jechania po samochodach

Już prawie każdy, kto interesuje się motoryzacją wypowiedział się na temat (mniej lub bardziej ustawionego) sporu Motobiedy i Złomnika rozpoczętego oskarżeniem o nakaz łagodzenia krytycznych opinii w Autoblogu. Zasada dziennikarstwa jest jasna „nie dać się kupić” (chyba że ktoś prowadzi relację ze zlotu tuningowego, wtedy litera „k” traci na znaczeniu). Zasada wielu rynków medialnych, w tym polskiego, też jest dość widoczna: „Teoretycznie dziennikarz jest niezależny, kiedy nic na niego nie wpływa. Kiedy dziennikarz stara się być niezależny, do niezależności dąży również konto bankowe dziennikarza”.

Wiele osób wierzy, że jeśli dziennikarz dodaje do nazwy swojego zawodu określenie „motoryzacyjny” (tudzież „samochodowy”, „motocyklowy” lub „samochodowo-motocyklowy”), niejako podpisuje dodatkowe zobowiązanie do naśladowania Jeremy’ego Clarksona. Zaś Clarkson słynie z pisania o układach kierowniczych wykonanych ze słodkiej pianki i z konstatowania, że w akurat tej włoskiej ślicznotce się nie zakochał. A w głowach medialno-motoryzacyjnych nerdów siedzi jego zdanie „Musicie postrzegać nową Alfę lub jakikolwiek inny samochód, jako narzędzie, dzięki któremu powstanie fragment waszej prozy”.

Z drugiej strony, ten sam Jeremy Clarkson uczynił mnóstwo osób fanami motoryzacji. I, przede wszystkim, żyje w innej kulturze, współtworzonej np. przez Latający Cyrk Monty Pythona. Brytyjczycy więcej rzeczy niż my wyśmiewają i więcej otwarcie piętnują. Można czasem trochę tego stylu bezpośredniej krytyki pożyczyć, i to nie od samego Clarksona, a od jego mistrzów. Przykładami są teksty „Głaskanie psa” o Porsche Panamerze i „Votum separatum” o Alfie Romeo Giulii napisane przez Piotra R. Frankowskiego. Ogólnie jednak nie żyjemy w kraju, w którym kibole cytują Joy Division (tak, fani Manchesteru United śpiewali „Giggs, Giggs will tear you apart, again”). Kiboli mamy jeszcze prostszych, za to środowisko motoryzacyjne- trochę bardziej dyplomatyczne.

Czy to drugie zjawisko jest złe? I tak, i nie.

Umiejętność korzystania z hamulców nie szkodzi, a pobudza kreatywność. Z napisaniem, że samochód jest „dla spokojnych kierowców”, a nie po prostu „mało dynamiczny” łączy się wiara w inteligencję Czytelników, którzy i tak porównają teksty i znajdą dopasowany do nich pojazd. Poza tym, na taką dyplomację można patrzeć również jak na realizację hasła Yutaki Katayamy „Love Cars, Love People and Love Life”. Wszystkie samochody i motocykle są fajne, tylko nie wszystkie realizują wybrane potrzeby. I aż mi głupio, że Motofikcja jest jedyną stroną w sieci, na której zachowała się wypowiedź Piotra R. Frankowskiego z kapitalnego wywiadu dla Autogaleria.pl „Ja kocham wszystkie samochody. Nawet te najbardziej dziwaczne. Z jazdy niemal każdą maszyną można czerpać mnóstwo przyjemności. Pseudo-dziennikarze, którzy twierdzą, że nie będą jeździć niczym poniżej Mercedesa nie są prawdziwymi fanami motoryzacji”.
Niestety, jesteśmy kulturą motoryzacyjną, która ma pamięć złotej rybki.

Tak, należy krytykować różne aspekty samochodów i motocykli. Tak, zasady dziennikarstwa powinny być klarowne. Ale na naszym rynku częścią tej gry jest dyplomacja, która nie musi oznaczać kłamstwa.

Poza tym, od dziennikarzy wypierających z pamięci, że „pracownicy importera, a często nawet handlarze w komisie to fani motoryzacji, jak ja. Muszę wskazywać słabości ich oferty, ale jednak z jakimś wyczuciem”, zdecydowanie wolałbym publicystów samochodowo-motocyklowych pamiętających, że miłośnikami motoryzacji jest też większość Odbiorców.

Co to znaczy? To:

Chcecie być „wojującymi piórami”? A, proszę bardzo! Są aktywiści miejscy, są politycy bez wyobraźni, jest lobby IT mówiące, że będziemy bezpieczniejsi, gdy wszystkie pojazdy będą autonomiczne.

Trudni przeciwnicy? Boicie się kolegów i koleżanek z redakcji społeczno-politycznej za ścianą? Jak mi przykro…

A samochody i motocykle są po to, by czerpać radość z jazdy nimi, a niekoniecznie po to, by jeździć po nich.

Andrzej Szczodrak

Prawdziwe rozwiązanie dla ministra Gawkowskiego

Vin Polizei?
Vin Polizei?

Jak można było się dowiedzieć z wczorajszych „Faktów” minister Krzysztof Gawkowski stracił prywatnego Peugeota 5008, gdyż po Francji jeździ samochód z takim samym numerem VIN (co oczywiście świadczy o nielegalności jednego z tych pojazdów). Minister obiecuje postarać się o stworzenie europejskiego systemu komunikacji między bazami rejestracyjnymi. Moim zdaniem rozwiązanie jest nieco inne, więc wysłałem wiadomość na adres mailowy ministra.

Warto zwrócić uwagę na ostatni akapit.

A teraz można pisać: Autkowy aktywista dzieli się wiedzą z wiceministrem cyfryzacji i jego urzędnikami. „Wystawia rachunek”, ale nie finansowy dla siebie, tylko polityczny dla swojej społeczności. Wasi miejscy aktywiści tego nie potrafią.

Szanowny Panie Ministrze

Jestem dziennikarzem motoryzacyjnym.
Dziękuję za upublicznienie sprawy samochodu Peugeot, w której został Pan Minister poszkodowany.

