O tym, jak Marek Wieruszewski antidotum na autonomy wynalazł

Fakty i opinie:

Marek Wieruszewski jest Wam na pewno dobrze znany. To dziennikarz, który kilka lat temu prowadził „Garaż Otwarty” w Radiu PiN a obecnie tworzy kanał Youtube’owy Marek Drives oraz program „Motojazda – Garaż Motowizji”.

Jego kultura osobista i poczucie humoru sprawiają, że wystarczy zamienić z nim choć dwa słowa w portalu społecznościowym, by go lubić.
Z kolei poglądy Marka powodują, że jeśli samochody i motocykle znaczą dla Was więcej niż gadżety, to nie będziecie się z nim identyfikować.

Normalnie w takich sytuacjach przyjmuje się postawę „ty masz swoich odbiorców, a ja swoich”. Problem w tym, że w specjalnym wydaniu „Motojazdy” Marek popełnił błąd językowy, po którym ja doznaję odmiennych stanów świadomości, jak po jakichś narkotykach (sami sobie wymyślcie jakich, bo ja mam doświadczenia tylko z oktanami i napojami zawierającymi kofeinę).

Sobota, siedzę sobie i piszę, kilka metrów ode mnie stoi telewizor z włączoną Motowizją, aż tu nagle padają następujące słowa:

„MAJĄC W PAMIĘCI POPRZEDNIE WERSJE, MEGANE RS NAMIESZA NA RYNKU”.

(mogłem zmienić jeden czy dwa wyrazy, ale jestem przekonany, że nie pomyliłem się w kwestii tego, jak Marek użył słowa „mając”).
Co takiego ciekawego jest w tym zdaniu?

Ano to:

Błąd tożsamości podmiotu a imiesłów przysłówkowy na „-ąc”

Zgodnie z logiką języka polskiego, użyte przez Marka wyrażenie oznacza, że:

RENAULT MEGANE RS MA W PAMIĘCI POPRZEDNIE WERSJE, WIĘC NAMIESZA NA RYNKU.

Fantazja

Auto mające w pamięci tradycję, z której się wywodzi? Jakież by to było kuriozalne, gdyby nie fakt, że jest piękne! Wręcz genialne. Zwłaszcza w epoce, w której „dwie generacje popularnego smartfona temu” to zamierzchłe czasy. Pomyślcie …
Najpierw możemy sobie wyobrazić jakieś proste i całkiem realne rozwiązanie. Na przykład filmiki z Jeanem Ragnottim wgrane na stałe w pamięć systemów multimedialnych Clio RS i Megane RS.
Podoba się? To może coś jeszcze ambitniejszego (i skazanego na porażkę). Jakiś „tryb zgodności” upodabniający prowadzenie nowego Ferrari do F40 lub nowego BMW M4 do M3 pierwszej generacji (E30). Już sama różnica w rozmiarach kół sprawia, że pewnie skończyłoby się to filmikami z Chrisem Harrisem pokazującym najbardziej skwaszoną minę, na jaką go stać. Mimo wszystko, taka próba miałaby swoją dobrą stronę, bo jeszcze bardziej zwiększyłaby zainteresowanie klasykami.
Ale pójdźmy jeszcze dalej. Przecież samochody i motocykle mające osobowość to ulubiony motyw kultury motoryzacyjnej. Chitty-Chitty-Bang-Bang, Herbie, czyli „Kochany Chrabąszcz”, polskie baśnie Ewy Kwiatuszyńskiej („Jak Dzielny Mały Fiatek Zaklęte Miasto Obudził”), KITT, Transformery, i tak dalej …
Ktoś powie: czyli pojazdy autonomiczne. Otóż nie do końca, bo każde z tych aut, oprócz baśniowego Fiatka (który, o ile dobrze pamiętam, egzystuje w świecie bez ludzi), dość często bywa prowadzone przez człowieka.
I tu pojawia się pytanie, czy samoświadome pojazdy, byłyby autonomiczne, czy jednak zechciałyby być dobrymi kumplami i dać się poprowadzić. A może …
… „mające w pamięci” sportową tradycję Clio RS, Megane RS oraz Alpine A110 otoczyłyby prezesa Renault gdzieś na placu przed siedzibą firmy, po czym z głośników wszystkich trzech samochodów rozległoby się gromkie:

– Pan chce produkować auta bez kierownicy i pedałów?! Niech pana ręka Ragnottiego broni!

No, i to jest wizja, z którą mogę Was zostawić! Miłego dnia.

