Drogówka jest fajna, ale tylko czasami

Jedna z bardziej znanych lewicowych publicystek, pani Kinga Dunin, napisała jedenaście lat temu tekst pod tytułem „Podatki są fajne” (zainteresowani mogą przeczytać całość w tym miejscu). Jednych z Was taki tytuł może śmieszyć, inni uznają, iż „coś w tym jest”, a ja powiem: fajnie, że ludzie filozofują. Bo, choć autorka zbytnio zajmuje się ocenianiem kto jest „tym dobrym” a kto „tym złym” w polityce, problem poruszony na początku artykułu jest ważny i ciekawy:

Czy tworzymy społeczeństwo , by działać jak jeden organizm, czy po to, by każdy z osobna miał lepiej?

Jestem znacznie bliżej tej drugiej opcji, ale powtórzę: dobrze, że ktoś się nad tym zastanawia.

Dobrze, bo jest to polityczna wersja pytania, które należy zadawać przy każdej okazji. Brzmi ono:

OD CZEGO ZACZĄĆ?

Przykładowo, myślenie o aucie do sportu warto zacząć od tego, że raczej masz nadwozie samonośne. A to oznacza, że karoseria i podzespoły mechaniczne to wcale nie są „dwa różne światy”, tylko wspólnie pracujący układ. I jeśli o tym nie pamiętasz, to w takim BMW E46 możesz otrzymać serdeczne pozdrowienia od wału napędowego.

Istnieją jednak rzeczy jeszcze gorsze niż słaba blacha. Na przykład słabe prawo drogowe. Ono także nie może się obyć, bez odpowiedzi na pytanie „od czego zacząć”, tyle że wypracowanej przez januszy (nie Januszów, a januszy właśnie). Wygląda ona tak:

1. Najważniejszymi ze wszystkich przepisów są bezwzględne ograniczenia prędkości. Są tak ważne, że słowo „przepisowo” i wyrażenie „zgodnie z ograniczeniami prędkości” znaczą dokładnie to samo.
2. A tak w ogóle, to ograniczenia prędkości są fajne.

Problem w tym, że fajne rzeczy są jak pudełko czekoladek.
Nie, nie chodzi o to, że nigdy nie wiesz, na co trafisz. Chodzi o to, że nikt nie wie, kiedy przestać.

Dlatego, nawet jeśli coś jest w jakimś zakresie konieczne, jak podatki czy ograniczenia prędkości, to i tak trzeba zadać sobie pytanie czy jest to rzecz z zasady dobra, czy z zasady przykra. Jeśli jest z zasady przykra, należy pilnować, by była stosowana tylko w takim zakresie, w jakim jest to absolutnie niezbędne.

A piszę o tym wszystkim, bo, jak na ironię, w „sezonie podatkowym” funkcjonariusze Wydziałów Ruchu Drogowego prowadzą protest.
Jak podaje TVN Warszawa polega on na tym, że:

-Teraz wystawiamy mandaty wyłącznie za najpoważniejsze wykroczenia. Takie, które stanowią realne zagrożenie dla innych uczestników ruchu – wyjaśnia nasz rozmówca z drogówki

Genialnie podsumował to na swej stronie facebookowej ambasador Liberlandu Karol Parkita:

„Czyli wreszcie jest tak, jak być powinno?”

Dbanie o to, by było, jak być powinno, na co dzień nie należy do funkcjonariuszy policji, tylko do parlamentarzystów, pracowników ministerstwa zajmującego się transportem oraz do inżynierów w poszczególnych zarządach dróg.

I do nas. Bo to my powinniśmy od nich wymagać. Fundamentem tych wymagań powinno być to, że:

BEZWZGLĘDNE LIMITY PRĘDKOŚCI TO ZŁO KONIECZNE. Równie ważne jak to, że powinny być przestrzegane, jest to, że powinny być mocno kontrolowane.

Tak, widzę jak ziewacie. Ciebie widzę. I Ciebie też. I Ciebie. Bo nawet na Motofikcji istnieją jakieś granice Motoutopii. Możemy snuć wizje, w których auta bliskie koncepcyjnie Toyocie GT86 są w palecie każdego producenta, ze Škodą włącznie (skoro aktualny Rapid stanie się Felicią…), możemy wyobrażać sobie markę CWS w XXI wieku. Ale tak dobrze, żeby ktoś na serio patrzył na ręce władzy, to nie ma.