Pragnę podzielić się z Panem Ministrem opinią, iż rozwiązanie problemu samochodów noszących niefabryczny numer VIN oparte o szukanie duplikatów w bazach państw UE może się okazać niewystarczające. Przykładowo, nie sprawdzi się ono w sytuacji, gdy skradziony pojazd otrzymuje tabliczkę znamionową oraz opatrzone VIN-em numery blacharskie z pojazdu zniszczonego i „przejmuje jego tożsamość”. Występuje wtedy nielegalny pojazd, ale nie ma „podwójności”.
Na podstawie doświadczenia zdobytego przeze mnie przede wszystkim w piśmie BMW Trends jestem w stanie zaproponować rozwiązanie bardziej kompleksowe. Mogło ono zostać zastosowane też w przypadku zakupionego przez Pana Ministra Peugeota, gdyby VIN użyty został nie tylko do sprawdzenia historii serwisowej, ale (być może przede wszystkim) do weryfikacji listy komponentów wyposażenia.
Z numerami VIN są bowiem powiązane pełne specyfikacje fabryczne, obejmujące takie aspekty jak kolor tapicerki, wszystkie zamówione dodatkowo systemy elektroniczne itd. Przykład takiej specyfikacji można znaleźć w poniższym wątku forumowym:

https://forum.bmw-syndykat.pl/index.php?/topic/18907-e36-328i-cabrio-by-bartek/ .
Wśród miłośników pojazdów klasycznych i tuningowanych istnieje nawet żartobliwe pojęcie „VIN Polizei” oznaczające zwolenników zachowania jak największej liczby elementów fabrycznego wyposażenia.
Kierowcy Peugeotów również korzystają z dekodera VIN (http://public.servicebox.peugeot.com/), ale za pośrednictwem osób, które zarejestrowały się w systemie producenta jako pracownicy niezależnych podmiotów przemysłu motoryzacyjnego i wniosły opłatę 10 euro. Oto wycinki z opublikowanego w Internecie „rozkodowanego VINu” Peugeota 206 (z serwisu auto.com.pl): 

FINISH POZIOM XT PREMIUM
SILNIK TURBO DIESEL DW10TD
TRANSMISJA BVM5
Rodzaj farby Metalic Vernie
Color Box EYL – GREY PAINT ISLANDIA
RODZAJ wykończenie wnętrza VERCORS VELVET „LH”
KOLOR TRIM „FY”

(przy czym „transmisja” to zbyt dosłowne tłumaczenie wyrazu oznaczającego przekładnię)

Indywidualizacja samochodów osiągnęła poziom, przy którym „wyposażeniowe bliźniaki” niemal nie występują. Porównanie takich opisów będzie zatem w większości przypadków wystarczające i do stwierdzenia, którzy z pojazdów o zduplikowanym numerze VIN jest tym fabrycznym, i do rozpoznania „przeszczepu”. Ciekawy przykład podaje red. Jacek Balkan w poradniku pt. „Zakup bezwypadkowy” (rozdział od str. 72).
Dlatego uważam, że rozwiązanie prowadzące do szerszej dostępności fabrycznych specyfikacji przypisanych do numerów VIN, stanowiąc kompromis między potrzebami użytkowników pojazdów a interesem producentów będzie najlepszym sposobem na oszczędzenie obywatelom kłopotów podobnych do tych, jakie spotkały Pana Ministra.
Przy okazji powyższej refleksji pozwolę sobie złożyć na ręce Pana Ministra apel, skierowany do wszystkich Osób zaangażowanych w tworzenie prawa, o sceptycyzm wobec interpretacji „zrównoważonej mobilności /zrównoważonego transportu” jako postulatu „im mniej przemieszczania się prywatnymi samochodami, tym lepiej”. Przemysł samochodowy to ważna część gospodarki, budująca dobrobyt obywateli.

Andrzej i Андрій

Dzień dobry

Z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy- wszystkiego najlepszego dla Obrońców Europy!

Nazywam się Andrzej Szczodrak. Jestem dziennikarzem motoryzacyjnym. Wraz z grupą wspaniałych ludzi („Belg. Coupé Team” współtworzą oprócz mnie Niemiec, Chorwat i Belg) prowadzimy badania nad historią motoryzacyjnego odpowiednika Bursztynowej Komnaty- Bugatti Atlantic, którego pierwszy numer podwozia to 57453. W ramach tych badań dokonaliśmy kilku przełomowych ustaleń. Wstępne informacje o naszym projekcie znaleźć można w prezentacji wykonanej dla Automobilklub Kielecki Oddział Busko Zdrójhttps://moto-kultura.pl/Belg_Coupe_Busko.ppt .Tekst na temat naszych metod badawczych i związanych z nimi doświadczeń umieściłem swego czasu na stronie: http://motofikcja.pl/co-was-czeka-jesli-naprawde…/.
Projekt Belg. Coupé realizujemy niejako obok polskiego rynku dziennikarskiego, który … jest, jaki jest. Można napisać niewesołą książkę. Jednak, nie tylko 24 sierpnia, lepiej skupić się na wspieraniu Tych, którzy zmagają się z poważniejszymi problemami- walczących Ukraińców. Mój niezwykle utalentowany chorwacki kolega, Ante złożył kiedyś do świetnej ukraińskiej firmy modelarskiej EMC-models zapytanie o miniaturę Bugatti Atlantic. Dzięki temu, w pierwszych dniach wojny pan Andrij Boklaszczuk (Андрій Боклащук) mógł przesłać Antemu apel o wspomożenie fundacji Battalion of Indifferent lub Come Back Alive. O ile Battalion of Indifferent jest organizacją bez konta dolarowego ani w euro, o tyle Come Back Alive (https://savelife.in.ua/en/) to podmiot duży, dający wygodne opcje wsparcia. I, oczywiście, rekomendowany przez sprawdzone ukraińskie źródła.
Mam zatem prostą propozycję:
Proszę traktować Come Back Alive jak naszego „Patronite’a”! Każdy, kto wykona przelew na tę fundację (najlepiej zatytułowany „Belg Coupé”) i prześle mi dowód na editor@motofiction.eu, może mailowo, telefonicznie lub przez wideokonferencję dowiedzieć się więcej o prawdziwych losach motoryzacyjnego odpowiednika Bursztynowej Komnaty! Nie ukrywam- Państwa wsparcie materialne dla walczącej Ukrainy będzie jednocześnie wsparciem wizerunkowym dla projektu Belg. Coupé. Ale to sytuacja win-win-win. Państwo okazują swą dobroć Obrońcom Europy, my (Belg Coupé Team) jesteśmy po prostu tymi, których praca zostaje wreszcie doceniona (za pomocą środków przeznaczonych na inny, bardzo ważny cel), a konkretne wsparcie finansowe otrzymują walczący (także za nas) Ukraińcy! Zapraszam!

#SupportUkraine
#SupportUkrainians
#SupportUkrainianArmy
#Bugatti57453
#Bugatti57454
#BelgCoupé
#BelgCoupéTeam
#BelgCoupéExperience

Poniżej apel pana Andrija:

The EMC-models team appeals to all its customers, collectors, friends, caring people! At 4 o’clock in the morning on February 24, 2022, the enemy attacked our country! Without declaring war, without handing out notes and ultimatums to the top leadership of Ukraine by the Ambassador of Russia (although he fled Ukraine on February 22, 2022, without handing out notes and ultimatums to the Ambassador of Ukraine to Russia, – valid until 20.03.2022! Insolently and insidiously! We are Ukrainians! We are not going to leave Ukraine! Ukraine is our country and we will defend it to the last! We will destroy the enemies! We work in territorial defense and help the armed forces of Ukraine. We also help ordinary citizens at this time. We have enough resources and opportunities. But these resources and opportunities are not infinite. If you do not care! And you, your family, friends, neighbors, acquaintances, colleagues at work have the opportunity to help, we will be very grateful to you for that! EMC-models has been cooperating directly with the Battalion of Indifferent volunteer organization since 2014. Unfortunately, this organization does not have a USD or EUR account. But you can send money to a bank account of an individual. Purpose of payment: Private transfer „. Don’t worry – your money will be used for its intended purpose.

