Piosenka na Dzień Malucha

Dzisiaj Dzień Malucha, a jak wszyscy polscy fani motoryzacji wiedzą, jest to święto jeszcze większe niż Dzień Dziecka. Z tej okazji wpisałem w wyszukiwarkę popularnego portalu włoską nazwę naszego ulubieńca, czyli „Centoventisei” i znalazłem to:

A ponieważ uwielbiam historie o odkrywanych na nowo utworach artystycznych, od razu zamarzyłem, by ta piosenka stała się fenomenem na miarę „Jožina z bažin”.

Włosi z The Skylanders wykazali się poczuciem humoru bo:

„Vieni a far l’amor nella mia Centoventisei” znaczy „Chodź uprawiać miłość w moim 126”

„E sarà più facile” – „będzie prościej”.

Tak, chcę by Skylanderzy zdobyli popularność taką, jak Ivan Mládek. I niech koniecznie wystąpią na kilku zlotach miłośników Fiata 126p. Jeśli są to ludzie, którym już wywietrzały z głów dawne marzenia o życiu z muzyki, taki powrót na scenę będzie jeszcze piękniejszy.

Mam nadzieję, że fani Malucha potrafią o to zadbać. Piosenka jest niezwykle rytmiczna, a o języku włoskim nieprzypadkowo mówi się „śpiewny”.

Ja już nucę, na tyle, na ile pozwala mi uśmiech od ucha do ucha.

A Wy?

Drogówka jest fajna, ale tylko czasami

Jedna z bardziej znanych lewicowych publicystek, pani Kinga Dunin, napisała jedenaście lat temu tekst pod tytułem „Podatki są fajne” (zainteresowani mogą przeczytać całość w tym miejscu). Jednych z Was taki tytuł może śmieszyć, inni uznają, iż „coś w tym jest”, a ja powiem: fajnie, że ludzie filozofują. Bo, choć autorka zbytnio zajmuje się ocenianiem kto jest „tym dobrym” a kto „tym złym” w polityce, problem poruszony na początku artykułu jest ważny i ciekawy:

Czy tworzymy społeczeństwo , by działać jak jeden organizm, czy po to, by każdy z osobna miał lepiej?

Jestem znacznie bliżej tej drugiej opcji, ale powtórzę: dobrze, że ktoś się nad tym zastanawia.

Dobrze, bo jest to polityczna wersja pytania, które należy zadawać przy każdej okazji. Brzmi ono:

OD CZEGO ZACZĄĆ?

Przykładowo, myślenie o aucie do sportu warto zacząć od tego, że raczej masz nadwozie samonośne. A to oznacza, że karoseria i podzespoły mechaniczne to wcale nie są „dwa różne światy”, tylko wspólnie pracujący układ. I jeśli o tym nie pamiętasz, to w takim BMW E46 możesz otrzymać serdeczne pozdrowienia od wału napędowego.

Istnieją jednak rzeczy jeszcze gorsze niż słaba blacha. Na przykład słabe prawo drogowe. Ono także nie może się obyć, bez odpowiedzi na pytanie „od czego zacząć”, tyle że wypracowanej przez januszy (nie Januszów, a januszy właśnie). Wygląda ona tak:

1. Najważniejszymi ze wszystkich przepisów są bezwzględne ograniczenia prędkości. Są tak ważne, że słowo „przepisowo” i wyrażenie „zgodnie z ograniczeniami prędkości” znaczą dokładnie to samo.
2. A tak w ogóle, to ograniczenia prędkości są fajne.

Problem w tym, że fajne rzeczy są jak pudełko czekoladek.
Nie, nie chodzi o to, że nigdy nie wiesz, na co trafisz. Chodzi o to, że nikt nie wie, kiedy przestać.

Dlatego, nawet jeśli coś jest w jakimś zakresie konieczne, jak podatki czy ograniczenia prędkości, to i tak trzeba zadać sobie pytanie czy jest to rzecz z zasady dobra, czy z zasady przykra. Jeśli jest z zasady przykra, należy pilnować, by była stosowana tylko w takim zakresie, w jakim jest to absolutnie niezbędne.

A piszę o tym wszystkim, bo, jak na ironię, w „sezonie podatkowym” funkcjonariusze Wydziałów Ruchu Drogowego prowadzą protest.
Jak podaje TVN Warszawa polega on na tym, że:

-Teraz wystawiamy mandaty wyłącznie za najpoważniejsze wykroczenia. Takie, które stanowią realne zagrożenie dla innych uczestników ruchu – wyjaśnia nasz rozmówca z drogówki

Genialnie podsumował to na swej stronie facebookowej ambasador Liberlandu Karol Parkita:

„Czyli wreszcie jest tak, jak być powinno?”