A jednak, MOŻECIE COŚ ZROBIĆ.

Ja to widzę tak: ministerstwo zajmujące się transportem ma zespół prasowy, każdy zarząd dróg ma rzecznika, posłowie mają kasę na biura. Oznacza to, że jest cały tabun RZECZNIKÓW OGRANICZEŃ.

No, to teraz przejrzyjcie swoje kolekcje czasopism, swoje subskrypcje na Youtube’ie oraz swoje zakładki w przeglądarce pod kątem ulubionych dziennikarzy i blogerów motoryzacyjnych. I jak? Macie tam takich, którzy wykazują chęć, by zostać „rzecznikami prędkości” i zmusić rzeczników ograniczeń, by zaczęli się mocno tłumaczyć? Jeśli tak, to pomagajcie promować ich twórczość. A na początek napiszcie o nich w komentarzach.

 

Żeby nie być gołosłownym, sam podam pierwsze nazwiska: sporo świetnych tekstów na ten temat napisał red. Piotr R. Frankowski, ale warto zwrócić uwagę także na red. Andrzeja Kondratczyka z Auto-Świata.




Czas na Giełdowóz, czyli jak dokonamy rewolucji w motoryzacji

 

Panie i Panowie, czas podbić rynek motoryzacyjny autem mającym nowe źródło napędu o wykładniczo rosnącej mocy:
 
Czas na #GIEŁDOWÓZ
 
czyli samochód napędzany indeksami giełdowymi. Chcesz, by wartość twoich akcji wzrosła- musisz uczestniczyć w wytwarzaniu energii dla naszego ładowanego indukcyjnie auta! Akcje sprzedajemy w modelu MLM. Gdy zajmiesz odpowiednie miejsce w hierarchii akcjonariuszy, masz szansę przejechać się samochodem. Wcześniej, kiedy tylko możesz, pedałujesz na stacjonarnym rowerku i dostarczasz energii. Pozyskane od Ciebie dżule stają się niutonometrami naszego hipernowoczesnego cuda, a od tych właśnie niutonometrów zależy sprzedaż akcji! W międzyczasie pomagasz w znajdowaniu klientów także poprzez wciąganie znajomych do swojej sieci.
Giełdowóz będzie dostępny również jako KIT CAR. Pomimo że powstanie jako produkt polsko-amerykańsko-brytyjski, bardzo prosimy nie sugerować, że KIT CAR to nazwa polsko-angielska.

WEŹ UDZIAŁ w rozwijaniu i promowaniu naszej inicjatywy!
1. Używaj hasztagów
#Giełdowóz
#CzasNaGiełdowóz.
w swoich wpisach i komentarzach (także na stronach naszej konkurencji)!
2.Handluj akcjami!
3.Włącz się w wytwarzanie energii!



POMYŚL!

od Twojego zaangażowania w te trzy procesy zależy to, kiedy pokonamy Dodge’a Challengera SRT Demon w wyścigu na 1/4 mili.


PAMIĘTAJ!
Projekt nadwozia supersamochodu można kupić w każdym sklepie modelarskim, u spotkanego tam stylisty-amatora zakochanego w Ferrari lub Lamborghini. Jednak po to, by utrudnić zadanie konkurencji, zdecydowaliśmy się na jednego z najciekawszych takich stylistów- Pana Eugeniusza Brzozę.
Poza tym wszelkie podobieństwo Giełdowozu do już istniejących aut- zarówno w zakresie stylizacji, jak i modelu biznesowego jest czysto przypadkowe!



Wegański bezglutenowy samochód

 

Zbitka „wegański, bezglutenowy posiłek” to symbol kulinarnych mód. Co ciekawe, te dwa słowa często występują obok siebie nawet na blogach prowadzonych przez wegan.

Co w tym dziwnego? Ano to, że rezygnacja z glutenu to decyzja typowo zdrowotna- konieczna przy celiakii, a potrzebna przy kilku innych chorobach układu odpornościowego. Weganizm wynika natomiast z przyjęcia pewnej postawy etycznej. Oczywiście istnieją dania, które nadają się jednocześnie dla wegan i dla „bezglutenowców” oraz ludzie, którzy zdecydowali o byciu weganami a zarazem potrzebują unikać glutenu. Wynika to jednak z dwóch różnych motywacji. A kiedy dieta bezglutenowa stosowana jest u osoby z celiakią, to mówienie o „modzie” jest ciężką bezmyślnością.