Andrzej Szczodrak



… a co Francuz wymyśli, to Polak polubi

Druga porcja MotoClassic już wkrótce, a na razie chciałbym się podzielić takimi przemyśleniami (Zdjęcie Cliówki na ukojenie skołatanych nerwów):

 

Jest taka nieprofesjonalna, mająca zły program partia polityczna, która nazywa się „Prawo i Sprawiedliwość”. Działa ona w tak nieprzemyślany sposób, że aż wywołała spór na całą Europę wokół polskiej Konstytucji. Za sprawą błędów tego ugrupowania Polska jest wygodnym przeciwnikiem we wszelakich negocjacjach, ponieważ naszym przedstawicielom można powiedzieć „a wy to nie przestrzegacie żadnych standardów, więc się nie odzywajcie”.
 
Partia „Prawo i Sprawiedliwość” jaka jest, taka jest, ale czasem stanie w obronie interesów polskich przedsiębiorców. Bo jak firmy popadają, to kto będzie tych biednych, niezbyt kompetentnych polityków utrzymywał. Więc „Prawo i Sprawiedliwość” walczy z projektem dyrektywy o delegowaniu pracowników*.
W odpowiedzi zachodni partnerzy sięgają oczywiście po to wygodne „a wy to nie przestrzegacie żadnych standardów, więc się nie odzywajcie”.
 
Wtedy do akcji wchodzi … nieprofesjonalna i mająca zły program opozycja oraz media, których celem jest wychowanie sobie jeszcze bardziej nieprofesjonalnej i mającej jeszcze gorszy program opozycji (być może jest to jakaś metoda. Jeśli opozycja będzie nieziemsko daleko od profesjonalizmu i opracuje sobie naprawdę bardzo zły program, to może pokona partię „Prawo i Sprawiedliwość”).
 
I co robią ci wielcy myśliciele?
Śmieją się: „O, patrzcie, jak im liderzy Europy powiedzieli!”.
Choć mogliby przecież zareagować tak:
„No, cóż, Panie i Panowie, zasadniczo, to wy powinniście chodzić na spacery z kurkami**, ale tym razem to bronicie interesu polskich przedsiębiorców, więc spróbujemy wam pomóc”.
A teraz pomyślcie sobie, że te dwie grupy geniuszy (tj. partia „Prawo i Sprawiedliwość” oraz jej przemyślni przeciwnicy) na zmianę decydują o tym, kto będzie zasiadał w Generalnej Dyrekcji Transportu Drogowego, ITD, itp.
 
To ja mogę tylko zakończyć klasycznym cytatem: Dobrej nocy i dużo szczęścia***.
Andrzej Szczodrak


Zmieńcie sędziów, a nie będziecie sądzeni

Polska. 13 lipca. Temperatura poniżej 20°C. Jeżeli coś nas rozgrzewa to jest to polityka, bo do zbliżającego się wielkiego Powrotu Roberta musimy podejść z dużą cierpliwością.

Wiadomość dnia: politycy będą wybierać sędziów. I to tych mających naprawdę ostatnie słowo w naszym systemie prawnym. Niefajnie, bo choć sędziowie bywają różni, politykom ufamy jeszcze mniej. Dużo mniej.
Na dodatek, oprócz problemu z rządzącymi mamy tak samo duży problem z tymi, którzy mogliby ich zastąpić.

Wróćmy jednak do kwestii sędziów i spójrzmy na nią z perspektywy motoryzacyjnej.

Nie, nie będzie o immunitetach.

Pozwolę sobie tylko zwrócić uwagę, że „sędziowie wybierani przez polityków” to dla kierowców codzienność. „Sędziami” nad tym, jak powinniśmy jeździć, są bowiem inżynierowie drogowi.

Kto ich wybiera? Politycy.

Kto ich rozlicza? Prawie nikt. Od czasu do czasu ktoś się z nimi pokłóci na konsultacjach społecznych, czasem powstanie krytyczny artykuł. I co? I dalej mogą robić swoje.

Kto na serio rozlicza polityków z ich wyboru? Nikt, nikt i jeszcze raz nikt! A najwyższy czas, żebyśmy zaczęli o tym myśleć przy wyborach!

W ubiegłym roku prezydent mojego miasta uczynił dyrektorem Miejskiego Zarządu Dróg dawnego politycznego rywala, wyrażając w ten sposób wdzięczność za kilka słów poparcia przed wyborami. Mówimy o stanowisku szefa instytucji decydującej, jakie znaki staną przy miejskich ulicach!

Widzicie, jak łatwo zostać „sędzią”, który ma prawo skazać nas na przykład na niemożliwość korzystania z jakiegoś odcinka? Decyzje inżynierów drogowych są egzekwowane na miejscu a prawa obywatela do obrony- dość ograniczone. Owszem, można się odwołać do prawdziwego sądu, ale … w większości przypadków podważane jest to, że policjant przyłapał daną osobę na niedostosowaniu się do znaku, a nie sam projekt czy oznakowanie drogi.