Dbanie o to, by było, jak być powinno, na co dzień nie należy do funkcjonariuszy policji, tylko do parlamentarzystów, pracowników ministerstwa zajmującego się transportem oraz do inżynierów w poszczególnych zarządach dróg.

I do nas. Bo to my powinniśmy od nich wymagać. Fundamentem tych wymagań powinno być to, że:

BEZWZGLĘDNE LIMITY PRĘDKOŚCI TO ZŁO KONIECZNE. Równie ważne jak to, że powinny być przestrzegane, jest to, że powinny być mocno kontrolowane.

Tak, widzę jak ziewacie. Ciebie widzę. I Ciebie też. I Ciebie. Bo nawet na Motofikcji istnieją jakieś granice Motoutopii. Możemy snuć wizje, w których auta bliskie koncepcyjnie Toyocie GT86 są w palecie każdego producenta, ze Škodą włącznie (skoro aktualny Rapid stanie się Felicią…), możemy wyobrażać sobie markę CWS w XXI wieku. Ale tak dobrze, żeby ktoś na serio patrzył na ręce władzy, to nie ma.

A jednak, MOŻECIE COŚ ZROBIĆ.

Ja to widzę tak: ministerstwo zajmujące się transportem ma zespół prasowy, każdy zarząd dróg ma rzecznika, posłowie mają kasę na biura. Oznacza to, że jest cały tabun RZECZNIKÓW OGRANICZEŃ.

No, to teraz przejrzyjcie swoje kolekcje czasopism, swoje subskrypcje na Youtube’ie oraz swoje zakładki w przeglądarce pod kątem ulubionych dziennikarzy i blogerów motoryzacyjnych. I jak? Macie tam takich, którzy wykazują chęć, by zostać „rzecznikami prędkości” i zmusić rzeczników ograniczeń, by zaczęli się mocno tłumaczyć? Jeśli tak, to pomagajcie promować ich twórczość. A na początek napiszcie o nich w komentarzach.

 

Żeby nie być gołosłownym, sam podam pierwsze nazwiska: sporo świetnych tekstów na ten temat napisał red. Piotr R. Frankowski, ale warto zwrócić uwagę także na red. Andrzeja Kondratczyka z Auto-Świata.

Czas na Giełdowóz, czyli jak dokonamy rewolucji w motoryzacji

 

Panie i Panowie, czas podbić rynek motoryzacyjny autem mającym nowe źródło napędu o wykładniczo rosnącej mocy:
 
Czas na #GIEŁDOWÓZ
 
czyli samochód napędzany indeksami giełdowymi. Chcesz, by wartość twoich akcji wzrosła- musisz uczestniczyć w wytwarzaniu energii dla naszego ładowanego indukcyjnie auta! Akcje sprzedajemy w modelu MLM. Gdy zajmiesz odpowiednie miejsce w hierarchii akcjonariuszy, masz szansę przejechać się samochodem. Wcześniej, kiedy tylko możesz, pedałujesz na stacjonarnym rowerku i dostarczasz energii. Pozyskane od Ciebie dżule stają się niutonometrami naszego hipernowoczesnego cuda, a od tych właśnie niutonometrów zależy sprzedaż akcji! W międzyczasie pomagasz w znajdowaniu klientów także poprzez wciąganie znajomych do swojej sieci.
Giełdowóz będzie dostępny również jako KIT CAR. Pomimo że powstanie jako produkt polsko-amerykańsko-brytyjski, bardzo prosimy nie sugerować, że KIT CAR to nazwa polsko-angielska.

WEŹ UDZIAŁ w rozwijaniu i promowaniu naszej inicjatywy!
1. Używaj hasztagów
#Giełdowóz
#CzasNaGiełdowóz.
w swoich wpisach i komentarzach (także na stronach naszej konkurencji)!
2.Handluj akcjami!
3.Włącz się w wytwarzanie energii!



POMYŚL!

od Twojego zaangażowania w te trzy procesy zależy to, kiedy pokonamy Dodge’a Challengera SRT Demon w wyścigu na 1/4 mili.


PAMIĘTAJ!
Projekt nadwozia supersamochodu można kupić w każdym sklepie modelarskim, u spotkanego tam stylisty-amatora zakochanego w Ferrari lub Lamborghini. Jednak po to, by utrudnić zadanie konkurencji, zdecydowaliśmy się na jednego z najciekawszych takich stylistów- Pana Eugeniusza Brzozę.
Poza tym wszelkie podobieństwo Giełdowozu do już istniejących aut- zarówno w zakresie stylizacji, jak i modelu biznesowego jest czysto przypadkowe!

