Profanacja z przeszłości: Renault Mégane Coach

Fot. Mic

Aktualny stan nazewnictwa karoserii samochodowych można porównać do sytuacji kogoś, kto często doświadcza urojeń, a na dodatek próbuje leczyć je alkoholem. Zanim jednak zaczęto ogłaszać crossovery w wersji liftback „SUVami coupé” występowały zjawiska subtelniejsze. Przykładowo, w latach 90-tych była sobie pierwsza generacja Renault Mégane Coupé zwana też Renault Mégane Coach (tu autor zostawia Czytelnikom dłuższą chwilę na przypomnienie sobie prześlicznego Maxi i tego, jak prowadził je Janusz Kulig)

Naoglądaliśmy się, to teraz wróćmy do naszej opowieści. Było sobie Renault Mégane Coupé vel Renault Mégane Coach. No, właśnie. Uczestniczki i uczestnicy polsko- i anglojęzycznej kultury motoryzacyjnej nie usłyszą tu żadnego zgrzytu. „Coach” znaczy dla nas tyle co „jakieś tam nadwozie”. Znamy słowo „coachbuilder” określające firmę karoseryjną. Co bardziej wnikliwi doczytają, że wyraz „coach” pochodzi od węgierskiego miasta Kocs, gdzie produkowano powozy. Jeszcze bardziej wnikliwi przekonają się, iż używając słowa „coach” na określenie trenera- sportowego, a od jakiegoś czasu także „ogólnożyciowego” porównujemy taką osobę do powozu, dzięki któremu można szybciej dotrzeć do celu (https://keithwebb.com/why-the-origin-of-the-word-coach-matters/).

Mégane Coupé też potrafiło być w miarę szybkie. Występowało bowiem w wersji dorównującej parametrami ówczesnym GTI. Zaś dzięki pokrywie bagażnika otwierającej się bez tylnej szyby stawało się bliższe klasycznym coupé niż liczne hatchbacki-coupé pokroju Scirocco. Ogólnoeuropejska kultura motoryzacyjna pozostała zatem w przypadku Mégane Coupé vel Mégane Coach nienaruszona. Jednak z tradycją francuską poczynano sobie jak z kopią Mona Lisy, której ktoś domalowuje nie tylko wąsy, ale i rogi.

A to dlatego, że w przedwojennej Francji „coupé” i „coach” stanowiły dwa różne typy karoserii. Obie były dwudrzwiowe, ale coupé miało dwie boczne szyby a coach- cztery (https://fr.wikipedia.org/wiki/Coach_(automobile)). Świetnym przykładem jest Bugatti Type 57 i dwie z jego wersji nadwoziowych:

Atalante (coupé)

Fot. Ramgeis

Ventoux (coach)

Fot. MPW57

A morał z tego płynie taki, że jeśli się zaniedba naukę języków i przekazywanie młodszym pokoleniom wiedzy o historii motoryzacji, to mogą wyrosnąć marketingowcy Peugeota uporczywie nazywający (skądinąd funkcjonalne i wygodne) crossovery SUVami.







Jak przedwojenny francuski kierowca mógłby pomóc Robertowi Kubicy

77 Grand Prix Monaco było pierwszym w sezonie 2019 wyścigiem
Formuły 1 bez dubletu Mercedesa. Także Williams, choć nadal był w ogonie, chwilowo przestał się w tym ogonie urządzać. Przy okazji, kilka fragmentów z Robertem Kubicą w roli głównej przerodziło się w memy.

Monte Carlo to dla motorsportu miejsce niezwykłe, więc warto wiedzieć, że pierwsze w historii Grand Prix Monaco, rozgrywane w 1929 roku, wygrał … Williams.

Nie, nie doszedłem do wniosku, że tytuł „Motofikcja” uprawnia do pisania bzdur. Tak, zamierzam nadal dbać, by obok rozważań „co by było gdyby” występowała tu prawda historyczna, i żeby te dwie rzeczy były wyraźnie rozdzielone. Tak, wiem, że zespół Franka Williamsa powstał pod koniec lat 70-tych XX w. Ale w 1929 r. wygrał inny Williams.