Or you can send your funds to the Return Alive Foundation. The coordinates of the fund are below.

https://savelife.in.ua/en/

We are defending our country!
Glory to Ukraine!
Death to enemies!
Ukraine above all!
Best regards, team EMC-MODELS & V. Pivtorak
emc-models.com.ua
emcmodels.pivtorak@gmail.com
GSM +380504042477 (Viber, WhatsApp,Telegram,WeChat)
+380505831548 (Viber, WhatsApp,Telegram,WeChat)
+380974614411
Skype: EMC-models
Follow us: EMC-models
#emcmodels

Akcja : Pokaż Johnowi polską kulturę motoryzacyjną !

A gdyby tak spojrzeć na całą polską kulturę samochodowo-motocyklową i poszukać naprawdę przemyślanej odpowiedzi na pytanie, które jej elementy i historie są warte pokazania obcokrajowcowi ?

Polski patriotyzm wygląda tak, że niektórzy z nas wyrażają go wypowiedziami „z wysokiego C”, ale istnieje też bardzo liczne grono, które na co dzień głównie narzeka na warunki życia, na polityków godnych sprzedawać swe usługi managerskie na Aliexpressie (albo i to nie, bo oferowane tam gadżety chociaż bywają sprytne) i na niesympatycznych rodaków w kolejce do sklepu lub na parkingu. Można, albo nawet warto myśleć, że te dwie grupy spotykają się w takich sprawach jak masowa pomoc Ukrainkom i Ukraińcom, która jest nie tylko ludzkim odruchem, ale i działaniem patriotycznym, wiążącym się wykonywaniem dla Polski pracy dyplomatycznej, na jaką nie mogłaby ona liczyć nawet, gdyby zbudowała swoje odpowiedniki Eton, King’s College, uniwersytetu w Cambridge oraz Oxfordu i wychowała w nich całą masę specjalistów od tej dziedziny.

Zrobienie czegoś patriotycznego często wychodzi nam dużo lepiej, gdy odbywa się mimochodem, w relacjach międzyludzkich, a nie przy oficjalnych okazjach pod osłoną flagi i przy akompaniamencie hymnu.

Jest 3 maja, a ja kupiłem amerykańskiemu przyjacielowi, Johnowi czerwcowy numer magazynu „Octane” zawierający artykuł Piotra R. Frankowskiego „The Big Zborowskis” opowiadający o brytyjskich arystokratach polskiego pochodzenia, którzy inspirowali Iana Fleminga i którzy są kluczowymi postaciami w historii koloru znanego jako British Racing Green.

Z Johnem, noszącym dwa nazwiska, z których jedno to „Adams” skontaktowałem się, gdy szukałem Johna Adamsa będącego właścicielem Bugatti Typ 64. Dla mnie zatem „John” z tytułu ma twarz znaną z filmików i zdjęć oraz nazwisko (nawet dwa), ale dla Was może być Johnem symbolicznym, oznaczającym każdego obcokrajowca. „Johna Smitha”, bo anglofoni są pierwsi na liście tych, których chcielibyśmy zadziwić polską kulturą motoryzacyjną. Proponuję zatem wielką zbiórkę materiałów. Na adres editor@motofiction.eu można przesyłać zarówno teksty, zdjęcia, i filmy, jak też rekomendacje. Wszystko, czym będzie można legalnie się podzielić, przekażemy najpierw konkretnemu Johnowi, ale mam nadzieję, że będzie to wstęp. Że obmyślimy, co zrobić, by najlepszy społecznościowy obraz polskiej kultury motoryzacyjnej trafiał też do „Johnów Smithów”, „Helmutów Müllerów”, „Jacquesów Dupontów” czy „Giovannich Rossich”.

Johnowi jak dotąd opowiedziałem o CWSie i o znaczeniu Fiata 126p dla Polaków. Teraz liczę też na Waszą kreatywność. Bardziej „matka André Citroëna pochodziła z Polski, a francuski przemysłowiec chciał produkować tu swoje auta” niż „te strasne źabojady zaiwaniły nam Beskida”. O tym, że „Bartek Ostałowski- to jest Gość!” pamiętamy wszyscy, ale przeżyjmy jeszcze raz historię o ekipie polskiego BMW Syndykat, która pojechała na zlot tuningowy organizowany przez niemiecki odpowiednik tego klubu i zadziwiła gospodarzy.

Opowiedzcie o inspirowanych polskimi rajdami piosenkach. O Waszych wrażeniach po przeczytaniu „Szybkości Bezpiecznej”. O wyróżniających się stylem dziennikarzach. O ulubionym trenerze jazdy. O sympatycznej pani lub sympatycznym panu z motoryzacyjnego muzeum.

Pokażmy polską kulturę motoryzacyjną! Nie tylko Johnowi!

Przestańcie pisać o „nudnych samochodach”. I tak nie wiecie, który samochód jest nudny

Autoblog, piórem Adama Majcherka, narzekał jakiś czas temu, że Polacy są nudni w tym, jakie samochody sprowadzają z Zachodu. Na czele listy znalazło się Audi A4, wysoko oczywiście Volkswagen Golf, który od zawsze jest ulubionym kozłem ofiarnym redaktorów i komentatorów socialmediowych narzekających na moto-znużenie. Tę nudę da się leczyć, ale najpierw należałoby ją solidnie zdiagnozować.

Bo czy „pozbawiony polotu” wizerunek Golfa jest zasłużony? Na pewno jest tak wałkowany, że można się zastanawiać czy pewna grupa propagandowo nastawionych publicystów politycznych nie ściągnęła z niego swojej narracji. Przecież Golf był Donaldem Tuskiem zanim stało się to modne. „Może kojarzyć się z gospodarczym prymatem Niemiec w Europie i jest winny naszemu marazmowi”- pasuje do obu sytuacji.