No, dobrze, a co to ma wspólnego z samochodami?

To, że dokładnie tak samo, jak ze słowami „wegański” i „bezglutenowy” postępujemy z wyrazami „elektryczny” i „autonomiczny”. Tymczasem silnik elektryczny jest jednym z możliwych rozwiązań napędu od samego zarania motoryzacji. Auto z takim motorem nadal może zmieniać kierunek na skutek obrotu kierownicy i przyśpieszać po naciśnięciu pedału. Słowem- być samochodem, jaki znamy i nie robić rewolucji w naszych przyzwyczajeniach. Takiej rewolucji doświadczymy natomiast, jeśli będziemy wiezieni przez komputer. Będzie to zresztą ogromna zmiana nie tylko dla nas. Także ci, którzy sprzedają nam przyjemność z jazdy, będą musieli nauczyć się sprzedawać coś innego. Dlatego, choć od dawna istniały różne wyobrażenia „pojazdów-samojazdów”, to jeszcze na przełomie XX i XXI wieku „CHIP” pisał, że zmierzający do opracowania auta prowadzonego przez komputer projekt i-Car działa „wbrew motoryzacyjnym gigantom”.

A teraz? Ludzie zainteresowani motoryzacją podzielili się na dwa obozy. Jedni uważają, że „przyszłość i tak nadejdzie”, więc trzeba się zgadzać na wszystko, co jest lansowane. Silniki elektryczne, car sharing, jazdę autonomiczną. Wszystko.

W odpowiedzi, obrońcy przyjemności z jazdy skłonni są uznać, że prawdziwy samochód ma gaźnik lub przynajmniej wyciągnięty bezpiecznik od ABSu. Problem w tym, że z takim nastawieniem jesteśmy wymarzonymi przeciwnikami dla moto-hipsterów i bardzo ułatwiamy im zamknięcie nas w skansenie. A raczej zawężenie naszego świata do torów, po których będziemy jeździć samochodami o cenach rosnących tak, jak ceny koni. Nie będzie to zbyt przyjemne: http://www.assetus.pl/najdrozsze_konie_swiata.html.

Hipsterzy są denerwujący, ale żyjemy w epoce trzech wspaniałych hybryd (LaFerrari, 918, P1). I naprawdę nie jest to dobry czas, by zostawać  „kontrhipsterem” uznającym tylko klasyczne rozwiązania.  Hasło „nie filozofuj” kusi, ale w praktyce się nie sprawdza. Gdy nie znamy się na ideach, wybieramy polityków, którzy nie potrafią być wierni żadnej z nich.

Warto rozróżniać, kiedy ktoś sprzedaje nam inaczej zbudowane auto, a kiedy wciska zupełnie inną filozofię korzystania z samochodów. Kot rasowy może i wymaga innego podejścia niż „dachowiec”, ale wciąż jest zwierzakiem z którym można się zaprzyjaźnić. Jednak kiedy koncerny zachęcają nas, byśmy pokochali „autonomy”, traktują nas jak dziecko, któremu zamiast żywego kota proponuje się pluszowego.

Andrzej Szczodrak




Fizyka warsztatu samochodowego


Zasady fizyki newtonowskiej przełożone na działanie warsztatu prowadzonego przez pasjonatów:

 

PRAWO PRZYCIĄGANIA:

Mechanika to intratny zawód. Przyciąga mnóstwo ludzi zainteresowanych przede wszystkim robieniem pieniędzy, a nie robieniem przy samochodach i motocyklach. Pojazdy trafiają najpierw do nich, a dopiero potem do prawdziwych miłośników motoryzacji.

PIERWSZA ZASADA DYNAMIKI (ZASADA BEZWŁADNOŚCI):

Piękny klasyk pozostaje piękny, dopóki nie przyjrzysz się newralgicznym elementom nadwozia/ramy.