A teraz pomyślmy o drogach wojewódzkich. Od ludzi z nadania politycznego zależy to, jak ma wyglądać ruch na jezdniach, na których zakładana prędkość wynosi 90 czy 1o0 km/h (dwujezdniowe o co najmniej o dwóch pasach przeznaczonych dla każdego kierunku ruchu). W przypadku drogi jednojezdniowej mającej po jednym pasie dla każdego kierunku, wybrany przez polityków „sędzia” może decydować także o tym, czy drogę tę poszerzyć. Biorąc pod uwagę liczbę zderzeń czołowych w naszym kraju, jest to władza nad sprawami życia i śmierci.

Czyli taka, jakiej, od czasu zniesienia kary śmierci nie mają nawet sędziowie.

Andrzej Szczodrak



Kocham psy. Uważam, że trzymanie na łańcuchu im służy

Tytuł to na szczęście metafora. Lubię psy i żadnemu z nich bym czegoś takiego nie zrobił.

Jeśli myślicie podobnie jak ja, to połączenie dwóch tytułowych zdań wydaje się wam pewnie zbyt absurdalne nawet jako przenośnia. Przecież nikt nie wyznaje tak pokrętnej logiki.

Otóż nikt, oprócz wielu tak zwanych dziennikarzy motoryzacyjnych. Przy czym wyrażenie „tak zwani” na razie nie służy mi do negowania sensowności czyichś wypowiedzi. Zacznijmy od tego, że dziennikarstwo motoryzacyjne jest absolutnym marginesem pisania i mówienia o samochodach i motocyklach. Większość przekazów na ich temat to publicystyka.

Bo „czyste” dziennikarstwo jest tam, gdzie jest informacja, a nie widać opinii autora.

Czyli dziennikarstwo motoryzacyjne sensu stricto to informowanie o pogłoskach na temat nowych modeli, tworzenie przeglądów i zestawień, także takich jak wydawane swego czasu przez Prego fenomenalne katalogi „Samochody Świata” oraz relacjonowanie imprez sportu motorowego.

Przy czym to ostatnie jest dziennikarstwem pod warunkiem, że nie napiszemy, jak ktoś „fantastycznie jechał”. Bo wtedy wyrażamy swoje odczucia, czyli wkraczamy w publicystykę. Tak zwany test samochodu jest recenzją, czyli również formą publicystyczną. Nieodróżnianie dziennikarstwa i publicystyki bardzo drogo nas kosztuje w dyskusji o sprawach społeczno-politycznych. Bo i „Wiadomości” TVP i „Fakty” TVN są nazywane programami informacyjnymi. A tu można znaleźć sporo publicystyki. W którym? W obu!

Ktoś, kto chce pisać o autach i motocyklach powinien zatem przejść przez tworzenie tekstów czysto dziennikarskich takich jak zapowiedzi rajdów, wyścigów czy imprez BRD, notki o wynikach czy „suche” aktualności na temat danych technicznych nowych modeli. Dopiero potem jest czas na „testówki”.

Ci, którym naprawdę na czymś zależy, nie poprzestaną na testowych autach i motocyklach. Spróbują też przedstawić swoją filozofię korzystania z motoryzacji.

No i właśnie, problem polega na tym, że w wielu przypadkach zasługuje ona na porównanie z dwoma zdaniami z tytułu tekstu. Na przykład wczoraj przeczytałem, że jakiś niepodpisany wirtuoz z Automotive News ostro skrytykował Dodge Challengera Demon.

Nie, nie za nazwę, która może budzić dyskomfort u co bardziej religijnych klientów (zawsze można ulokować swoje sympatie nie w Dodge’u a w Hennessey’u Exorcist).

Za to, że najmocniejszy Challenger to niemal drogowy dragster. „Dragster”, który nie został dopuszczony do oficjalnych wyścigów, a zdaniem redakcji Automotive News nie powinien mieć też prawa wjazdu na drogi publiczne. Cytuję:

„From its barely legal slick tires to its monstrous acceleration, the Challenger Demon introduced in New York this month is the result of a sequence of misguided corporate choices that places bragging rights ahead of public safety”.

Ba:

„The Demon may comply sufficiently with the letter of the Federal Motor Vehicle Safety Standards to legally be registered for on-road use, but in its current form it certainly doesn’t fulfill the spirit of those standards”

Czyli jest zgodny z przepisami, ale to nic. Nie pasuje do idei, która przyświecała twórcom tychże przepisów. Więc dziennikarze, występujący tym razem w roli publicystów (typ tekstu to „Editorial” czyli artykuł przewodni) uznali, że należy z takim autem walczyć.

Coś nowego: większość fanów samochodów docenia to, że nazwa „Challenger” jest teraz opromieniona niesamowitymi liczbami, ale ludzie żyjący z pisania dla tych fanów postanowili ich zdradzić. Czyli dziennikarze motoryzacyjni okazali się publicystami antymotoryzacyjnymi.