Wegański bezglutenowy samochód

 

Zbitka „wegański, bezglutenowy posiłek” to symbol kulinarnych mód. Co ciekawe, te dwa słowa często występują obok siebie nawet na blogach prowadzonych przez wegan.

Co w tym dziwnego? Ano to, że rezygnacja z glutenu to decyzja typowo zdrowotna- konieczna przy celiakii, a potrzebna przy kilku innych chorobach układu odpornościowego. Weganizm wynika natomiast z przyjęcia pewnej postawy etycznej. Oczywiście istnieją dania, które nadają się jednocześnie dla wegan i dla „bezglutenowców” oraz ludzie, którzy zdecydowali o byciu weganami a zarazem potrzebują unikać glutenu. Wynika to jednak z dwóch różnych motywacji. A kiedy dieta bezglutenowa stosowana jest u osoby z celiakią, to mówienie o „modzie” jest ciężką bezmyślnością.

No, dobrze, a co to ma wspólnego z samochodami?

To, że dokładnie tak samo, jak ze słowami „wegański” i „bezglutenowy” postępujemy z wyrazami „elektryczny” i „autonomiczny”. Tymczasem silnik elektryczny jest jednym z możliwych rozwiązań napędu od samego zarania motoryzacji. Auto z takim motorem nadal może zmieniać kierunek na skutek obrotu kierownicy i przyśpieszać po naciśnięciu pedału. Słowem- być samochodem, jaki znamy i nie robić rewolucji w naszych przyzwyczajeniach. Takiej rewolucji doświadczymy natomiast, jeśli będziemy wiezieni przez komputer. Będzie to zresztą ogromna zmiana nie tylko dla nas. Także ci, którzy sprzedają nam przyjemność z jazdy, będą musieli nauczyć się sprzedawać coś innego. Dlatego, choć od dawna istniały różne wyobrażenia „pojazdów-samojazdów”, to jeszcze na przełomie XX i XXI wieku „CHIP” pisał, że zmierzający do opracowania auta prowadzonego przez komputer projekt i-Car działa „wbrew motoryzacyjnym gigantom”.

A teraz? Ludzie zainteresowani motoryzacją podzielili się na dwa obozy. Jedni uważają, że „przyszłość i tak nadejdzie”, więc trzeba się zgadzać na wszystko, co jest lansowane. Silniki elektryczne, car sharing, jazdę autonomiczną. Wszystko.

W odpowiedzi, obrońcy przyjemności z jazdy skłonni są uznać, że prawdziwy samochód ma gaźnik lub przynajmniej wyciągnięty bezpiecznik od ABSu. Problem w tym, że z takim nastawieniem jesteśmy wymarzonymi przeciwnikami dla moto-hipsterów i bardzo ułatwiamy im zamknięcie nas w skansenie. A raczej zawężenie naszego świata do torów, po których będziemy jeździć samochodami o cenach rosnących tak, jak ceny koni. Nie będzie to zbyt przyjemne: http://www.assetus.pl/najdrozsze_konie_swiata.html.

Hipsterzy są denerwujący, ale żyjemy w epoce trzech wspaniałych hybryd (LaFerrari, 918, P1). I naprawdę nie jest to dobry czas, by zostawać  „kontrhipsterem” uznającym tylko klasyczne rozwiązania.  Hasło „nie filozofuj” kusi, ale w praktyce się nie sprawdza. Gdy nie znamy się na ideach, wybieramy polityków, którzy nie potrafią być wierni żadnej z nich.

Warto rozróżniać, kiedy ktoś sprzedaje nam inaczej zbudowane auto, a kiedy wciska zupełnie inną filozofię korzystania z samochodów. Kot rasowy może i wymaga innego podejścia niż „dachowiec”, ale wciąż jest zwierzakiem z którym można się zaprzyjaźnić. Jednak kiedy koncerny zachęcają nas, byśmy pokochali „autonomy”, traktują nas jak dziecko, któremu zamiast żywego kota proponuje się pluszowego.

Andrzej Szczodrak

Półoś lewa, półoś prawa

Wiecie, czym się różni „prawica” od „lewicy”?
 