DRUGA ZASADA DYNAMIKI:

Pojazdy, przy których ktoś dopuścił się jednego, nie tak znowu dużego partactwa po prostu nie istnieją. Dostrzeżenie pierwszej fatalnie naprawionej rzeczy oznacza otwarcie listy. Ciąg dalszy na pewno nastąpi.

TRZECIA ZASADA DYNAMIKI (ZASADA AKCJI I REAKCJI):

Mechanik-pasjonat, od którego dużo się nauczysz będzie stosował wulgarne wyrażenia. Jeżeli włożysz odpowiednio dużo serca w dowiadywanie się, co przeszedł twój pojazd, zaczniesz kląć razem z mechanikiem. Nawet jeśli twój klasyk regularnie kursuje między teatrem, filharmonią a biblioteką.

Na koniec sugestia dla kogoś, kto chciałby zostać Einsteinem „fizyki warsztatowej” i dodać do niej odpowiednik teorii względności:

Jeśli myślisz nad jakimś błyskotliwym wzorem opisującym warsztatową rzeczywistość, ale nie wiesz, co powinno być w nim podniesione do kwadratu, to podpowiedź jest prosta:

Koszty.

Andrzej Szczodrak




Półoś lewa, półoś prawa

Wiecie, czym się różni „prawica” od „lewicy”?
 
„Prawica” będzie Wam wmawiać, że wszyscy muzułmanie są źli, co znacznie zmniejszy Wasze szanse np. na ciekawą rozmowę z Turkiem o marce Tofas i o wpływie Fiata na motoryzację w naszych krajach. A jeżeli znacie historie o rezygnacji z CWSa czy o dwóch próbach zaistnienia na polskim rynku poczynionych przez Citroëna, to taka wymiana wiedzy mogłaby być naprawdę pasjonująca…
Innym zagrożeniem ze strony „Prawicy” jest możliwość popsucia stosunków gospodarczych z Niemcami, co sprawi, że Passacik B5 znów stanie się w Polsce naprawdę luksusowym samochodem.
Jakby tego było mało, od czasu do czasu „prawica” będzie chciała pokazać, że wcale nie jest taka wojująca  i pożyczy parę rozwiązań od swych politycznych konkurentów (patrz hasło „Lewica”)
 
„Lewica” zrobi Wam zaś takie normy, takie drogi i takie ograniczenia prędkości, że będziecie się poruszać hybrydami o mocy 50 KM i masie 2,5 tony, bardzo przy tym uważając, by nie przekroczyć dozwolonych 20 km/h. Na tylnej szybie Waszych aut znajdzie się nowy znak „Czarny Listek”, przypominający Wam, że wybierając samochód zdecydowaliście się zanieczyścić środowisko. Jeśli zaś, nie daj Świeckie Państwo, woziliście na desce rozdzielczej plakietkę ze Świętym Krzysztofem, to zostanie ona urzędowo zastąpiona figurką uśmiechniętego użytkownika roweru miejskiego. Po to, byście pamiętali, kto prezentuje prawdziwie prospołeczną postawę i ZAWSZE zasługuje na ustąpienie pierwszeństwa. W ramach równouprawnienia, ateiści również dostaną figurkę. Oczywiście przedstawiającą uśmiechniętego rowerzystę.
O ile opisane powyżej scenariusze napisane są z celową (acz niewielką) przesadą, o tyle problem politycznego zacietrzewienia jest jak najbardziej prawdziwy. Z tego powodu często zapominamy, że możemy wyznawać jednocześnie wartości „prawicowe” (np. szacunek do religii) oraz „lewicowe” (tolerancja i zainteresowanie innymi kulturami), odmawiając przy tym zaufania wielkim partiom.
Cenię samochody i motocykle także jako wyraz indywidualizmu, więc siłą rzeczy nie będę popierał polityki transportowej, która urodziła się na „lewicy” a teraz pojawia się także w wypowiedziach przedstawicieli „prawej” strony („zapraszamy do komunikacji miejskiej”).
Nie przeszkadza mi to bywać „lewakiem”. Przynajmniej, jeśli „lewactwem” jest podpisanie petycji w obronie pokojowo nastawionego Meksykanina, który kiedyś nielegalnie wyemigrował do USA, ciężko tam pracował, a teraz, zamiast pomocy w zalegalizowaniu pobytu, doświadcza represji.
Podpisanie takiej petycji wiąże się z podaniem adresu mailowego i (jeśli się na to zgodzimy) z otrzymywaniem wiadomości.
I właśnie jedną taką czytam. Patrzę, a tu zdanie:
„Przemysłowa hodowla zwierząt wpływa na globalne ocieplenie silniej niż wszystkie samochody, samoloty i autobusy świata”.
Niby od dawna wiemy, że krowy wytwarzają więcej CO2 niż auta, ale …
Czy chcecie mi przez to, drodzy lewicowi przyjaciele, powiedzieć, że przez tyle lat wasi ulubieni politycy narzucali uciążliwe wyrzeczenia nie temu przemysłowi co trzeba?! Bo jakoś nie słyszałem, by jakakolwiek burgerownia musiała sprzedawać określoną liczbę burgerów wegańskich na jednego wołowego. Tymczasem, z powodu norm emisji zostaliśmy skazani na elektryczne wspomaganie kierownicy, elektryczny hamulec postojowy i kilka per-wersji silnikowych.
 Andrzej Szczodrak
(Oprawę graficzną wpisu stanowi zdjęcie samochodu Tofaş Serçe. Cobyście mieli dużo więcej serca do motoryzacji niż do kibicowania politycznym POPiSom)