Niestety, to nie jest wcale nowość. A, bo to mało mamy takiej postawy w naszym kraju?

Jeden z blogerów następująco wypowiedział się o włoskim kierowcy wyścigowym, który przekroczył prędkość na polskiej drodze:
„Niby utytułowany zawodnik, a jednak debil… Jeździ szybko i bezpiecznie. Staram się wierzyć, że tego nie powiedział i że to tylko nadinterpretacja”.

I mam z tym dwa duże problemy. Po pierwsze bloger pisał o zawodniku, który znalazł się kiedyś w Formule 1. Czyli jednak kimś, kto ma pewne znaczenie dla kultury motoryzacyjnej. Błędy takiej osoby można krytykować, ale na litość: jakimś ludzkim językiem, a nie wyzwiskami od debili.

Po drugie, jeszcze ważniejsze: „bicie w jedną stronę” robi z dziennikarza motoryzacyjnego publicystę antymotoryzacyjnego. Można być nawet dobrym dziennikarzem i np. ciekawie tłumaczyć konstrukcje zawieszeń, a jednocześnie jako publicysta osłabiać kulturę motoryzacyjną. I co najgorsze jako odbiorcy, nie mamy wypracowanego sposobu mówienia takim ludziom „nie tędy droga”.

Fakt, tam gdzie ktoś może nie upilnować dziecka powinniśmy jechać te 50 km/h. Warto też odwiedzać strony takie, jak portugalski kalkulator hamowania. I oczywiście zwalczać pijanych idiotów za kierownicą.
Ale podpisanie się pod hasłem „Prędkość zabija”, bez dookreślenia że chodzi o prędkość niedobraną do warunków ruchu (tak, jakby zabijała każda), to sprzeniewierzenie się podstawom kultury motoryzacyjnej. Odważmy się wymagać na przykład tego, by przyczyny wyboru takiego a nie innego oznakowania drogi były opisane na stronie internetowej jej zarządcy. Jako kierowca chcę, by za pozbawione mocnego uzasadnienia wydłużanie odcinków, na których obowiązuje ograniczenie, inżynier drogowy lądował na taczkach. Razem z desygnującym go politykiem.

Ktoś, kto kocha swojego psa, nie pozwoli by pogryzł on inną osobę. Ale od zdrowej ostrożności do uwiązania na łańcuchu jest jeszcze długa droga.

Andrzej Szczodrak



Wy naprawdę nie ogarniacie, ile zależy od Arrinery

Wszędzie, gdzie kibicuje się piłkarzom, marzeniem jest zwycięstwo futbolowej reprezentacji kraju nad zawodnikami z ojczyzny tej dyscypliny, czyli nad Anglikami. W 2016 roku dokonała tego kadra zamieszkiwanej przez ok. 333 tys. osób Islandii. Efekt? Ponoć mocniejszy niż 500+.

Zatem: jak się to robi?

Nie, nie „to”. Jak się wygrywa z tą Anglią?

Ano normalnie. Buduje się kulturę zainteresowania piłką nożną, potem buduje się silną reprezentację, a potem się wygrywa. Zacytuję opis sytuacji na Islandii z artykułu opublikowanego w „The Guardian”:

„Football has burrowed into the peat here and taken hold. Everyone plays. Everyone watches”.

czyli, w wolnym tłumaczeniu:

„Piłka wgryzła się w ziemię i przejęła rządy. Każdy gra. Każdy ogląda”.

Żeby w kraju można było świętować sukces w jakiejś dziedzinie potrzeba po prostu … odpowiednio dużo ludzi, którzy mają na punkcie tej dziedziny, za przeproszeniem świra. Musi zaistnieć kultura zainteresowania danym tematem, tak, by był on omawiany w pubach i obecny w potocznych porównaniach. A  to jest stan, do którego łatwiej dojść, gdy obok zwykłych dziennikarzy nad tematem pochylą się nad nim pisarze zajmujący się dziennikarstwem. Nie, nie przesadzam. Duży wkład w to, że Włosi kochają piłkę nożną ma Gianni Brera. Żyjący w latach 1919-1992 prozaik, twórca sztuk teatralnych i autor wielu tekstów o sporcie. Człowiek, który wymyślał nowe słowa, a wielu gwiazdom nadał pamiętane przez lata pseudonimy.

A że wśród polskich fanów motoryzacji nie każdy lubi futbol, sięgnę również do muzyki. Otóż jest taki film: „Beats of Freedom – Zew wolności”. Najkrócej mówiąc opowiada on o tym, że zanim zaczęliśmy należeć do świata zachodniego politycznie, „zapisaliśmy się” do niego kulturowo dzięki muzyce. Kultura zmienia wszystko.