Z książki „Zarys historii sportu samochodowego” autorstwa Jana Litwina

Naprawdę nazywał się William Charles Frederick Grover. Był synem brytyjskiego hodowcy koni i Francuzki, urodzonym 16 stycznia 1903 roku. Używał pseudonimu „W Williams”, toteż w wielu publikacjach przedstawiany jest jako „Grover-Williams”. Zasłynął nie tylko jako wybitny zawodnik wyścigowy. W czasie II Wojny Światowej działał w ruchu oporu, a jego życiorys, opisany w książce Joego Sawarda „Grand Prix Saboteurs” stał się inspiracją dla twórców gry komputerowej „Saboteur”. Dla nas jednak ważne jest, że pan „Williams” był kierowcą Bugatti.

I nie chodzi nawet o jego relacje z właścicielami marki, na tyle bliskie, że żona kierowcy, pani Yvonne Williams (z domu Aupicq), jeździła słynnym Aéro Coupé/Atlantikiem, którego początkowy numer to 57453.

Chodzi po prostu o to, że „Williams” to (przybrane, ale jednak) nazwisko legendarnego przedwojennego kierowcy Bugatti.

A teraz przypomnijmy sobie, co łączy nazwy współczesnych aut z Molsheim:

  • Veyron- Pierre Veyron
  • Chiron- Louis Chiron
  • Divo- Albert Divo

Każda z nich jest hołdem dla wybitnego zawodnika z lat 20-tych i 30-tych XX w. Co oznacza, że firma z Alzacji jest właściwie „skazana” na to by, prędzej czy później, zacząć wytwarzać auto o nazwie … Bugatti Williams. Oczywiście, zanim po nią sięgnie ma jeszcze do dyspozycji kilka nazwisk (jak np. Wimille).

À propos słowa „Williams”, to swego czasu sporo się mówiło o tym, że koncern Volkswagena może chcieć wprowadzić jedną ze swych marek do Formuły 1 (https://bleacherreport.com/articles/2452333-the-history-of-volkswagen-brands-in-formula-1#slide2).

Jeśli połączymy fakty:

  • logika nazewnicza Bugatti prowadzi do stworzenia samochodu Bugatti Williams,
  • nie mogłoby się to odbyć bez zgody zespołu Franka Williamsa. A skoro i tak trzeba siąść do stołu z jego przedstawicielami, to trudno wyobrazić sobie lepszą promocję nowego modelu niż powiązane z jego wprowadzeniem wejście firmy Bugatti do najwyższej serii wyścigowej,
  • Koncern Volkswagena jest oczekiwany w świecie Formuły 1, a należąca do niego marka z Molsheim odnosiła sukcesy w wyścigach Grand Prix, z których „Królowa Motorsportu” się wywodzi
  • zajmująca obecnie ostatnie miejsce wśród konstruktorów Formuły 1 stajnia Williams w klasyfikacji wszech czasów jest druga, z 9 tytułami mistrzowskimi. Inaczej mówiąc, ewentualny partner Williamsa startuje z pierwszej linii i rusza od razu w pogoń za Ferrari, które zwyciężyło w klasyfikacji konstruktorów aż 16 razy.

Powstaje układ niemal idealny.

Warto dodać, że gdyby zdarzyło się to przy aktualnym zestawie kierowców, to dla nowo powstałego zespołu Bugatti-Williams Robert Kubica byłby zawodnikiem marketingowo ciekawszym. Po pierwsze, jego historia koresponduje z dziejami marki. Droga do Formuły 1- jak przedwojenny rozwój firmy z Molsheim, rywalizacja w WRC- jak ożywienie Bugatti przez Romano Artiolego, a powrót do „Królowej Motorsportu” mógłby potoczyć się jak rozwój Bugatti pod skrzydłami Volkswagena. Jeżeli dodamy do tego półlegendarną opowieść, że Polak Jan Ripper, znany z licznych występów za kierownicą Bugatti, miał zostać kierowcą fabrycznym Auto Union (https://automobilownia.pl/wywiad-krakowski-klan/), czyli poprzednika Audi oraz to, że prezes Bugatti Stefan Winkelmann przeszedł na to stanowisko z funkcji szefa Audi Sport, robi się jeszcze ciekawiej.