„Prawica” będzie Wam wmawiać, że wszyscy muzułmanie są źli, co znacznie zmniejszy Wasze szanse np. na ciekawą rozmowę z Turkiem o marce Tofas i o wpływie Fiata na motoryzację w naszych krajach. A jeżeli znacie historie o rezygnacji z CWSa czy o dwóch próbach zaistnienia na polskim rynku poczynionych przez Citroëna, to taka wymiana wiedzy mogłaby być naprawdę pasjonująca…
Innym zagrożeniem ze strony „Prawicy” jest możliwość popsucia stosunków gospodarczych z Niemcami, co sprawi, że Passacik B5 znów stanie się w Polsce naprawdę luksusowym samochodem.
Jakby tego było mało, od czasu do czasu „prawica” będzie chciała pokazać, że wcale nie jest taka wojująca  i pożyczy parę rozwiązań od swych politycznych konkurentów (patrz hasło „Lewica”)
 
„Lewica” zrobi Wam zaś takie normy, takie drogi i takie ograniczenia prędkości, że będziecie się poruszać hybrydami o mocy 50 KM i masie 2,5 tony, bardzo przy tym uważając, by nie przekroczyć dozwolonych 20 km/h. Na tylnej szybie Waszych aut znajdzie się nowy znak „Czarny Listek”, przypominający Wam, że wybierając samochód zdecydowaliście się zanieczyścić środowisko. Jeśli zaś, nie daj Świeckie Państwo, woziliście na desce rozdzielczej plakietkę ze Świętym Krzysztofem, to zostanie ona urzędowo zastąpiona figurką uśmiechniętego użytkownika roweru miejskiego. Po to, byście pamiętali, kto prezentuje prawdziwie prospołeczną postawę i ZAWSZE zasługuje na ustąpienie pierwszeństwa. W ramach równouprawnienia, ateiści również dostaną figurkę. Oczywiście przedstawiającą uśmiechniętego rowerzystę.
O ile opisane powyżej scenariusze napisane są z celową (acz niewielką) przesadą, o tyle problem politycznego zacietrzewienia jest jak najbardziej prawdziwy. Z tego powodu często zapominamy, że możemy wyznawać jednocześnie wartości „prawicowe” (np. szacunek do religii) oraz „lewicowe” (tolerancja i zainteresowanie innymi kulturami), odmawiając przy tym zaufania wielkim partiom.
Cenię samochody i motocykle także jako wyraz indywidualizmu, więc siłą rzeczy nie będę popierał polityki transportowej, która urodziła się na „lewicy” a teraz pojawia się także w wypowiedziach przedstawicieli „prawej” strony („zapraszamy do komunikacji miejskiej”).
Nie przeszkadza mi to bywać „lewakiem”. Przynajmniej, jeśli „lewactwem” jest podpisanie petycji w obronie pokojowo nastawionego Meksykanina, który kiedyś nielegalnie wyemigrował do USA, ciężko tam pracował, a teraz, zamiast pomocy w zalegalizowaniu pobytu, doświadcza represji.
Podpisanie takiej petycji wiąże się z podaniem adresu mailowego i (jeśli się na to zgodzimy) z otrzymywaniem wiadomości.
I właśnie jedną taką czytam. Patrzę, a tu zdanie:
„Przemysłowa hodowla zwierząt wpływa na globalne ocieplenie silniej niż wszystkie samochody, samoloty i autobusy świata”.
Niby od dawna wiemy, że krowy wytwarzają więcej CO2 niż auta, ale …
Czy chcecie mi przez to, drodzy lewicowi przyjaciele, powiedzieć, że przez tyle lat wasi ulubieni politycy narzucali uciążliwe wyrzeczenia nie temu przemysłowi co trzeba?! Bo jakoś nie słyszałem, by jakakolwiek burgerownia musiała sprzedawać określoną liczbę burgerów wegańskich na jednego wołowego. Tymczasem, z powodu norm emisji zostaliśmy skazani na elektryczne wspomaganie kierownicy, elektryczny hamulec postojowy i kilka per-wersji silnikowych.
 Andrzej Szczodrak
(Oprawę graficzną wpisu stanowi zdjęcie samochodu Tofaş Serçe. Cobyście mieli dużo więcej serca do motoryzacji niż do kibicowania politycznym POPiSom)

Cennik Motofikcji

Motofikcja żyje chwilowo bardziej na Facebooku i czasem na Twitterze, ale chciałbym dziś coś ogłosić.