Nie to, żebym przez obronę Golfa chciał też bronić pana Tuska. Mam ten „komfort”, że nie przepadam za całym głównym nurtem polskiej polityki. Bo, przykładowo, widzę podstawy by sądzić, iż odpowiedzialność za doprowadzenie do słabych rządów pana Morawieckiego rozkłada się 50:50 między panów Tuska i Kaczyńskiego. A jako fan motoryzacji nie mam powodów, by cenić pracę premiera, który w samym 2021 r. podjął kilka decyzji równoważnych zrobieniu śniadania do łóżka działaczom organizacji takich jak „Miasto jest Nasze”, i to po uprzednim dostarczeniu tym działaczom innych, bardziej intymnych przyjemności. Premiera, który takim działaniem wbił nóż w plecy rozsądnym lokalnym pisowcom łączącym przyjemne (zdobywanie punktów w sondażach) z pożytecznym (pracą na rzecz mieszkańców) w twardym sprzeciwie wobec pomysłów wspomnianych miastojanuszy. Jeśli sensowni lokalni pisowcy mają być zdradzani przez własnego premiera, a rozsądnie myślący lokalni działacze Platformy- rozjeżdżani „lowelkiem” przez Gazetę Wyborczą za to, że są za mało „postępowi” w dziedzinie transportu, to ja naprawdę serdecznie dziękuję za propozycje kibicowania komukolwiek w takiej polityce.
Tu się aż prosi o to, by być całkowicie w poprzek, i, na przykład, uważać Niemcy za głównego sojusznika Polski, a jednocześnie widzieć potrzebę, by często dogadywać się bardziej z niemieckimi instytucjami społeczeństwa obywatelskiego (w kwestii motoryzacji np. z ADAC) niż z tamtejszymi politykami.

Czy wypowiedź o polityce jest tu dygresją? Jest i nie jest. Jak pokazuje przykład nieszczęsnych rządowych dopisków do francuskich reklam samochodów oraz motocykli (https://autogaleria.pl/reklamy-samochodow-we-francji ), to właśnie ludzie zaangażowani w politykę rozwalają kulturę motoryzacyjną. A stereotypy o tym, że jakaś grupa aut jest nudna bardzo im w tym pomagają. Samochód jako „urządzenie do przemieszczania się z punktu A do punktu B” łatwiej zastąpić transportem publicznym i, częściowo, rowerami niż pojazd wyrażający twórczą pasję projektantów i inżynierów, a zarazem stanowiący ekspresję osobowości właściciela i traktowany przez tego właściciela prawie jak domowe zwierzę.
Polityków ani polskich, ani niemieckich, bronić nie chcę, mogę jedynie bronić Niemców przed kompletnie niezasłużonym stereotypem ludzi zbyt pragmatycznych i pozbawionych polotu. To niemieckiemu reżyserowi byłem w stanie wytłumaczyć, że studiuję produkcję filmową i telewizyjną, by poznać uwarunkowania produkcyjne programów dziennikarskich. Dla polskiego środowiska filmowo-telewizyjnego było jasne, że moja obecność na Wydziale Organizacji Sztuki Filmowej PWSFTviT oznacza chęć zostania kierownikiem produkcji…
Dowód anegdotyczny? Może, ale poczekajmy na wyniki rywalizacji polskich i niemieckich dzieci w badaniu edukacyjnym PISA, do którego niedawno dodano testy dotyczące kreatywności. Jest wiele pól, na których my w Polsce po prostu w twórcze podejście nie inwestujemy. Przykładowo, niemal żądamy, by artyści, dziennikarze specjalistyczni czy działacze organizacji pozarządowych mieli drugą, „poważną” pracę. Dotyczy to również działaczy oraz dziennikarzy motoryzacyjnych i kończy się wieloma niewykorzystanymi szansami na ciekawsze wydarzenia, a także zalewem powierzchownych treści.
Choćby na tej podstawie, obawiam się, że wyniki wspomnianego badania PISA będą dość bolesnym dla polskiej opinii publicznej obaleniem stereotypu „nudnych Niemców”.

Stereotyp nudnego Golfa można obalić dużo szybciej. Podczas gdy polscy dziennikarze motoryzacyjni wesoło, po raz 57453, piszą, iż Golf jest solidny, ale nie budzi emocji, tenże Golf, w wersjach GTI i pokrewnych jest co roku fetowany w austriackim Wörthersee na jednej z największych na świecie imprez motoryzacyjnych zdominowanych przez jedną markę.

„Niezbyt ciekawy samochód” sprawia, że burmistrz miasteczka zaprasza na śniadanie 30 dziewczyn, które przyjechały własnymi tuningowanymi egzemplarzami.

Golf, przynajmniej w niektórych wersjach, ma kilka interesujących aspektów. Bo co składa się na ciekawy pojazd? Angażująca charakterystyka prowadzenia, dostarczający kierowcom dużo radości przebieg krzywych mocy i momentu obrotowego, dźwięk, odważna stylistyka i „to coś”- zwykle związane z historią.
Tak, to piękne cechy. Ale co najmniej dwie z nich nie przydają się autom i motocyklom zalegającym w garażach. Prawdziwie interesujące maszyny cieszą nie tylko tym, że dostarczają przyjemności z jazdy, ale też tym, że robią to dość regularnie. Samochody i motocykle, z klasykami włącznie, powinny jeździć. Czyni je to nie tylko bardziej użytecznymi, ale i ciekawszymi.
Tak, Bugatti La Voiture Noire z 2019 roku może zostać garage queen, bo jest czymś w rodzaju NFT na kołach. Pamiątką, świadczącą o wiedzy właściciela. Gdy wybuchły plotki o Cristiano Ronaldo jako kupcu, zastanawiałem się, czy piłkarz rzeczywiście poświęcił czas, by zapoznać się z historią oryginalnej 57453 (czy, jak wolę pisać ja, 57453/57222/57454).

W wypadku La Voiture Noire o samym zakupie, a przynajmniej o zamówieniu, które uruchomiło mocno inspirowany historią proces twórczy, można mówić jako o uczestnictwie w kulturze motoryzacyjnej.
No, właśnie- uczestnictwo w kulturze motoryzacyjnej. To jest to pole, które odróżnia właścicieli ciekawych aut i motocykli od użytkowników maszyn poruszających się z punktu A do punktu B.

Logicznie wynika z tego jedyny niezawodny sposób na znalezienie najnudniejszych pojazdów. Sposobem tym byłaby przeprowadzona np. przez SAMAR ankieta skierowana do kierowców, dotycząca wszelkich form kontaktu z kulturą motoryzacyjną. Od kupowania czasopism (z popularnymi tygodnikami włącznie) przez czytanie związanych z motoryzacją książek (nie takie ważne, czy będzie to „Sztuka ścigania się w deszczu”, biografia Berniego Ecclestone’a czy „Wyposażenie do obsługi, badania i naprawy samochodów”), oglądanie filmów i programów (tak samo- mogą być to „Szybcy i wściekli”, ale i „Italian Race” lub świetny program Wayne’a Cariniego), wyjazdy na zloty, wizyty w muzeach, oglądanie na żywo wydarzeń motorsportowych lub śledzenie ich transmisji, treningi na torach (karting i pit bikes też się liczą!) po jazdę dla przyjemności, bez szczególnego celu. O tym, czy właściciele danej maszyny są w takich kwestiach aktywni, nie decyduje ani segment, ani popularność. Czy w początkach drogi Volkswagena Typ 1 (Garbusa) ktoś mógłby przewidzieć, że jego posiadanie będzie niemal z definicji wiązało się z zaangażowaniem w kulturę samochodową?