Andrzej Szczodrak


Przy okazji wspomnę, że Bugatti i mieszczące się we francuskiej Miluzie muzeum Cité de l’Automobile organizują wydarzenie “My Veyron Experience”. Uczestnicy mają do wyboru dwa pakiety:

  • Émotion (1 godz. 50 Min za kierownicą Veyrona, koszt: 4 990,00 €)
  • Rien N’est Trop Beau (9 h, 11 900,00 €)

Jazdy będą trwać od 1 czerwca do 3 listopada. Weźmie w nich udział 110 szczęśliwców (gdyż Bugatti obchodzi 110 urodziny). Rejestracja (na tej stronie: https://www.myclassicautomobile.com/experiences?lang=en) kończy się dziś, 31 Maja.




45 minut w TVP, czyli lekcja motorsportu

Wyśmialiście już formę, w jakiej TVP będzie relacjonowała Formułę 1? To brawo, właśnie wykonaliście za darmo kawał roboty dla jednej ze stron sporu politycznego. Problem w tym, że zrobiliście to kosztem motoryzacji.

Piszę to z perspektywy kogoś, kto pamięta, że aktualny Prezes TVP dał właściwie pierwszy sygnał do rozpoczęcia fatalnej przepychanki PiSu i PO. Pamiętam też jak w 2005 roku „nasi koledzy z PO” i „nasi przyjaciele z PiS” mieli stworzyć koalicję. A do 2019 roku oba ugrupowania zdążyły zebrać u mnie pokaźną liczbę minusów. Żadnemu z nich nie ufam. Widzę pojedyncze rozsądne osoby, i to zwykle na szczeblu lokalnym.

Dlatego, dosyć bezstronnie, cieszę się z relacji z wyścigów Formuły 1 w TVP. To symboliczne- 45 minut, czyli godzina lekcyjna.

Wielu doświadczonych fanów F1 spojrzy z własnej perspektywy i wyśmieje kupioną przez TVP licencję.

Tyle, że ta licencja nie będzie BEZPOŚREDNIO służyła najbardziej oddanym miłośnikom i znawcom F1. Może za to zaszczepić wyścigowego bakcyla innym widzom. Pierwsza prawdopodobna korzyść- szansa na większe zainteresowanie abonamentami Eleven Sports oraz F1 TV, co korzystnie wpłynie na ceny.

Drugą korzyścią może być wzrost popularności szeroko pojmowanych sportów motorowych. Ludzie chodzą na czwartoligowe mecze piłki nożnej, więc może wreszcie KJSy i podobne im imprezy, w których niejednokrotnie startują rajdowi i wyścigowi Mistrzowie Polski, doczekają się większej liczby widzów.

W środowisku motoryzacyjnym jest moda na narzekanie na popularność piłki nożnej. Modne są również memy zestawiające „płaczących” po lekkim faulu piłkarzy z mężnie znoszącymi kolizje kierowcami. Nie warto jednak obwiniać futbolistów i ich fanów o niewystarczającą popularność sportów motorowych.

Problem w tym, że w staraniach o przestrzeń medialną środowisko piłkarskie umie „walczyć o każdy centymetr boiska” (o czym już pisałem: http://motofikcja.pl/le-mans-kontra-pilka-nozna/). Przecież istotne dla fanów futbolu rozgrywki też występują w TVP w dość okrojonej formie. Kibice cieszą się i z tego.


45 minut na to, by przybliżyć szerokiej publiczności ważne dla nas zawody?

Piłkarze by nie płakali.


Andrzej Szczodrak




My i nasze „byłe”

 

(na zdjęciu „Limonka”- Fiat Cinquecento, którego byli i obecni Właściciele często spotykają się na Torze „Kielce” w Miedzianej Górze)

Nie, nie zamierzam głosić tu teorii na temat związków damsko-męskich. Będzie o samochodach i motocyklach, które przecież bywają pół-żartem porównywane do ukochanej osoby. Warto jednak zadać sobie pytanie jak ma się to do ich losów po zmianie właściciela? Zwłaszcza w przypadku pojazdów wyjątkowych- klasycznych, przygotowanych do sportu lub poddanych tuningowi stylizacyjnemu.

Jakiś czas temu Krzysztof Stanowski napisał, że wyższość futbolu brytyjskiego nad polskim tworzona jest m.in. przez takie obrazki jak kibice śpiewający na cześć odjeżdżającego swym Porsche Santiago Cazorli i próbujący zrobić piłkarzowi zdjęcie przez szybę. Dziennikarz podsumował zachowanie fanów słowami „to są te detale – najmniejsze szczegóły, które dzielą nas od wielkiego świata”, bo „dla tych ludzi, którzy zatrzymują samochód Cazorli na ulicy, próbują przez szybę zrobić mu zdjęcie, śpiewają o nim – mimo, że wciąż siedzi w furze – piosenki, futbol to całe życie”.