Dlatego napiszę wprost: dopóki w tworzenie i promowanie Arrinery nie zaangażował się Piotr R. Frankowski można było podchodzić do niej na pewnym luzie. Jej ewentualny sukces byłby miłą wiadomością, ale gdyby ostatecznie okazała się ona motofikcją w tym gorszym znaczeniu (czyli nie marzeniem, a mydleniem oczu), i tak nie spaliłaby gruntu pod inne inicjatywy.

Obecnie polscy fani motoryzacji mają do stracenia znacznie więcej, niż cichą nadzieję na superauto. Liczy się kapitał wizerunkowy zainwestowany w Arrinerę. Przecież jeśli ktoś jest znany jako wybitny recenzent ambitnej muzyki to nie zostaje sobie ot tak managerem Zenka Martyniuka. Bo wie, że kiedyś znów będzie chciał skoncentrować się na pisaniu. I nie chce wtedy usłyszeć, że z takim wkładem w psucie gustu muzycznego Polaków nie ma już czego szukać jako krytyk.
Nie wierzę, by rozpoznawalny autor poszedł na taką samobójczą misję.

Losy Arrinery są więc związane z wizerunkiem kogoś, kto ma duże znaczenie dla sposobu, w jaki rozmawiamy o motoryzacji. Profesjonalnych, merytorycznych recenzentów aut czy motocykli jest w Polsce całkiem sporo, ale osób patrzących na pojazdy jak na dzieła sztuki, a nie jak na gadżety jest może dziesięć. Takich, które dołączają do tego ciekawą filozofię jazdy- jeszcze mniej. A przecież to wszystko trzeba jeszcze umieć sprzedać za pomocą efektownych porównań i przenośni! Żeby miłość do tego, co ma silnik i koła „wgryzła się w ziemię”, musi być „z zębem” opisywana.

Inaczej mówiąc, roztaczanie wizji nadchodzącej porażki polskiego producenta superaut to stawianie naszej kultury motoryzacyjnej w roli żula mającego tylko dziesięć zębów, ale szalenie podekscytowanego na myśl o bójce, w której straci jedynkę.

Andrzej Szczodrak



Nie szukajcie motofikcji tam, gdzie jej nie ma

Fot. Przemysław Czapiewski

Napisał do mnie Bartek Chruściński, który intensywnie działa w trójmiejskich mediach, a w ubiegły poniedziałek opublikował ciekawy tekst na Północna.TV. Przy okazji przypomnienia, iż oprócz Alpiny (mianownik: Alpina) i francuskiego Alpine (czyt. Alpin) był jeszcze angielski Sunbeam Alpine (czyt. Alpajn), pokazał mi reakcje forumowiczów na projekt budowy repliki Poloneza „Jamnika”. Okazuje się, że w wielu polskich umysłach pokutuje „syndrom sprzedawania FSO”. Działa jak dialog dwóch szpiegów:

Hasło: Polska inicjatywa motoryzacyjna.

Odzew: To się nie może udać!

Można by kontynuować tę metaforę i zastanawiać się nad obecnością w naszym społeczeństwie agentów wpływu, ale … cóż, nie będę wspierał propagandy żadnej z głównych sił politycznych. Polacy doskonale sabotują się sami.

Powiedz „Arrinera” i … dziennikarze motoryzacyjni przestają się interesować zamontowanymi w zawieszeniu typu push rod amortyzatorami szwedzkiej firmy Ohlins (współtwórcy sukcesu Megane RS na Nurburgringu) czy faktem, że silnik połączony jest z przekładnią Cima T906HE. Nagle wszyscy są specjalistami od giełdy i koncentrują się na znakach zapytania związanych z pozyskiwaniem funduszy.

Napisz tekst o tym, że pasjonaci zbierają fundusze na odbudowę Poloneza „Jamnika” a forum wypełni się zarzutami:

  • Eee, jest stowarzyszenie a nie da się zebrać pieniędzy wśród członków? Przecież …

    „jak się nie ma kasy to się chodzi do parku łabędzie karmić a nie zajmować się motoryzacją.Widzę tu że kondycja FSO nic się nie zmieniła”

    (a to ciekawe- czyżby ktoś uznawał Stowarzyszenie za oficjalnego spadkobiercę żerańskiej fabryki?)
    Pierwsze uwagi … i od razu widać, że autorzy raczej nie wiedzą jak działają organizacje społeczne. Zazwyczaj jest kilkoro bardzo zdeterminowanych liderów, których pasja i upór zasługują na najwyższe uznanie, ale … większość lub wręcz wszyscy (jak w przypadku FSO Pomorze) członkowie stowarzyszenia działają w ramach swojego czasu wolnego.
    Jeden wylatuje Ci do Anglii, drugiemu rodzi się dziecko, trzeci przeprowadza się na drugi koniec Polski, bo zmienia pracę. W praktyce masz troje czy czworo ludzi gotowych do pracy- takie są realia w fundacjach i stowarzyszeniach.
    A robić coś konstruktywnego, co nie jest zwykłą pracą zarobkową i tak warto!