Mianowicie CENNIK. Proszę bardzo:

  • 600 zł za jednostronny tekst z gatunku „Prędkość zabija”. Taki, w którym napiszę, że nie ma problemu uzasadniania ograniczeń, a wszystkiemu złemu na polskich drogach winne są prawe nogi kierowców.
  • 500 zł za pochwałę idei pojazdów autonomicznych. Materiał, w którym powiem, że to zasadniczo fajnie być tak wiezionym przez komputer. Nie chodzi o docenienie, iż ktoś w miarę porządnie zaimplementował te funkcjonalności (to mogę zrobić w ramach zwykłej dziennikarskiej rzetelności), tylko o aplauz dla świata idącego w tym kierunku.
  • 500 zł za tekst, w którym popieram politykę ograniczania ruchu samochodowego w miastach i organizacje takie jak Miasto Jest Nasze.

A teraz UWAGA NAJWAŻNIEJSZA:

TO NIE SĄ KWOTY, ZA KTÓRE NAPISAŁBYM TAKIE TEKSTY.
PRZECIWNIE- JEŻELI NA MOTOFIKCJI ZDARZY MI SIĘ (podkreślam: mnie, a nie jakimś crackerom) UMIEŚCIĆ WPIS PODPADAJĄCY POD KTÓRYKOLWIEK Z TYCH „PARAGRAFÓW”, MOŻECIE ODE MNIE WYMAGAĆ PRZEZNACZENIA ODPOWIEDNIEJ (tj. figurującej w tym cenniku) KWOTY NA CELE CHARYTATYWNE.

O tym, jak Marek Wieruszewski antidotum na autonomy wynalazł

Fakty i opinie:

Marek Wieruszewski jest Wam na pewno dobrze znany. To dziennikarz, który kilka lat temu prowadził „Garaż Otwarty” w Radiu PiN a obecnie tworzy kanał Youtube’owy Marek Drives oraz program „Motojazda – Garaż Motowizji”.

Jego kultura osobista i poczucie humoru sprawiają, że wystarczy zamienić z nim choć dwa słowa w portalu społecznościowym, by go lubić.
Z kolei poglądy Marka powodują, że jeśli samochody i motocykle znaczą dla Was więcej niż gadżety, to nie będziecie się z nim identyfikować.

Normalnie w takich sytuacjach przyjmuje się postawę „ty masz swoich odbiorców, a ja swoich”. Problem w tym, że w specjalnym wydaniu „Motojazdy” Marek popełnił błąd językowy, po którym ja doznaję odmiennych stanów świadomości, jak po jakichś narkotykach (sami sobie wymyślcie jakich, bo ja mam doświadczenia tylko z oktanami i napojami zawierającymi kofeinę).

Sobota, siedzę sobie i piszę, kilka metrów ode mnie stoi telewizor z włączoną Motowizją, aż tu nagle padają następujące słowa:

„MAJĄC W PAMIĘCI POPRZEDNIE WERSJE, MEGANE RS NAMIESZA NA RYNKU”.

(mogłem zmienić jeden czy dwa wyrazy, ale jestem przekonany, że nie pomyliłem się w kwestii tego, jak Marek użył słowa „mając”).
Co takiego ciekawego jest w tym zdaniu?

Ano to:

Błąd tożsamości podmiotu a imiesłów przysłówkowy na „-ąc”

Zgodnie z logiką języka polskiego, użyte przez Marka wyrażenie oznacza, że:

RENAULT MEGANE RS MA W PAMIĘCI POPRZEDNIE WERSJE, WIĘC NAMIESZA NA RYNKU.

Fantazja

Auto mające w pamięci tradycję, z której się wywodzi? Jakież by to było kuriozalne, gdyby nie fakt, że jest piękne! Wręcz genialne. Zwłaszcza w epoce, w której „dwie generacje popularnego smartfona temu” to zamierzchłe czasy. Pomyślcie …
Najpierw możemy sobie wyobrazić jakieś proste i całkiem realne rozwiązanie. Na przykład filmiki z Jeanem Ragnottim wgrane na stałe w pamięć systemów multimedialnych Clio RS i Megane RS.
Podoba się? To może coś jeszcze ambitniejszego (i skazanego na porażkę). Jakiś „tryb zgodności” upodabniający prowadzenie nowego Ferrari do F40 lub nowego BMW M4 do M3 pierwszej generacji (E30). Już sama różnica w rozmiarach kół sprawia, że pewnie skończyłoby się to filmikami z Chrisem Harrisem pokazującym najbardziej skwaszoną minę, na jaką go stać. Mimo wszystko, taka próba miałaby swoją dobrą stronę, bo jeszcze bardziej zwiększyłaby zainteresowanie klasykami.
Ale pójdźmy jeszcze dalej. Przecież samochody i motocykle mające osobowość to ulubiony motyw kultury motoryzacyjnej. Chitty-Chitty-Bang-Bang, Herbie, czyli „Kochany Chrabąszcz”, polskie baśnie Ewy Kwiatuszyńskiej („Jak Dzielny Mały Fiatek Zaklęte Miasto Obudził”), KITT, Transformery, i tak dalej …
Ktoś powie: czyli pojazdy autonomiczne. Otóż nie do końca, bo każde z tych aut, oprócz baśniowego Fiatka (który, o ile dobrze pamiętam, egzystuje w świecie bez ludzi), dość często bywa prowadzone przez człowieka.
I tu pojawia się pytanie, czy samoświadome pojazdy, byłyby autonomiczne, czy jednak zechciałyby być dobrymi kumplami i dać się poprowadzić. A może …
… „mające w pamięci” sportową tradycję Clio RS, Megane RS oraz Alpine A110 otoczyłyby prezesa Renault gdzieś na placu przed siedzibą firmy, po czym z głośników wszystkich trzech samochodów rozległoby się gromkie:

– Pan chce produkować auta bez kierownicy i pedałów?! Niech pana ręka Ragnottiego broni!

No, i to jest wizja, z którą mogę Was zostawić! Miłego dnia.

Andrzej Szczodrak

… a co Francuz wymyśli, to Polak polubi

Druga porcja MotoClassic już wkrótce, a na razie chciałbym się podzielić takimi przemyśleniami (Zdjęcie Cliówki na ukojenie skołatanych nerwów):

 

Jest taka nieprofesjonalna, mająca zły program partia polityczna, która nazywa się „Prawo i Sprawiedliwość”. Działa ona w tak nieprzemyślany sposób, że aż wywołała spór na całą Europę wokół polskiej Konstytucji. Za sprawą błędów tego ugrupowania Polska jest wygodnym przeciwnikiem we wszelakich negocjacjach, ponieważ naszym przedstawicielom można powiedzieć „a wy to nie przestrzegacie żadnych standardów, więc się nie odzywajcie”.
 
Partia „Prawo i Sprawiedliwość” jaka jest, taka jest, ale czasem stanie w obronie interesów polskich przedsiębiorców. Bo jak firmy popadają, to kto będzie tych biednych, niezbyt kompetentnych polityków utrzymywał. Więc „Prawo i Sprawiedliwość” walczy z projektem dyrektywy o delegowaniu pracowników*.
W odpowiedzi zachodni partnerzy sięgają oczywiście po to wygodne „a wy to nie przestrzegacie żadnych standardów, więc się nie odzywajcie”.
 
Wtedy do akcji wchodzi … nieprofesjonalna i mająca zły program opozycja oraz media, których celem jest wychowanie sobie jeszcze bardziej nieprofesjonalnej i mającej jeszcze gorszy program opozycji (być może jest to jakaś metoda. Jeśli opozycja będzie nieziemsko daleko od profesjonalizmu i opracuje sobie naprawdę bardzo zły program, to może pokona partię „Prawo i Sprawiedliwość”).
 
I co robią ci wielcy myśliciele?
Śmieją się: „O, patrzcie, jak im liderzy Europy powiedzieli!”.
Choć mogliby przecież zareagować tak:
„No, cóż, Panie i Panowie, zasadniczo, to wy powinniście chodzić na spacery z kurkami**, ale tym razem to bronicie interesu polskich przedsiębiorców, więc spróbujemy wam pomóc”.
A teraz pomyślcie sobie, że te dwie grupy geniuszy (tj. partia „Prawo i Sprawiedliwość” oraz jej przemyślni przeciwnicy) na zmianę decydują o tym, kto będzie zasiadał w Generalnej Dyrekcji Transportu Drogowego, ITD, itp.
 
To ja mogę tylko zakończyć klasycznym cytatem: Dobrej nocy i dużo szczęścia***.
Andrzej Szczodrak

Zmieńcie sędziów, a nie będziecie sądzeni

Polska. 13 lipca. Temperatura poniżej 20°C. Jeżeli coś nas rozgrzewa to jest to polityka, bo do zbliżającego się wielkiego Powrotu Roberta musimy podejść z dużą cierpliwością.

Wiadomość dnia: politycy będą wybierać sędziów. I to tych mających naprawdę ostatnie słowo w naszym systemie prawnym. Niefajnie, bo choć sędziowie bywają różni, politykom ufamy jeszcze mniej. Dużo mniej.
Na dodatek, oprócz problemu z rządzącymi mamy tak samo duży problem z tymi, którzy mogliby ich zastąpić.