W przeciwieństwie do krajowej piłki nożnej, polska scena samochodowa i motocyklowa jest czymś, czym możemy się chwalić za granicą. By była jeszcze lepsza, warto dbać o „te detale” i kształtować dobre zwyczaje także w aspektach kultury motoryzacyjnej mających tylko pośredni wpływ na poziom odrestaurowanych lub zmodyfikowanych pojazdów.
Jedną z takich kwestii jest relacja między kimś, kto z przyczyn ekonomicznych bądź z chęci motoryzacyjnego rozwoju zmienia samochód lub motocykl a nowym nabywcą. Gdy kupujący odjedzie, kontakt między nim a poprzednikiem może się skończyć, lub dopiero zacząć.
To, który z tych scenariuszy będzie zachodził częściej, wydaje się mało znaczące. Wręcz naturalne jest, że każdy z uczestników transakcji idzie w swoją stronę. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia obiekt handlu to przecież tylko rzecz.
Jest to jednak podejście obce wielu kierowcom. W książce „Moje rajdy” Sobiesław Zasada pisze „A przecież samochód to nie jednolity kawał stali, dla mnie to prawie żywa istota”.
Wystarczy zresztą wpisać w internetową wyszukiwarkę wyrażenie „w dobre ręce” i ograniczyć zakres poszukiwań do popularnego serwisu z ogłoszeniami motoryzacyjnymi, by uzyskać ponad 1600 wyników. Liczba ta powinna dawać jakieś wyobrażenie o tym, ile osób traktuje swe pojazdy wręcz jak oswojone zwierzęta. Samochód i motocykl przejęły od konia nie tylko jego zadania, ale też rolę w życiu właściciela. A przecież już o koniach mówiono, że jeźdźcy poświęcają im tyle uwagi, co swym ukochanym.

Owszem, w gronie sprzedawców używających sformułowań „oddam w dobre ręce” i „sprzedam w dobre ręce” znaleźliby się tacy, którzy z kreatywnością godną MacGyvera „przygotowali samochód do sprzedaży”. I to właśnie podtrzymanie kontaktu przez poprzedniego i obecnego właściciela jest zapewnieniem, że takie zabiegi nie miały miejsca. W przypadku dobrze odrestaurowanego klasyka lub pojazdu po modyfikacjach, coś w rodzaju gwarancji otrzymują obie strony. Sprzedający ma dużo większe szanse na to, iż jego praca nie zostanie zmarnowana. To cenne dla kogoś, kto włożył wiele wysiłku i poniósł spore koszty. Dlaczego miałby chcieć w pełni zerwać z owocem swej pasji?
Praktyka jest jednak inna. Często ktoś, kto długo posiadał bardzo interesujący samochód lub motocykl, nie dysponuje nawet numerem telefonu jego aktualnego właściciela.
Oczywiście można inaczej, o czym przekonałem się, jadąc do miejscowości oddalonej o ok. 60 km od mojego miejsca zamieszkania. Nie musiałem długo czekać, aż obok mojego auta pojawił się jego poprzedni właściciel. Dodam, że wyprowadził on samochód z salonu w 1998 roku, gdy w Polskim tuningu szalała lokalna odmiana tzw. stylu śródziemnomorskiego bliższa remizie niż Ibizie. Jednak kilka kontrowersyjnych rozwiązań stylizacyjnych nie zmieniało faktu, że w komisie nabyłem naprawdę zadbane auto, a potem miałem okazję osobiście za to  podziękować.

O tym, że w umowach sprzedaży nie występuje paragraf „Sprzedający wyrzeka się wszelkiego sentymentu do pojazdu, który przechodzi na własność nabywcy”, na co dzień przekonywała się też „Margo” bohaterka jednego z artykułów napisanych przeze mnie dla Japan Trends. Irlandczyk, który sprzedał jej Toyotę Celicę SS-III, mimo nieznajomości języka polskiego uważnie śledził losy auta na forum miłośników marki.
Takie historie mogą inspirować. Zwłaszcza że „z zachodu do Polski” to niejedyna droga, jaką podążają ciekawe samochody i motocykle. Podróż w odwrotnym kierunku odbył przygotowany przez Masters Tuning Volkswagen Lupo z napędem na cztery koła, który przy niskiej masie osiągał moc niemal 300 KM.