Dopiero taka ankieta: „Jaki/e pojazdy pan/i posiada” plus „W jakich formach kultury motoryzacyjnej pan/i uczestniczy i jak często” pozwoliłaby wyłonić te nieszczęsne maszyny traktowane tylko jak zło konieczne, przemierzający trasę z A do B i nic poza tym. Jakoś jestem spokojny o to, że np. Golf „przegrałby” z kilkoma przednionapędowymi crossoverami.

Przy okazji, chętnie poradzę Wam co zrobić, by Wasze pojazdy stały się ciekawsze. To nie jest tekst sponsorowany, ale z radością dzielę się informacją, że do moich motoryzacyjnych działań dołączyła praca nad blogiem i Klubem UPALAM.pl. Świetne przeżycia związane z motorsportem, w tym przejazdy z ciekawymi Kierowcami, możliwość wspierania Zawodników, również niewielkimi kwotami, w zamian za udział w organizowanych przez Nich atrakcjach, szansa poszukiwania dużych i małych sponsorów dla własnej przygody motorsportowej, czy wreszcie zniżki u partnerów firmowych. To wszystko oferuje UPALAM.pl. Dlatego warto:

Zapraszamy!

Pojazd, którego brakuje: Elektryczna tylnonapędowa Toyota Starlet

Film „Zawrotna prędkość” („Overdrive”) nie ma może klimatu kapitalnego „Italian Race” („Veloce come il vento”). Budzi jednak kilka miłych skojarzeń za sprawą niezłej repliki Bugatti Atlantic i … pseudonimu wykonawczyni głównego motywu muzycznego- „Electric Starlet”.

Znaczy on po prostu „Elektryczna Gwiazdka”, ale może się kojarzyć z historią oznaczeń modelowych Toyoty. Tak, jak legendarna nazwa „Corolla” ustąpiła na pewien czas Aurisowi, w segmencie B rewolucją było odejście od Starlet na rzecz Yarisa. Co ciekawe, można powiedzieć, że nazwa Starlet wciąż ma dłuższą tradycję niż Yaris. Pierwsza „Yariska” zadebiutowała w 1999 r., czyli 22 lata temu, tymczasem „Starletki” produkowano od 1973 do 1999 r. Z drugiej strony, kto chce przyznać w tej kategorii wyższość Yarisowi, też może to zrobić. Od 1973 do 1978 r. „Starlet” funkcjonowała jako nazwa wersji coupé i sedan Toyoty Publiki znanej również jako Toyota 1000. Dopiero druga generacja, KP60, stała się osobnym modelem. Toyota Mag (https://mag.toyota.co.uk/history-of-the-toyota-starlet/) zwraca uwagę, że historia oznaczenia Starlet powtórzyła się w przypadku Supry, która także wyewoluowała z modelu Celica Supra.

To właśnie KP60 jest „Starletką” legendarną. Jej właściwości jezdne tworzą tylny napęd (o który byłoby przecież łatwo w nawiązującym do niej „elektryku”), czterowahaczowa oś tylna i zębatkowy układ kierowniczy. Pod koniec rynkowej kariery KP60 stanowiła ewenement w segmencie B, właśnie ze względu na tylny napęd.

ToyotaMag odnosi się do tej cechy przy użyciu lubianego przez Pana Piotra R. Frankowskiego terminu USP (Unique Selling Point) i dodaje, że to, co czyniło KP60 „przestarzałą” w latach 80-tych, dziś przyciąga rajdowców i drifterów. Szczególną uwagę na tę generację Starletki zwrócono w 2010 roku, gdy pojawił się film z 8-letnim Kalle Rovanperą (film musiał mieć ok. dwóch lat, gdyż sam kierowca urodził się 1 października 2000 roku) trenującym za kierownicą takiego auta. 16 lipca 2021 r. tenże Kalle Rovanperä stał się najmłodszym w historii zwycięzcą rundy WRC.

Przyznam się, że kiedyś pytałem, czy byłaby szansa zakupu Starletki, od której zaczynał młody kierowca. Auto nie jest i długo nie będzie na sprzedaż.

Toyoto, masz szlaki przetarte przez konkurenta (Hondę e), masz fantastycznego ambasadora dla nowego modelu. Na co czekasz?

Kwestionariusz Pojazdu, którego Brakuje

  • Kto mógłby produkować?
    Zasadniczo Toyota, ale wyobrażam sobie małego producenta, podchodzącego na podobnej zasadzie, co twórcy Elegend E1. Z drugiej strony: czy tego typu producent zainteresowałby się segmentem B?
  • Dlaczego?
    Mała Toyota z tylnym napędem i dozą sportowego charakteru, to chyba motoryzacyjna definicja słowa „radość”
  • Ciepło?
    Wiadomo, Honda e. Po części także hybrydowy Yaris.
  • Ale?
    Tradycja, która stoi za Hondą e, nie jest tak mocno kojarzona ze sportem. Przynajmniej nie w Europie i raczej nie w Stanach.
    I aż dziw, że hybryda w gamie Yarisa nie jest wersją najwyższą, celującą w rolę następcy 1.8TS.

Andrzej Szczodrak

Co Was czeka, jeśli naprawdę zdecydujecie się szukać zaginionych pojazdów ?

Jak wielu czytelników Motofikcji wie, jestem zaangażowany w rozwiązywanie zagadek historii motoryzacji. Także tej największej z największych : co się stało z czwartym (a drugim w kolejności produkcji) egzemplarzem Bugatti Atlantic nazywanym « La Voiture Noire » lub (od numeru podwozia) « 57453 ». Udało mi się potwierdzić, że ten samochód, latami uważany za egzemplarz należący do fabryki, miał co najmniej jednego prywatnego właściciela (http://motofiction.eu/gabriel-duhoux-confirmed-as-the-first-owner-of-la-voiture-noire/).

Niedawno współpracę zaproponowali mi holenderscy badacze historii motoryzacji, którzy stali za ujawnieniem losów kolekcji znanej jako « Sleeping Beauties » (« Śpiące królewny ») zawierającej m.in. Bugatti Atalante (tu warto podkreślić, iż Atalante i Atlantic to dwie różne wersje nadwoziowe Typu 57S).

Postanowiłem opowiedzieć Czytelnikom o tym, jak naprawdę powinno wyglądać poszukiwanie zaginionych klasyków.