Cennik Motofikcji

Motofikcja żyje chwilowo bardziej na Facebooku i czasem na Twitterze, ale chciałbym dziś coś ogłosić.

Mianowicie CENNIK. Proszę bardzo:

  • 600 zł za jednostronny tekst z gatunku „Prędkość zabija”. Taki, w którym napiszę, że nie ma problemu uzasadniania ograniczeń, a wszystkiemu złemu na polskich drogach winne są prawe nogi kierowców.
  • 500 zł za pochwałę idei pojazdów autonomicznych. Materiał, w którym powiem, że to zasadniczo fajnie być tak wiezionym przez komputer. Nie chodzi o docenienie, iż ktoś w miarę porządnie zaimplementował te funkcjonalności (to mogę zrobić w ramach zwykłej dziennikarskiej rzetelności), tylko o aplauz dla świata idącego w tym kierunku.
  • 500 zł za tekst, w którym popieram politykę ograniczania ruchu samochodowego w miastach i organizacje takie jak Miasto Jest Nasze.

A teraz UWAGA NAJWAŻNIEJSZA:

TO NIE SĄ KWOTY, ZA KTÓRE NAPISAŁBYM TAKIE TEKSTY.
PRZECIWNIE- JEŻELI NA MOTOFIKCJI ZDARZY MI SIĘ (podkreślam: mnie, a nie jakimś crackerom) UMIEŚCIĆ WPIS PODPADAJĄCY POD KTÓRYKOLWIEK Z TYCH „PARAGRAFÓW”, MOŻECIE ODE MNIE WYMAGAĆ PRZEZNACZENIA ODPOWIEDNIEJ (tj. figurującej w tym cenniku) KWOTY NA CELE CHARYTATYWNE.




Pojazd, którego brakuje: Małe amerykańskie coupé

Miały styl. Miały też problemy z dorównaniem hot-hatchom.

Małe i średnie coupé z USA. Z dość miękkimi zawieszeniami, przednim napędem i amerykańskimi silnikami, z których tylko nieliczne zasługiwały na miano sportowych.

Saturn SC, Chevrolet Beretta, Dodge Shadow, Pontiac Grand Am, Pontiac Sunfire, Ford ZX2, Ford Probe…

Zniknęły z rynku i mało kto za nimi tęskni. Bo powstało dużo samochodów bardziej spójnych i będących dojrzalszymi konstrukcjami. Ba, wiele aut przewyższyło te modele jednocześnie pod względem sportowego charakteru i pod względem praktyczności. Więc rynek zweryfikował. Segment, który nie oferował niczego specjalnego, przeszedł do historii, a nam zostały ciekawe youngtimery do oglądania.

I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie obawa, że oglądanie niedługo okaże się głównym sposobem realizowania motoryzacyjnej pasji. Może się tak stać dlatego, że nasze losy zależą od młodych Amerykanów. Managerowie, którzy decydują o wypuszczaniu nowych rzeczy na rynek traktują tę grupę jak wyrocznię. Jeśli dwudziesto- i trzydziestolatkowie z USA oszaleją na punkcie jakiegoś gadżetu, to my, Europejczycy, pewnie też. Jeśli polubią jakiś gatunek muzyczny, to usłyszymy to w naszych stacjach radiowych. A jeśli większość z nich powie „nie potrzebuję własnego samochodu i nie chcę prowadzić”, to na fanów motoryzacji na Starym Kontynencie spadnie kolejna transza plag egipskich.