Ciekawe, czasem międzynarodowe znajomości, cenne rady byłego właściciela, w zamian za większy szacunek obecnego dla wysiłków poprzednika. Do tego miłe dla wielu z nas poczucie, że sprzedaż pojazdu nie oznacza pełnego z nim rozstania. Wszystko to wydaje się proste do osiągnięcia, bo przecież samochody i motocykle przestają być nasze w wyniku podpisania umowy, a nie po wyczerpującej rozprawie sądowej.

I dopiero po sprzedaży naprawdę o nas świadczą.

Andrzej Szczodrak




A może jednak warto zagrać o Forestera w „Auto Świecie”

Fot. Vauxford

Rzuciłem okiem na plebiscyt „Auto Świata” zatytułowany „Moto Awards 2018”. Wiem, tygodniki motoryzacyjne budzą mocno mieszane uczucia. Piszący w nich koledzy od czasu do czasu zrobią jakiś irytujący błąd, a poza tym, w dążeniu do tworzenia treści przystępnych dla zwykłego konsumenta łatwo zaniedbać zaangażowanych miłośników motoryzacji.

Ale skoro oddanie głosu do 3o.11.2018 do 12 da Wam szansę na wygranie Forestera, postanowiłem Was trochę zachęcić. Zwłaszcza że sam nieźle się przy tym bawiłem. Okazało się, że swoje auto roku wybierałem „rozgrywając” w myślach ćwierćfinał, półfinał i, nie do końca rozstrzygnięty, finał.

Najpierw zwycięzcy kategorii: Berlingo, Duster, CLS, I-Pace, Jimny, Urus, X4, A110. Bez stereotypów. Są Japonia i Niemcy, ale są też Francja i Włochy.

Bez stereotypów, ale i bez patrzenia na miejsca poprzednich modeli w statystykach awaryjności. Warto pamiętać, że w tego typu plebiscytach wybiera się zwykle najlepszy pomysł na samochód lub motocykl. Jak zwycięskie maszyny się sprawdzą- jeszcze nie wiadomo.

Pomysły na Berlingo, Dustera, CLS i X4 są na rynku od dłuższego czasu, a teraz pojawiają się w nowych wydaniach, więc do półfinału kwalifikuję Jimny’ego (który też ma bogatą tradycję, ale zalicza wielki powrót), A110 (ta marka to wspaniała historia, ale sprzed lat), Urusa i I-Pace. Idee pięknie odświeżone kontra pomysły całkowicie nowe. Urus to znakomity samochód, jednak koncepcyjnie mógłby być odważniejszy. Gdyby miał nadwozie coupé jak niezapomniana francuska Mega Track, albo, z drugiej strony, wizerunek bezkompromisowej terenówki a’la LM002…
I-Pace też sprawia wrażenie kapitalnego auta, ale jest przecież SUVem zbyt niskim do jazdy w terenie. Ma za to większą siłę przebicia niż elektryczny terenowy twardziel Bollinger B1 zachwycający osiągami i potencjałem.

Bez uprzedzeń do nowych źródeł energii, ale z miłością do samochodów zbudowanych z myślą o kierowcy, do finału zapraszam Alpine A110 i Suzuki Jimny. Tydzień po powrocie Roberta Kubicy, przypominam sobie, że 2018 to rok kapitalnych powrotów. Dwa samochody, dwa żywioły- jazda w terenie i sport. Wybór niemożliwy. Przyznaję pierwsze miejsce ex-aequo z delikatnym wskazaniem na Alpine- auto, na które czekaliśmy dłużej.

Zatem- miłej zabawy.




Pojazd, którego brakuje: SUV coupé od Pagani

To dość naturalna reakcja na spekulacje o nowym SUVie szlachetnej marki. Większość z nas z góry spodziewa się auta stanowiącego bardziej eleganckie rozwinięcie koncepcji BMW X6. Tak, jak wietnamski projektant Huynh_Ngoc_Lan, który opublikował swą wizję uterenowionego Pagani w serwisie Launch Forth (https://launchforth.io/Huynh_Ngoc_Lan/pagani-suv/).