  • „Przygotowanie do lakierowania oraz samo lakierowanie to dla nas najtrudniejszy etap, i niestety najbardziej kosztowny.tutaj tylko trzeba zakasać rękawy chyba, że nic nie potraficie?”

    oraz

    „Po co taka mobilizacja? „Spawarka, blacha,trochę farby i w drogę (…) Stoi kawał blachy a Wy (…) się na to gapicie. (…) To w końcu tylko Polonez Panowie”.

    No popatrz, popatrz. Znaczenie kulturowe jest przecież prostą pochodną komplikacji technicznej danego pojazdu. Polska pełna jest romantycznych fantastów, dla których jest „aż Polonez” i „aż Fiat 126p”. A przecież mądrym ludziom z zachodu nie wydaje się, że mają „aż Garbusa”, „aż Citroëna 2CV” czy „aż Trabanta” … Oj, czyżby im się jednak wydawało?
    Zachęcam autora powyższego komentarza, by poszukał w Niemczech jakiegoś „tylko Trabanta”, odrestaurował zgodnie ze swym „pragmatycznym” podejściem i spróbował z zyskiem sprzedać. Albo nie. Nasze ulice i tak są pełne aut pospawanych i pomalowanych w myśl zasady, że prowizorka jest najtrwalsza. W miarę dobrą ochroną przed tym podejściem cieszą się klasyki restaurowane dla poważnych kolekcjonerów. Jedyna replika białego kruka polskiej motoryzacji również powinna być od niego wolna.
    Warto przypomnieć, że prace blacharsko-lakiernicze są … w przypadku takich aut po prostu najważniejsze. Jeśli ktoś uważa, że nadwozia samochodów służą tylko do tego, by deszcz nie padał kierowcy i pasażerom na głowę, niech przypomni sobie, że zawieszenie musi być do czegoś mocowane.

  • „w niemczech, stanach itd w pięć osób składają piękne auto w kilka tygodni,posiadają wiedzę,prawdziwy fach,chęci,pomysły,zdolności i robią coś z niczego.Wy płaczecie już mase czasu nad skorupą poloneza i robicie sobie z nim zdięcia.Potem to idzie w świat i powstają śmieszne opinie.Dziecinada.Przestańcie o tym pisać i znowu to pokazywać.Rozumiem zabawę ale bawcie się w granicach swoich możliwości i przestańcie pajacować” (pisownia oryginalna).

    O tak, pełno jest takich ludzi w Niemczech, Stanach i Wielkiej Brytanii. Robią coś z niczego. I dlatego przedstawiciele tamtejszych mediów, mających przecież bardzo skromne budżety, biorą ostatni działający aparat lub ostatnią kamerę i biegną, by to dokumentować.
    Muszę skorzystać z ostatnich zmian personalnych w „Fanach czterech kółek”. Edd China na pewno zechce pracować dla mnie za dach nad głową i wyżywienie…

  • „Zróbcie chociaż jakieś gadżety, widokówki, mini-modele auta albo coś i wystartujcie na jakimś PolakPotrafi”.

    Ta uwaga mi się spodobała, choć też została otoczona cierpkimi słowami. Zwłaszcza że nagrody już były- w poprzedniej zbiórce na PolakPotrafi.
    Osoby, które decydują się wesprzeć projekt „Jamnika” faktycznie zasługują na jakieś ciekawe pamiątki. Zwłaszcza że, jak mi powiedziano, sukces jest już blisko. Uczestnicy projektu odbudowy mają już gotowy, odremontowany silnik, dotarli też do żyjących pracowników fabryki na Żeraniu, zebrali relacje o prototypach (aktualizacja: wszystko wskazuje, że na Żeraniu wytworzono dwa, ale łącznie powstały trzy „Jamniki”- dwa prototypy plus jedna „samoróbka”), zdobyli dostęp do oryginalnej dokumentacji „Jamnika” oraz odwiedzili ośrodki badawcze. Poszukiwania te pochłonęły dużo pieniędzy, podobnie jak prace techniczne.

Niezależnie czy Stowarzyszenie „FSO Pomorze” postanowi nagrodzić wspierających, zachęcam do zainteresowania się zbiórką:
https://pomagam.pl/PolonezJamnik

Andrzej Szczodrak

 

Co powiedzielibyście na powieść w odcinkach?