Jakby mało nam było reklam społecznych przedstawiających samochód jako zło konieczne. Mediów przyjmujących takie podejście jako ważny element swej linii programowej. Aktywistów miejskich, dla których do „ludzi” zaliczają się tylko piesi, rowerzyści i pasażerowie komunikacji miejskiej i według których odpowiednia nazwa na istotę prowadzącą pojazd mechaniczny nie została jeszcze wynaleziona. To znaczy została, ale masy nie są na razie gotowe na powrót starego, dobrego wyrażenia „wróg ludu”.

Jeżeli młodzi mieszkańcy USA nie pokochają jazdy samochodami i motocyklami, to do tych wszystkich czynników dojdzie jeszcze lobbing za tym, by po drogach publicznych poruszały się wyłącznie pojazdy autonomiczne. Tak. WYŁĄCZNIE. Wiecie dlaczego? Dlatego, że programiści myślą tylko o jednym. To znaczy o jednej ścieżce wykonania programu. A brak interakcji z żywymi kierowcami oznacza kilka zamiast kilkunastu obsłużonych „po łebkach” sytuacji drogowych.

Samochód, który sportowo wygląda, nie zawsze dostarcza odpowiednio dużo przyjemności z prowadzenia. Wystarczy jednak, że się z tą przyjemnością kojarzy i przez to zachęca do dalszych poszukiwań. Ale czy ktokolwiek odważy się wypuścić na rynek auto z misją? Teraz? Przy niezadowalających wynikach sprzedaży potencjalnego konkurenta- Toyoty GT86?

Cóż, jeśli tak się jednak stanie, to albo przez przypadek, albo dzięki książkom, filmom lub programom telewizyjnym. Bo to, co się sprzedaje w biznesie i w polityce zależy od tego, co wygrywa w kulturze. Jeżeli powstanie na przykład kapitalny serial o przemycie alkoholu w czasach prohibicji i jego ważnym wątkiem będą wydarzenia, które doprowadziły do powstania wyścigów NASCAR, to odbiorcy zaczną się zastanawiać, czy w salonie Forda można znaleźć następcę nawet nie tyle ZX2, co legendy z 1932 r.- „Deuce Coupé”.

Kwestionariusz Pojazdu, którego Brakuje

  • Kto mógłby produkować?
    Jeśli auto „amerykańskie”, to oczywiście Ford, General Motors lub Fiat Chrysler Automotive. No, to możemy się zastanowić, co jest najbardziej prawdopodobne:

    • Ford Cougar XXI wieku? Nowy ZX2? A może powrót Pumy? To trzecie wydaje się kosmicznym pomysłem na podbój rynku USA, ale „millennialsi” to taka grupa, że zwrotne coupé segmentu B, występujące także w wersji z napędem elektrycznym miałoby szanse przemówić im do wyobraźni.
    • Buick Skylark, a potem powrót marki Saturn i modelu SC? Może są jakieś szanse na Buicka, ale skoro Scion jest już tylko wspomnieniem, to Saturn tym bardziej.
    • Nowy Fiat Coupé, dostępny również jako Dodge Shadow? Nawiązanie do pięknego projektu Chrisa Bangle’a, a następnie próba „amerykanizacji” tak powstałego auta, to całkiem możliwy scenariusz, jeśli Fiat 124 Spider dobrze spisze się w rynkowej rywalizacji.
      Oczekiwania co do nowych amerykańskich coupé mógłbym ująć w prostych słowach …
      PRZYJEŻDŻAĆ! WSZYSCY TRZEJ!
  • Dlaczego?
    Naprawdę wyobrażacie sobie dzieciństwo bez oglądania prędkościomierzy zaparkowanych aut?
  • Ciepło?
    Muscle cars i pony cars trzymają się nieźle. Ford Mustang robi furorę nawet w Polsce, Camaro błyszczy jako Bumblebee, a Charger w wersjach firmowanych przez SRT wprost poraża osiągami.
  • Ale?
    … te samochody uchodzą za sposoby na kryzys wieku średniego, a tu trzeba leczyć (trochę przereklamowaną: http://www.latimes.com/business/autos/la-fi-hy-millennials-cars-20161223-story.html, https://www.cnbc.com/2017/08/30/millennials-like-buying-cars-after-all.html) motoryzacyjną apatię „millennialsów”.