To nieszczęsne X6 sprawia, że na samą myśl o samochodzie mającym łączyć cechy wozu sportowego i terenówki wielu fanów motoryzacji dostaje wysypki. Trzeba tu jednak wprowadzić nutkę ambiwalencji. „Parzyste X-y” BMW są przesadzone marketingowo (jaki tam „SUV coupé”? SUV liftback i tyle), a po części też koncepcyjnie (po co SUVowi nadwozie typu liftback, skoro klasyczne podwyższone kombi, takie jak X5, jest praktyczniejsze?). Warto jednak zauważyć także, że to ciekawe pod względem technicznym i cenione za właściwości jezdne samochody (https://piotrfrankowski.natemat.pl/187827,moj-rozmiar). Irytują, bo udają. Terenówki w nich niewiele, a coupé tyle co nic.

Ich ekspansja powoduje, że wielu zaczęło uważać każdą próbę stworzenia auta łączącego sport i zdolność pokonywania wertepów za skazaną na porażkę. A przecież nikt nie odmawia widowiskowości rajdom cross-country. Dakar to nadal jedna z najsilniejszych marek wśród wydarzeń motoryzacyjnych, a Porsche 953 vel. 911 SC 4×4, opisywane w tym roku przez Piotra R. Frankowskiego wciąż zachwyca (https://drivershall.com/articles/stories/early-porsche-suv-at-goodwood-133). Aż chciałoby się, by Rajdowe Mistrzostwa Świata i rajdy cross country były do siebie bardziej zbliżone. To życzenie się spełni, bo do WRC wrócić ma Rajd Safari.
Poza tym, co jakiś czas pojawia się projekt w stylu Rally Fightera czy Zarooq Sand Racera. Samochód o podobnych walorach, ale o trochę bardziej stonowanej stylizacji- to byłoby coś! Mega Track miałby wreszcie prawdziwego następcę.

Problem z takim pomysłem na auto polega na tym, że powinien być on zrealizowany przez markę dla prawdziwych bogaczy a nie dla wyższej klasy średniej. Powiedzmy sobie szczerze- chętnym na X6, X4 czy GLE coupé zależy mimo wszystko na praktyczności.

I tu warto sięgnąć do skojarzeń łączących Pagani z … argentyńską marką Torino, której auta rywalizowały z Porsche Sobiesława Zasady w zawodach nazwanych Gran Premio. Bardzo ciekawy artykuł o Torino można znaleźć na Automobilowni (https://automobilownia.pl/pomniki-trwalsze-niz-ze-spizu-buenos-dias-argentina/). Dla nas istotne jest to, że sprzedażą tych pojazdów zajmował się wielki idol Horacio Paganiego- Juan Manel Fangio. Pagani chciał nazwać swą markę samochodów „Fangio”, lecz nie potrafił się zdobyć na wykorzystanie nazwiska mistrza po jego śmierci.
Same Torino, mimo zupełnie drogowego wyglądu (zaprojektowanego przez Pininfarinę), świetnie radziły sobie na trudnych nawierzchniach. Choć wizja nowego Torino 380 jest typowym notchback-coupé bez cech terenowych, to właśnie do tradycji tych aut mogłoby odwoływać się Pagani Gran Premio.

Kwestionariusz Pojazdu, którego Brakuje

  • Kto mógłby produkować?
    Pagani, ale w sumie to przydałby się także uterenowiony sportowy Spyker.
  • Dlaczego?
    Mega Track potrzebuje następcy.
  • Ciepło?
    Fornasari Tender, Aston-Martin DBX.
  • Ale?
    Fornasari nie każdego przekonuje stylizacją, a co do Astona Martina Varekai istnieją poważne obawy, że model produkcyjny będzie jednak podwyższonym liftbackiem.