  • Chodzenie po stodołach ? Tak, ale to tylko finał …
    « Barn find» czyli znalezisko w stodole. To określenie porusza wyobraźnię każdego miłośnika klasycznych aut i motocykli. W maju 2020 roku swą premierę miała polska gra komputerowa nawiązująca do tego fenomenu- « Barn Finders » (http://dualitygames.eu/barn-finders/).
    I słusznie. Jak pokazuje przykład odkrycia trzech Bugatti i Citroëna 5HP przez Mathieu Lamoure’a oraz jego kolegów z domu aukcyjnego Artcurial, historie poszukiwania klasycznych pojazdów rzeczywiście kończą się otwarciem jakiegoś budynku gospodarczego i pokazaniem światu odnalezionych pojazdów. Pracownicy Artcurial musieli w tym celu odsunąć ok 200 worków piasku o masie 25 kg każdy (https://www.classicandsportscar.com/news/breathtaking-bugatti-trio-rescued-belgian-barn). Jednak zanim mogli przystąpić do pracy fizycznej, musieli na pewno odbyć także wiele rozmów. A preludium do takich rozmów jest zwykle lektura licznych dokumentów. Warto być przygotowanym. W przypadku odkrycia, które sfilmowała ekipa pana Lamoure, działający prężnie także w internecie fani marki Bugatti bardzo szybko zorientowali się, że znalezione egzemplarze nosiły numery fabryczne 57500, 49487 i 40719. To typowe. Bugattisti szybko skojarzą niemal każdy samochód tej marki z numerem podwozia. I to pomimo faktu, że numery te bywały przenoszone między autami.
  • Zwariowana podróż przez dokumenty stanu cywilnego, strony dla zakochanych i wiele innych miejsc

    Nie tylko Bugatti są znane w taki sposób. Powstało raptem 320 Jensenów FF, więc istnieje książka opisująca wszystkie egzemplarze (https://www.jensenmuseum.org/product/the-jensen-ff-320-short-stories/). Każdy z nich miał kierownicę po prawej stronie. Na forum właścicieli Jensenów można jednak przeczytać pół-legendę, że słynny niemiecki malarz i rzeźbiarz- Cornelius Richter sprzedał jedyny egzemplarz FF dostosowany do ruchu prawostronnego Hubertowi Bauerowi z Zirndorf.
    Nazwisko « Bauer » jest w Niemczech dość popularne, ale po wstępnych poszukiwaniach nietrudno domyślić się, że bohaterem tej akurat historii jest członek rodziny zarządzającej firmą geobra Brandstätter Stiftung & Co. KG produkującej zabawki Playmobil.
    Dość łatwo znaleźć także potwierdzenie, że « rajski ptak niemieckiej sztuki », Cornelius Richter, faktycznie zajmował się handlem angielskimi autami.
    Malarz i rzeźbiarz sprzedaje pojazd szefowi fabryki zabawek. Cóż za piękna metafora klasycznych samochodów i motocykli ! Dzieła sztuki i źródło prostej przyjemności w jednym.
    Choć wszystko wskazuje, że kierownica w Jensenie sprzedanym panu Bauerowi przez pana Richtera nie była fabrycznie umieszczona po lewej stronie, transakcja naprawdę miała miejsce. Dowiedziałem się tego głównie dzięki wnuczce pana Bauera, którą znalazłem przez facebookową stronę « Spotted Zirndorf ». Tak, jedną z tych, na których przesyła się pozdrowienia i prośby o kontakt osobom, które zrobiły na nas wrażenie przy jakimś krótkim spotkaniu w miejscu publicznym.
    Niejako à propos tego, że strony typu « spotted » mogą poruszać wszystkie lokalne tematy, przywołam kielecki dowcip o trzech liceach i książce telefonicznej. Głosi on, że po otrzymaniu zadania, by nauczyć się tejże książki na pamięć, uczniowie dwóch szkół mieli zgodnie zakrzyknąć « po co ? ». Jednak w liceum znanym przede wszystkim z profilu biologiczno-chemicznego padło inne pytanie : « na kiedy ? ».
    Znany jest też żart o peerelowskim milicjancie, który po przeczytaniu książki telefonicznej miał stwierdzić « akcja niezbyt wartka, ale ilu bohaterów ! ».
    Po co te żarty przywołuję ? Po to, by powiedzieć, że w toku badań nad historią zaginionego klasyka, stara książka telefoniczna staje się wspaniałym przyjacielem, a czasem nawet czymś ekscytującym jak powieść sensacyjna. Jeśli nazwiska bohaterów naszej historii nie są bardzo popularne, książka telefoniczna może posłużyć do prześledzenia losów całych ich rodzin. Niestety, nazwiska osób, z którymi warto się skontaktować trzeba umieć wyczytać również z nekrologów ich bliskich. Lub, co znacznie przyjemniejsze, z książek i czasopism niezwiązanych bezpośrednio z motoryzacją (http://motofikcja.pl/najlepsza-motowalentynka-jaka-dzis-przeczytacie/).

  • Międzynarodowe przyjaźnie i znajomości

    Thomas z Hannoweru piszący na forum właścicieli Jensenów. Niemiec Uwe, który dzieli się ze mną informacjami z 40 publikacji o Bugatti, które udało mu się zgromadzić, oraz z zamkniętego dla nowych użytkowników rejestru aut tej marki. Chorwat Ante, polecający mi monografię, dzięki której potwierdziłem swoje odkrycie, podzielający moją pasję i włączający się w pisanie maili do ekspertów, urzędów oraz osób prywatnych. Wspaniali wolontariusze europejscy współpracujący z kieleckim Regionalnym Centrum Wolontariatu, rozwiewający moje wątpliwości językowe. Urodzona w latach 1930-tych w Belgii pani, która teraz żyje w Stanach Zjednoczonych i która kibicuje moim badaniom dotyczącym historii jej ojca chrzestnego…
  • Okazje, by pomóc innym oraz odkrycia dokonywane przy okazji

    … oraz inna pani z Belgii, z którą dzielę się informacjami użytecznymi przy tworzeniu drzewa genealogicznego jej rodziny. Amerykanin Frank umieszczający na swym blogu wzmiankę, iż kuzynem jego matki był legendarny belgijski kolekcjoner Stephane Falise i, mam nadzieję, poznający historię pana Falise jeszcze dokładniej, dzięki zaleconemu przeze mnie kontaktowi z innym kolekcjonerem Bernardem Marreytem. Członkowie brukselskiej grupy facebookowej dziękujący za ożywienie ich wspomnień.
    To zajęcie to kontakt z różnymi ludźmi, a informacje, którymi my możemy podzielić się przy okazji, dla kogoś innego mogą okazać się tymi szczególnie oczekiwanymi. Czasami sami możemy zostać zaskoczeni wiedzą, która przyjdzie do nas w związku z poszukiwaniami dotyczącymi zupełnie innego działu historii. Chciałem znaleźć posiadacza jednego z Bugatti Typ 64, a, dzięki zbiegowi okoliczności nazwisk, poznałem świetnego amerykańskiego kolekcjonera pamiątek motoryzacyjnych. I coś czuję, że John będzie bohaterem jednego z kolejnych wpisów.
  • … wiedza, z książek droższych niż niezłe używane auto