Wróćmy jednak do kwestii sędziów i spójrzmy na nią z perspektywy motoryzacyjnej.

Nie, nie będzie o immunitetach.

Pozwolę sobie tylko zwrócić uwagę, że „sędziowie wybierani przez polityków” to dla kierowców codzienność. „Sędziami” nad tym, jak powinniśmy jeździć, są bowiem inżynierowie drogowi.

Kto ich wybiera? Politycy.

Kto ich rozlicza? Prawie nikt. Od czasu do czasu ktoś się z nimi pokłóci na konsultacjach społecznych, czasem powstanie krytyczny artykuł. I co? I dalej mogą robić swoje.

Kto na serio rozlicza polityków z ich wyboru? Nikt, nikt i jeszcze raz nikt! A najwyższy czas, żebyśmy zaczęli o tym myśleć przy wyborach!

W ubiegłym roku prezydent mojego miasta uczynił dyrektorem Miejskiego Zarządu Dróg dawnego politycznego rywala, wyrażając w ten sposób wdzięczność za kilka słów poparcia przed wyborami. Mówimy o stanowisku szefa instytucji decydującej, jakie znaki staną przy miejskich ulicach!

Widzicie, jak łatwo zostać „sędzią”, który ma prawo skazać nas na przykład na niemożliwość korzystania z jakiegoś odcinka? Decyzje inżynierów drogowych są egzekwowane na miejscu a prawa obywatela do obrony- dość ograniczone. Owszem, można się odwołać do prawdziwego sądu, ale … w większości przypadków podważane jest to, że policjant przyłapał daną osobę na niedostosowaniu się do znaku, a nie sam projekt czy oznakowanie drogi.

A teraz pomyślmy o drogach wojewódzkich. Od ludzi z nadania politycznego zależy to, jak ma wyglądać ruch na jezdniach, na których zakładana prędkość wynosi 90 czy 1o0 km/h (dwujezdniowe o co najmniej o dwóch pasach przeznaczonych dla każdego kierunku ruchu). W przypadku drogi jednojezdniowej mającej po jednym pasie dla każdego kierunku, wybrany przez polityków „sędzia” może decydować także o tym, czy drogę tę poszerzyć. Biorąc pod uwagę liczbę zderzeń czołowych w naszym kraju, jest to władza nad sprawami życia i śmierci.

Czyli taka, jakiej, od czasu zniesienia kary śmierci nie mają nawet sędziowie.

Andrzej Szczodrak

Kocham psy. Uważam, że trzymanie na łańcuchu im służy

Tytuł to na szczęście metafora. Lubię psy i żadnemu z nich bym czegoś takiego nie zrobił.

Jeśli myślicie podobnie jak ja, to połączenie dwóch tytułowych zdań wydaje się wam pewnie zbyt absurdalne nawet jako przenośnia. Przecież nikt nie wyznaje tak pokrętnej logiki.

Otóż nikt, oprócz wielu tak zwanych dziennikarzy motoryzacyjnych. Przy czym wyrażenie „tak zwani” na razie nie służy mi do negowania sensowności czyichś wypowiedzi. Zacznijmy od tego, że dziennikarstwo motoryzacyjne jest absolutnym marginesem pisania i mówienia o samochodach i motocyklach. Większość przekazów na ich temat to publicystyka.

Bo „czyste” dziennikarstwo jest tam, gdzie jest informacja, a nie widać opinii autora.

Czyli dziennikarstwo motoryzacyjne sensu stricto to informowanie o pogłoskach na temat nowych modeli, tworzenie przeglądów i zestawień, także takich jak wydawane swego czasu przez Prego fenomenalne katalogi „Samochody Świata” oraz relacjonowanie imprez sportu motorowego.

Przy czym to ostatnie jest dziennikarstwem pod warunkiem, że nie napiszemy, jak ktoś „fantastycznie jechał”. Bo wtedy wyrażamy swoje odczucia, czyli wkraczamy w publicystykę. Tak zwany test samochodu jest recenzją, czyli również formą publicystyczną. Nieodróżnianie dziennikarstwa i publicystyki bardzo drogo nas kosztuje w dyskusji o sprawach społeczno-politycznych. Bo i „Wiadomości” TVP i „Fakty” TVN są nazywane programami informacyjnymi. A tu można znaleźć sporo publicystyki. W którym? W obu!