Jak budowałem motoryzacyjny odpowiednik firmy z jabłkiem

Jest taka marka, o której kilku prestiżowych polskich dziennikarzy motoryzacyjnych nie da powiedzieć złego słowa. „No pewnie, Volkswagen!” – krzykną zwolennicy teorii, że dominacja niemieckich wydawnictw przekłada się na upartą promocję marek zza Odry. Ale nie. Do stereotypu „nudnego Golfa” mocno dokładają się osoby z mediów należących do naszych zachodnich sąsiadów. A hejt na „Passacika B5 w dizelku” rozkręcił najprawdopodobniej redaktor pracujący wówczas w niemieckim koncernie. Zresztą, dziennikarze motoryzacyjni wbijają szpile wszystkim producentom samochodów. A jeśli pragniecie usłyszeć od nich festiwal pieśni pochwalnych, rzućcie lepiej hasło „chcesz mieć komfort korzystania z urządzeń elektronicznych- kupuj te z nadgryzionym jabłkiem”. Firma znana kiedyś z „komputerów dla humanistów” to dla niektórych świętość. Jej krytyka jest tak ryzykowna, jak powiedzenie włoskiemu tifoso, że jego ulubiony klub gra słabą piłkę.

I co ja miałem z tym zrobić? Ja, który postrzegam społeczność prawdziwych fanów motoryzacji za swego rodzaju „oblężoną twierdzę”, a kwestię pojazdów autonomicznych za próbę sił między korporacjami IT a przemysłem motoryzacyjnym? Ba, widzę, że w tej próbie sił „nasi” jeszcze kilkanaście lat temu byli stroną znacznie mocniejszą. Mam przecież artykuł z pisma „Chip” z 2000 roku, w którym informatycy z Uniwersytetu w Bremie narzekają na niechęć Mercedesa do współpracy przy tworzeniu auta prowadzonego przez komputer. Jak niedawno i jak dawno…

Można jeszcze trzymać się zdania Clarksona z książki „Wiem, że masz duszę”, że w żadnym komputerze takowej „duszy” się nie znajdzie. To, że nawet teraz piszę na komputerze- to nic. Lodówki też używa każdy, ale kolekcjonerów lodówek i ludzi, u których pojawia się błysk w oku, gdy mówią o perspektywie rozwoju tych urządzeń trzeba by ze świecą szukać. Jedyną przeszkodą, by na mocy tej analogii powiedzieć „no, widzicie, ta wasza elektronika to użyteczna sprawa, ale w odróżnieniu od samochodów i motocykli całkowicie niezdolna do wywoływania emocji” jest właśnie to pierońskie jabłuszko.

Postanowiłem więc przezwyciężyć to zagrożenie poprzez stworzenie motoryzacyjnego odpowiednika firmy z Cupertino. Na początek udałem się do kilku instytucji państwowych, gdzie bardzo lubią wizjonerów, a jeszcze bardziej lubią ludzi, których można nazwać „wyzionerami”. „Wyzioner” potrafi wymyślić firmę, która w ekspresowym tempie wyzionie ducha. Po co komu taka umiejętność? Ano jest ona całkiem praktyczna, bo zanim przedsiębiorstwo skona w czułych ramionach syndyka, pieniądze z dofinansowań będą bezpieczne w odpowiednich kieszeniach. Królik oraz jego krewni i znajomi lubią to.

Mnie nawet nie obchodziło, czy okażę się wizjonerem, czy wyzionerem. Czułem się skazany na sukces. Jak zbieracze nawozu, którzy albo znajdą „gie” albo „gie” znajdą. To proste. Jeśli „Motoryzacyjne Jabłuszko” kompletnie nawali, to znaczy, że jedyna firma mogąca prawie na poważnie ukazywać komputery i smartfony jako urządzenia, do których można się przywiązać prawie jak do domowego zwierzaka jest kolosem na glinianych nogach. Zatem jedynymi takimi produktami pozostają motocykle i samochody.
Jeśli zaś wypali- mamy przedsiębiorstwo gotowe stawić czoła przemianie kulturowej sprawiającej, że tak zwani millenialsi wolą „screen” (czyli ekran) urządzenia elektronicznego od „screenu” (czyli przedniej szyby) auta.
Tak czy siak- wygrywam.

Szukanie rdzenia- nie, na szczęście nie procesora, a filozofii informatycznego giganta nie zajęło mi wiele czasu. Jak wiem, używa on standardowych komponentów typu PC, ma własne systemy operacyjne i słynie z designu. Należało zatem iść po mechanikę do taniej marki samochodowej, najlepiej Dacii, zaprojektować własny system obsługi, trochę a’la Tesla, a na koniec opakować to wszystko w odjechane nadwozie. Ten ostatni problem postanowiłem rozwiązać naprawdę efektownie, kupując markę francuskiej firmy karoseryjnej Figoni et Falaschi i ściągając ludzi ze szkoły Sbarro Espera.