    « Bugatti Type 57 Sport » Pierre’a Yvesa Laugiera (http://motofikcja.pl/czlowiek-ktory-przyprawil-ferdinanda-piecha-o-obsesje/) kosztuje 2400 euro, « The Jensen FF – 320 Short Stories »- 2500 funtów. O książce na temat Jensenów wciąż marzę. Ale najistotniejsze dla mnie informacje z napisanej przez francuskiego badacza monografii o Bugatti Type 57S (przy okazji : « S » znaczyło Surbaisséé, a nie Sport, z czego sam pan Laugier od dawna zdaje sobie sprawę) udało mi się otrzymać dzięki uczynnym ludziom z całego świata.
  • Kupowanie książek ze świadomością, że zawierają błędy

    Książki « The Bugatti Type 57S » Bernharda Simona oraz « Bugatti Yesterday and Today: The Atlantic and Other Articles » Lestera G. Matthewsa juniora udało mi się kupić. Druga z tych pozycji, kosztująca 25 euro, jest niedoceniana przez bugattistów, gdyż jej autor był przekonany o istnieniu tylko trzech egzemplarzy Typu 57S z nadwoziem Aéro Coupe/Atlantic. A jednak … zapisane w niej sugestie pracowników firmy z Molsheim, choć poddane przez autora w wątpliwość, potwierdzają moje odkrycie.
  • Dużo nauki języków

    Przy pracach nad sprawą Jensena starałem się w jak największym stopniu używać języka niemieckiego, by bardziej okazywać szacunek rozmówcom. Gdy zajmuję się sprawą zaginionego Bugatti, mój program pocztowy przestawiony jest na język francuski, podobnie jak edytor tekstu i interfejs użytkownika Facebooka. Ten ostatni zabieg polecam wszystkim miłośnikom tego języka. Skutkiem ubocznym jest to, że Facebook zaczyna zwracać się do nas na « Pan/Pani » (« vous »). Mój folder « wysłane » zawiera ponad 460 wiadomości w języku generała De Gaulle’a, a to na pewno nie jest koniec.
    I cieszę się, że znam podstawy języka ukraińskiego. Niektórzy twierdzą, że na Ukrainie lub w Mołdawii (gdzie mówi się po rumuńsku) zachowało się jedno z aut marki CWS.

Andrzej Szczodrak

Kocham swój samochód prawie jak domowego zwierzaka. Chyba zostanę … aktywistą miejskim

Moje codzienne auto. Niepozorna Octavia I. Teoretycznie powinna być dla mnie samochodem numer 3, bo przecież zachowałem do odbudowy rodzinnego Fiata 126p, a i buduję sobie BMW do sportu.

Jednak, przy całej sympatii do „Malucha”, w Octavii stałem się bardziej świadomym kierowcą, choćby przez to, że przeszedłem w niej dwa kursy w Szkole Jazdy Subaru. Myślę, że dla prawdziwego miłośnika motoryzacji doskonalenie techniki jazdy jest czymś, co buduje sentyment do pojazdu bardziej niż jakieś wielkie ceny danego modelu na portalu ogłoszeniowym. Czyli Maluch ma wartość sentymentalną, ale mimo wszystko Škodzie ustępuje. E30, to oczywiście bardzo ciekawy wóz, ale jeszcze nie miałem okazji nacieszyć się nim w dobrym stanie technicznym. A jeśli do tego wszystkiego dodam jeszcze, że to Octavią pojechałem do Belgii, by porozmawiać z osobą pamiętającą część powojennych losów zaginionego Bugatti Atlantic, to wartość Škody w moich oczach mocno szybuje w górę.

Wbrew legendom o fanach motoryzacji, nie jesteśmy jakimiś wielkimi materialistami i nie mamy zawsze z tyłu głowy ceny auta lub motocykla, z którym obcujemy. Ale, jak lubią pisać redaktorzy pewnego cenionego przeze mnie portalu piłkarskiego, szanujmy się. Ceny Octavii I na portalach ogłoszeniowych, przy moim przywiązaniu do tego konkretnego egzemplarza mają prawo mnie uwierać.

Co możesz zrobić dla wartości finansowej swojego samochodu? A, no stać się sławnym lub sławną. Tylko czy na pewno? Sława w świecie motoryzacji? No, to prywatne pojazdy pana Piotra R. Frankowskiego powinny być w Polsce przedmiotami ostrych licytacji na aukcjach klasyków. Jakoś o tym nie słyszałem. Nawet nie obiło mi się o uszy, żeby ktoś za jakąś rekordową cenę wystawił na portalu aukcyjnym samochód używany kiedyś na co dzień przez Roberta Kubicę.

To może lepszy los czeka pojazdy artystów? Miałbym jakieś szanse, bo ostatecznie mam w dorobku teksty do dwóch hymnów sporych imprez. Też nie bardzo przejdzie, bo z kilku Porsche Maryli Rodowicz naprawdę rozpoznawalne jest tylko to, które trafiło do Tadeusza Tabenckiego. Ech, w tej Polsce to jednak trudno rozsławić swoje auto.

I wtedy na pomoc przyjeżdża fascynująca strona facebookowa „Saab jest nasz”. Oraz moje osobiste wspomnienie, jak to Mama najbardziej widocznego w moim rodzinnym mieście aktywisty miejskiego odwoziła nas z konkursu ortograficznego piękną błękitną Cariną E z antyradarem.
Do dziś jestem wdzięczny za miejsce w tamtej Toyocie. Samochód aktywisty! To jest coś, co zapisuje się w pamięci i może zdobyć sławę.

Wyobrażam sobie, że „Saab, który Jest Nasz” trafia na portal ogłoszeniowy:

  • Opis: Jeden z lepszych na świecie symboli hipokryzji. Nawet jeśli kiedyś jacyś badacze ustalą, że Stalin podarował Hitlerowi makatkę z gołąbkiem pokoju (zmieniając obecnie znaną historię tego symbolu https://pl.wikipedia.org/wiki/Go%C5%82%C4%85bek_pokoju), ten Saab będzie miał większą wartość!
  • Cena: 2 miliony złotych.
  • Reakcja publiczności: niezwykle popularna zrzutka na portalu crowdfundingowym. Saab do muzeum na wieczną rzeczy pamiątkę!

No, nie. Mówcie, co chcecie, ale … to jest sposób!

Już układałem plan zostania aktywistą. Mnie, a pewnie i moje miasto, uratowała jedna refleksja: ale przecież ja nie chcę sprzedać tej Škody.