Ktoś, kto chce pisać o autach i motocyklach powinien zatem przejść przez tworzenie tekstów czysto dziennikarskich takich jak zapowiedzi rajdów, wyścigów czy imprez BRD, notki o wynikach czy „suche” aktualności na temat danych technicznych nowych modeli. Dopiero potem jest czas na „testówki”.

Ci, którym naprawdę na czymś zależy, nie poprzestaną na testowych autach i motocyklach. Spróbują też przedstawić swoją filozofię korzystania z motoryzacji.

No i właśnie, problem polega na tym, że w wielu przypadkach zasługuje ona na porównanie z dwoma zdaniami z tytułu tekstu. Na przykład wczoraj przeczytałem, że jakiś niepodpisany wirtuoz z Automotive News ostro skrytykował Dodge Challengera Demon.

Nie, nie za nazwę, która może budzić dyskomfort u co bardziej religijnych klientów (zawsze można ulokować swoje sympatie nie w Dodge’u a w Hennessey’u Exorcist).

Za to, że najmocniejszy Challenger to niemal drogowy dragster. „Dragster”, który nie został dopuszczony do oficjalnych wyścigów, a zdaniem redakcji Automotive News nie powinien mieć też prawa wjazdu na drogi publiczne. Cytuję:

„From its barely legal slick tires to its monstrous acceleration, the Challenger Demon introduced in New York this month is the result of a sequence of misguided corporate choices that places bragging rights ahead of public safety”.

Ba:

„The Demon may comply sufficiently with the letter of the Federal Motor Vehicle Safety Standards to legally be registered for on-road use, but in its current form it certainly doesn’t fulfill the spirit of those standards”

Czyli jest zgodny z przepisami, ale to nic. Nie pasuje do idei, która przyświecała twórcom tychże przepisów. Więc dziennikarze, występujący tym razem w roli publicystów (typ tekstu to „Editorial” czyli artykuł przewodni) uznali, że należy z takim autem walczyć.

Coś nowego: większość fanów samochodów docenia to, że nazwa „Challenger” jest teraz opromieniona niesamowitymi liczbami, ale ludzie żyjący z pisania dla tych fanów postanowili ich zdradzić. Czyli dziennikarze motoryzacyjni okazali się publicystami antymotoryzacyjnymi.

Niestety, to nie jest wcale nowość. A, bo to mało mamy takiej postawy w naszym kraju?

Jeden z blogerów następująco wypowiedział się o włoskim kierowcy wyścigowym, który przekroczył prędkość na polskiej drodze:
„Niby utytułowany zawodnik, a jednak debil… Jeździ szybko i bezpiecznie. Staram się wierzyć, że tego nie powiedział i że to tylko nadinterpretacja”.

I mam z tym dwa duże problemy. Po pierwsze bloger pisał o zawodniku, który znalazł się kiedyś w Formule 1. Czyli jednak kimś, kto ma pewne znaczenie dla kultury motoryzacyjnej. Błędy takiej osoby można krytykować, ale na litość: jakimś ludzkim językiem, a nie wyzwiskami od debili.

Po drugie, jeszcze ważniejsze: „bicie w jedną stronę” robi z dziennikarza motoryzacyjnego publicystę antymotoryzacyjnego. Można być nawet dobrym dziennikarzem i np. ciekawie tłumaczyć konstrukcje zawieszeń, a jednocześnie jako publicysta osłabiać kulturę motoryzacyjną. I co najgorsze jako odbiorcy, nie mamy wypracowanego sposobu mówienia takim ludziom „nie tędy droga”.

Fakt, tam gdzie ktoś może nie upilnować dziecka powinniśmy jechać te 50 km/h. Warto też odwiedzać strony takie, jak portugalski kalkulator hamowania. I oczywiście zwalczać pijanych idiotów za kierownicą.
Ale podpisanie się pod hasłem „Prędkość zabija”, bez dookreślenia że chodzi o prędkość niedobraną do warunków ruchu (tak, jakby zabijała każda), to sprzeniewierzenie się podstawom kultury motoryzacyjnej. Odważmy się wymagać na przykład tego, by przyczyny wyboru takiego a nie innego oznakowania drogi były opisane na stronie internetowej jej zarządcy. Jako kierowca chcę, by za pozbawione mocnego uzasadnienia wydłużanie odcinków, na których obowiązuje ograniczenie, inżynier drogowy lądował na taczkach. Razem z desygnującym go politykiem.

Ktoś, kto kocha swojego psa, nie pozwoli by pogryzł on inną osobę. Ale od zdrowej ostrożności do uwiązania na łańcuchu jest jeszcze długa droga.

Andrzej Szczodrak