I tak oto po podpisaniu kontraktu z Renault uzyskałem Motoryzacyjne Jabłuszko- Dacię Figoni et Falaschi.

Pierwsza prezentacja odbyła się w Polsce. Co prawda darowałem sobie na razie crash test auta, ale sama idea Motoryzacyjnego Jabłuszka przeszła crash test z polskim praktycyzmem:

– Panie, skąd silnik i zawieszenie?

– Z Dacii.

– Coś pan? Dacię chcesz pan za taką kasę sprzedawać?! A zjeżdżaj pan?

– No, ale Dacia jest solidna…

– To, to akurat wiem bo sam jeżdżę. Tylko że oni już mają doświadczenie i tam jest wszystko poprzykręcane jak trzeba. A u Pana? Zresztą nieważne. Dacia to Dacia i nie potrzebuje nadwozia art déco. Za to pańska mogłaby być deko, a nawet więcej niż „deko” tańsza.

– Ale pan nie rozumie idei mojej firmy. To „Motoryzacyjne Jabłuszko”.

– A, to się świetnie składa! Bo ja mogę panu zapłacić jabłkami! W ubiegłym roku był ich taki urodzaj, że jeszcze mam trzy skrzynki w piwnicy! To jak pan chce? Na stół czy woli pan „jabłka po lotnemu”?

Na dictum o dwuletnich jabłkach podanych „po lotnemu” przeprosiłem zebranych, a następnego dnia złożyłem rezygnację z funkcji prezesa. A teraz rozkręcam niezwykle skuteczną firmę doradczą, która przekonuje bujających w chmurach managerów IT, żeby ich górnolotne idee jednak nie dotykały asfaltu.

Andrzej Szczodrak




O ulicy i torze

„Jeżdżę szybko, ale bezpiecznie”- to już wyrażenie-symbol. Obecnie wiele osób używa go ironicznie. Na przykład na określenie zachowań takich jak te, które doprowadziły do tragedii na Słowacji.
 
Bardzo podobne słowa trafiły w 1996 roku na okładkę „Auto Świata”, a ich autorem był Pan Błażej Krupa, wielki zawodnik rajdowy i wyścigowy (tak, kiedyś te dyscypliny sportu przeplatały się dużo mocniej).
Bo w latach 90-tych XX w. i w pierwszej dekadzie XXI w. większość polskich dziennikarzy motoryzacyjnych promowała wzór „kierowcy mającego własne zasady”. Taki kierowca, owszem, miał swoje zdanie o ograniczeniach (choć przyznajmy, należy ich przestrzegać, nie tyle ze względu na bezpieczeństwo, co na kulturę prawną). Unikał za to manewrów, które można nazwać agresją wobec innych (Polecam świetny wywiad z Piotrem R. Frankowskim: https://autogaleria.pl/publicystyka-2/wywiady/wywiad-z-piotrem-r-frankowskim-redaktorem-naczelnym-polskiej-edycji-miesiecznika-top-gear/).
I tak, zgodzę się, że kwestię prędkości należałoby ucywilizować- ale jednak po obu stronach, bo politycy i inżynierowie drogowi też mają swój wkład w niszczenie zaufania wobec prawa. Zaś to, że Niemcy przez długi czas mieli naprawdę sporo autostrad bez ograniczeń, sprawiało, iż chętniej dostosowywali się do przepisów panujących na innych drogach.
 
 Jak zwykle pojawia się wiele głosów obwiniających prędkość jako taką, a nie podejście do innych uczestników ruchu. Zdajmy sobie jednak sprawę, że „kierowcy mający własne zasady” też nie wyprzedzaliby grupowo za linią ciągłą! Najważniejsze na drogach jest to, jak uczestnicy ruchu zachowują się WOBEC SIEBIE NAWZAJEM. Paradoks powiedzenia „ulica to nie tor” polega na tym, że na torze wzajemny szacunek jest absolutną podstawą.
Gdybyśmy wszyscy dobrze to zrozumieli, moglibyśmy liczyć na przepisy pozwalające na więcej. Przede wszystkim zaś, udałoby się uratować wiele żyć.