Andrzej Szczodrak

Greta z grata

Zacznijmy od pozytywów. Dorobek Tymona Grabowskiego jest pełen ciekawych działań. Jeśli za sprawą linii politycznej Spiderswebu czy relacji koleżeńskich z pewnym ekscentrycznym właścicielem Saaba* wykształci on poglądy, z których można zbudować statek kosmiczny i udać się w poszukiwaniu form życia jeszcze bardziej dziwacznych niż nasi politycy, to i tak na widok druciarstwa wiele osób pomyśli o Cytrynie i Gumiaku, a „Warszawa Przyjazna Ludzią” pozostanie jednym z wzorców wyśmiewania działalności aktywistów miejskich, próbujących być bardziej „ąę” niż pozwala im na to intelekt.

Pomysł na ten tekst miałem dość dawno, a mógł on mieć „swoje pięć minut” w momencie gdy Tymon Grabowski zaprezentował na „Złomniku” zestaw poglądów bliskich temu, co głoszą aktywiści miejscy. Jednak dla mnie bardziej niepokojący jest ten artykuł Michała Koziara: https://spidersweb.pl/autoblog/doplaty-do-samochodow-niemcy/.
Nie piszę o tym z zazdrości o szansę, jaką jest dla obu panów Autoblog. Nie znam dobrze innych części Spider’s Webu, ale jego właściciel jest dość powszechnie kojarzony jako osoba, delikatnie mówiąc, zbyt wyrazista w poglądach.
No i właśnie, dzisiejszy artykuł o niemieckich dopłatach nie jest „wyskokiem”. To jest napisany na spokojnie tekst, będący świadectwem czegoś w rodzaju linii redakcyjnej. Podstawa filozoficzna tej linii jest fajna i niefajna zarazem:

  • panowie z Autobloga lubią „graty”. I chwała im za to!
  • Do swojego „lubienia gratów” dorobili antykonsumpcyjną ideologię. A, to już gorzej!

Nie jestem entuzjastą dopłat rządowych. Rząd to takie kapryśne stworzenie, które dziś lubi disco-polo, a jutro (po wyborach) pokocha rocka. Lepiej z zasady wspierać ideę, by władza traktowała wszystkich (oprócz złodziei i morderców) z życzliwą neutralnością, niż funkcjonować na zasadzie „cztery lata bycia głaskanym – cztery lata zbierania kopniaków”.

Jednak od sceptycyzmu wobec dopłat do postawy typu „a właściwie to po co komu nowe auta?” jest parę, zdecydowanie niewartych wykonania, kroków.
Ja też nie chcę, by samochód jeździł za mnie, natomiast, niezależnie od pchającej się wszędzie elektroniki, w motoryzacji nadal dzieją się rzeczy fajne. Nadal powstają coraz lepsze amortyzatory i coraz lepsze elementy resorujące, tworzone są nadwozia, które są jednocześnie sztywniejsze i lżejsze. Nadal pracują ciekawi styliści, a nawet kilku marketingowców, którzy wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi i wymyślają fajne pojazdy. Zwolennicy tezy, że „motoryzacja skończyła się na Kill’em All” postawiliby tamę takim jej dziełom jak np. Kia Stinger, Toyota GT86, Suzuki Samurai, czy nadchodzący Nissan 400Z. Wyobraźcie sobie dwudziestopięciolatka, który przez całe dzieciństwo kochał tworzenie rysunków aut, a teraz słyszy „Przykro mi. Wiem, że jesteś fajnym stylistą, ale urodziłeś się za późno”. Zresztą … już widzę VW, Toyotę, BMW i Mercedesa utrzymujące się głównie z produkcji części do starszych modeli.

Nie. Ja chcę zobaczyć prawdziwego wielkoseryjnego shooting brake’a (przy dominującym dziś modelu rodziny mogłyby one nawet… zagrozić SUVom), tylnonapędową Mazdę 6, następcę Megi Track, kilka bardzo szybkich motocykli i kilka maszyn tak rozpoznawalnych jak Africa Twin. I wcale nie obrażę się, jeśli będą miały inne źródła napędu niż te tradycyjne- benzyna i olej napędowy. Nawet Clarkson dworował sobie kiedyś z tego, że główna zasada działania silnika jest taka sama od zarania motoryzacji.

Ale zaraz! Antykonsumpcjonizm! On nas uratuje przed katastrofą klimatyczną!
No, nie do końca. Antykonsumpcjonizm jest tak samo daleko od rozsądnej konsumpcji jak bezrefleksyjny konsumpcjonizm. Jak kupowanie dla szpanu dóbr, których wartości się nie rozumie. Czym grozi wojujący antykonsumpcjonizm, może pokazać nam kryzys, wywołany przez, jak to uroczo napisał Tymon Grabowski, „kolegę COVID-19”.

Słynna sytuacja, w której Clarkson wyzwał Gretę Thunberg, była w rzeczywistości smutna, gdyż Anglik zarazem nie miał racji i ją miał. Okazało się, że mistrz metafor „nie umie w dyplomację”. Obraził więc dziewczynę, która, owszem, jest zmanipulowana, ale kompletnie nie tak, jak wielu to sobie wyobraża. Według mnie, Greta jest zindoktrynowana podobnie jak większość dorosłych odbiorców mediów. Dostaje naukowe diagnozy połączone z politycznymi postulatami i nie umie ich od siebie oddzielić. Jako osoba z zespołem Aspergera może wręcz genialnie rozumieć fizyczną stronę zagadnienia, a jednocześnie łykać dorobioną do niego ideologię, jak przeciętny telewidz. Warto szanować jej wrażliwość, ale odrzucić receptę, w którą niestety uwierzyła.
Bo co to za recepta: antykonsumpcjonizm i „rozwalenie kapitalizmu”? Jasno widać, że za antykonsumpcjonizmem kryją się inne „izmy”, dobrze znane w Europie Środkowej i kojarzące się z kartkami na jedzenie.
Przez to, że Clarkson niepotrzebnie obraził Gretę, nie zwrócono uwagi na inną część jego wypowiedzi. Tę, że „trzeba poważnie porozmawiać z naukowcami”. To było w punkt! Bo potrzebne są innowacje. Głoszenie antykonsumpcjonizmu doprowadzi tylko do sukcesu hipokrytów. Czerpiący z życia garściami politycy będą oklaskiwać Gretę i głosić pochwałę wyrzeczeń zwykłym ludziom, których po prostu nie będzie stać na konsumpcję.
W kontekście zmian klimatycznych jako historię sukcesu przywołuje się rozwiązanie problemu dziury ozonowej. A przecież to nie było zwycięstwo wyrzeczeń, tylko technicznej zmiany, nieodczuwalnej dla przeciętnego mieszkańca planety!

„Zawsze gratem”? To fajny styl życia. Ale warto pamiętać, że jeśli rozleci się gospodarka, to, prędzej niż później, rozleci się też grat.

Andrzej Szczodrak

* ekscentryczny (delikatnie mówiąc) właściciel Saaba to naczelny MiastoJANusz, więc chyba nie warto zwiększać mu indeksu w wyszukiwarce