facebook-headMega-track-1993-front
Autorem zdjęcia Megi Track jest Fabien1309
Szukając materiałów do „Faktów i fantazji” na temat Jensena FF (materiał już wkrótce na Motofikcji! Rysunek czeka…) znalazłem opowieść o  jedynym egzemplarzu tego modelu z kierownicą po lewej stronie, wykonanym na zamówienie dla niemieckiego klienta w 1987 r. Tak się złożyło, że w tym samym czasie sięgnąłem po książkę Steve’a Berry’ego „Bursztynowa Komnata”. Trafiła ona do mnie przypadkiem i długo czekała na swą kolej. Na podstawie prostego tytułu i okładkowej grafiki spodziewałem się popularnonaukowego opracowania o historii tytułowego skarbu. Książka okazała się jednak słabo przetłumaczoną, ale niezłą pod względem rozwoju akcji powieścią sensacyjną. Z dwóch inspiracji zrodził się pomysł, który chcę Wam przedstawić. Zatem…
Co powiedzielibyście na powieść w odcinkach?
Oto pomysł:

Znany z ciętego języka dziennikarz motoryzacyjny Adrian Fryc rezygnuje z pracy w dużym wydawnictwie i staje się poszukiwaczem samochodowych skarbów. Znajduje je i opisuje, a czasem przyjmuje zlecenia, w których pośredniczy w transakcjach między kolekcjonerami. Nowa praca wymaga od niego sporych umiejętności detektywistycznych, a namawianie z właścicieli aut i motocykli, by pokazali swoje cacka bywa naprawdę trudne. Adrian musi również chronić tożsamość kolekcjonerów przed depczącymi mu po piętach przestępcami.

Tematów, wokół których mogłaby rozgrywać się akcja jest naprawdę sporo. Przykładowo:

  • widziany po raz ostatni w 1941 r. Bugatti Atlantic znany jako „La voiture noire” (czarny samochód), do którego nawiązywała jedna ze specjalnych wersji Veyrona.
  • wersje Volkswgena Golfa, jakich świat nie widział np. Golf Country GTI.
  • do kogo trafiło pięć egzemplarzy niesamowitego coupé Mega Track?
  • i wspomniany już jedyny na świecie Jensen FF dostosowany do ruchu prawostronnego. O tym aucie będziecie jeszcze informowani- próbuję dotrzeć do jego właścicieli.

Andrzej Szczodrak



Czy „oni” w końcu zaczną z nami rozmawiać

_DSC0088
Portal BRD24 pisze o niezgodności obowiązujących na polskich drogach ograniczeń z założeniami projektowymi. Już w tytule sugeruje też, by parlament „odważył się” rozwiązać ten problem.
http://www.brd24.pl/infrastruktura/ujawniamy-polskie-autostrady-zbudowano-predkosci-130-kmh-bedzie-obnizka/
Jak to się skończy?
I tu pozwolę sobie zacytować:
„Ktoś (Tadeusz Konwicki? Stefan Kisielewski?) kiedyś powiedział, że z polskiego kryzysu są zawsze dwa wyjścia: normalne i cudowne. Normalne polega na tym, że Matka Boska jak zwykle zrobi cud i nas uratuje, a cudowne, że Polacy wprowadzą jakiś normalny system polityczny i wezmą się uczciwie do roboty”.
(cytat w wersji pochodzącej z bloga „Obserwator”).
Czyli będzie albo ciekawa publiczna dyskusja, z dokładnym przedstawieniem algorytmu używanego przez inżynierów drogowych do wyznaczania dopuszczalnych prędkości, albo „blitzkrieg” polegający na tym, że eksperci (niejednogłośnie) sugerują, publicyści nagłaśniają a politycy robią.
Choć nie widzę na to większych szans, naprawdę przydałoby się pierwsze z tych rozwiązań. Bezpieczeństwo na drogach zależy bowiem od kwestii czysto naukowych- praw fizyki i parametrów biologicznych (takich jak czas reakcji), ale też sztuki zwanej „polityką BRD”. Tak, jest to sztuka, bo zachowań społecznych nie da się do przewidywać z taką dokładnością jak procesów fizycznych.

BRD24 cytuje wygłoszone na antenie RMF „wyznanie” posła Wiesława Szczepańskiego, że „Każdy chciał się przypodobać kierowcom”.No tak, w Polsce polityków i niektóre media jeszcze dziwi fakt, że oczekiwania normalnego, niezależnego lobby kierowców to:

„Dajcie nam jak najlepsze możliwości dojazdu do miejsc docelowych oraz rozwiązania sprawiające, że coraz większe prędkości będą coraz bardziej bezpieczne„.
Paradoks? Ależ nie do końca. Zarówno sposób jazdy, jak i infrastruktura mogą i powinny służyć takiemu celowi:
  • Autostrady i drogi ekspresowe z założenia mają likwidować zagrożenie zderzeniem czołowym (i to działa, dopóki jakiś, delikatnie mówiąc, człowiek z problemami nie wjedzie na taką drogę pod prąd),
  • Pokonanie zakrętu optymalnym torem sprawia, że można uzyskać większą prędkość, ale też pozwala kierowcy widzieć więcej, czyli być bezpieczniejszym,
  • Kładka lub podziemne przejście dla pieszych niweluje ryzyko spotkania z niechronionym użytkownikiem ruchu, ograniczając liczbę niebezpiecznych sytuacji do tych które wynikają z różnic prędkości lub z niewłaściwych zachowań kierowców,
i tak dalej. I ani przy otwarciu nowej autostrady, ani w momencie, gdy grupa kursantów opuszcza tor po szkoleniu bezpiecznej jazdy nie słychać głosów „No, to teraz mogę cisnąć mocniej, by zabić się bardziej spektakularnie”.
Normalne jest też to, że publicyści motoryzacyjni opowiadają się po stronie „lobby kierowców”. Tak robili i robią najwięksi, jak Tiff Needell czy nawet Jeremy Clarkson. Jest to po prostu lojalność wobec Odbiorców.
W Polsce przybudówki motoryzacyjne głównych portali skwitują, bądź już skwitowały doniesienia brd24.pl czymś w rodzaju „A nie mówiliśmy tej Platformie, by tego nie robili? Nie słuchali i mają za swoje”.
Ładni mi rzecznicy kierowców…
Nawoływania, by sprawdzić, z czyjej winy nie zaprojektowano nam „szybszych” autostrad pojawią się zapewne tylko w komentarzach Czytelników i na niszowych blogach. Dziennikarze głównego nurtu się na to nie porwą.
A przecież lobby motoryzacyjne powinno walczyć o szybsze i bezpieczniejsze drogi. To organa władzy mają za zadanie pokazać granice, do których można dojść w (pozornym) „godzeniu ognia z wodą”.
Problem w tym, że przyjmowaną przez niektórych z zadowoleniem wypowiedź pana Wiesława Szczepańskiego można przetłumaczyć mniej więcej na:
„Daliśmy dziecku cukierki, a powinniśmy dać mu zakaz”.
Otóż, drodzy państwo istnieje jeszcze jedna opcja. Można siąść z „dzieckiem” do negocjacji, ile „cukierków” może zjeść i dlaczego.
Andrzej Szczodrak


Odczepcie się od Pana Kazimierza

MINOLTA DIGITAL CAMERA

Fot. Kolanin

Jak znam życie, dziś w mediach społecznościowych furorę zrobi informacja o podziękowaniach ministra Antoniego Macierewicza dla kierowcy, który pokonał drogę z Warszawy do Torunia w godzinę i czterdzieści pięć minut. Oczywiście będzie ona opatrzona setką westchnień: patrzcie, co za pirat drogowy! Co za Frog! Ha, ze słynnym Robertem N. łączy go nawet marka samochodu.

Serdecznie Wam radzę: nie przyłączajcie się do tego koncertu hipokryzji. I nie mówię tego, żeby bronić ministra. Jeśli Was to interesuje: postrzegam Niemcy jako najważniejszego sojusznika Polski, gdy słyszę o 500+ warczę jak silnik Malucha, postulatu cenzury obyczajowej nie znoszę, a hipotezę o zamachu w Smoleńsku kwituję stwierdzeniem, że ewentualni organizatorzy musieliby mieć wysoko postawionych agentów w PiS. Krótko mówiąc: choć mam fajnego, rzetelnego kumpla pracującego dla tego obozu politycznego, poglądami jestem od nich nieziemsko daleko.

To o co chodzi? A no o to, że z Warszawy do Torunia to my powinniśmy jeździć autostradą bez ograniczeń prędkości. Pan Kazimierz pokonał ok. 30 km po miastach. Załóżmy, że były to wszystko miejsca, w których znajduje się uzasadnione ograniczenie do 50 km/h. Miejsca, w których ktoś może nie upilnować dziecka, więc, niestety, prędkość powinna być dobrana z myślą o bezpieczeństwie biernym. Jak łatwo obliczyć, pokonanie 30 km z prędkością 50 km/h zajmie nam 3/5 godziny, czyli 36 minut. Pozostaje nam zatem ok. 229 km autostradą pokonane w godzinę i 11 minut. Czyli Pan Kazimierz jechał z „bulwersującą” średnią prędkością 194 km/h po autostradzie. Tak, wiem, żeby ten wynik osiągnąć trzeba pokonać kilka odcinków z 220 km/h na liczniku. I co? Są na świecie miejsca, w których jest to bezpieczne i zgodne z przepisami.

Dlatego mnie ta prędkość nie bulwersuje. Mnie bulwersuje to, że gdyby Pan Kazimierz miał na imię Karl, mógłby tak pojechać w jako zwykły praworządny obywatel załatwiający własne sprawy. W Polsce potrzebuje do tego celu koguta na dachu oraz „Misia” na tylnej kanapie.

Andrzej Szczodrak

(aktualizacja: cytat w mediach był niedokładny, Pan, który wiózł Ministra ma na imię Kazimierz, nie Karol)