Andrzej Szczodrak




O tym, jak Marek Wieruszewski antidotum na autonomy wynalazł

Fakty i opinie:

Marek Wieruszewski jest Wam na pewno dobrze znany. To dziennikarz, który kilka lat temu prowadził „Garaż Otwarty” w Radiu PiN a obecnie tworzy kanał Youtube’owy Marek Drives oraz program „Motojazda – Garaż Motowizji”.

Jego kultura osobista i poczucie humoru sprawiają, że wystarczy zamienić z nim choć dwa słowa w portalu społecznościowym, by go lubić.
Z kolei poglądy Marka powodują, że jeśli samochody i motocykle znaczą dla Was więcej niż gadżety, to nie będziecie się z nim identyfikować.

Normalnie w takich sytuacjach przyjmuje się postawę „ty masz swoich odbiorców, a ja swoich”. Problem w tym, że w specjalnym wydaniu „Motojazdy” Marek popełnił błąd językowy, po którym ja doznaję odmiennych stanów świadomości, jak po jakichś narkotykach (sami sobie wymyślcie jakich, bo ja mam doświadczenia tylko z oktanami i napojami zawierającymi kofeinę).

Sobota, siedzę sobie i piszę, kilka metrów ode mnie stoi telewizor z włączoną Motowizją, aż tu nagle padają następujące słowa:

„MAJĄC W PAMIĘCI POPRZEDNIE WERSJE, MEGANE RS NAMIESZA NA RYNKU”.

(mogłem zmienić jeden czy dwa wyrazy, ale jestem przekonany, że nie pomyliłem się w kwestii tego, jak Marek użył słowa „mając”).
Co takiego ciekawego jest w tym zdaniu?

Ano to:

Błąd tożsamości podmiotu a imiesłów przysłówkowy na „-ąc”

Zgodnie z logiką języka polskiego, użyte przez Marka wyrażenie oznacza, że:

RENAULT MEGANE RS MA W PAMIĘCI POPRZEDNIE WERSJE, WIĘC NAMIESZA NA RYNKU.

Fantazja

Auto mające w pamięci tradycję, z której się wywodzi? Jakież by to było kuriozalne, gdyby nie fakt, że jest piękne! Wręcz genialne. Zwłaszcza w epoce, w której „dwie generacje popularnego smartfona temu” to zamierzchłe czasy. Pomyślcie …
Najpierw możemy sobie wyobrazić jakieś proste i całkiem realne rozwiązanie. Na przykład filmiki z Jeanem Ragnottim wgrane na stałe w pamięć systemów multimedialnych Clio RS i Megane RS.
Podoba się? To może coś jeszcze ambitniejszego (i skazanego na porażkę). Jakiś „tryb zgodności” upodabniający prowadzenie nowego Ferrari do F40 lub nowego BMW M4 do M3 pierwszej generacji (E30). Już sama różnica w rozmiarach kół sprawia, że pewnie skończyłoby się to filmikami z Chrisem Harrisem pokazującym najbardziej skwaszoną minę, na jaką go stać. Mimo wszystko, taka próba miałaby swoją dobrą stronę, bo jeszcze bardziej zwiększyłaby zainteresowanie klasykami.
Ale pójdźmy jeszcze dalej. Przecież samochody i motocykle mające osobowość to ulubiony motyw kultury motoryzacyjnej. Chitty-Chitty-Bang-Bang, Herbie, czyli „Kochany Chrabąszcz”, polskie baśnie Ewy Kwiatuszyńskiej („Jak Dzielny Mały Fiatek Zaklęte Miasto Obudził”), KITT, Transformery, i tak dalej …
Ktoś powie: czyli pojazdy autonomiczne. Otóż nie do końca, bo każde z tych aut, oprócz baśniowego Fiatka (który, o ile dobrze pamiętam, egzystuje w świecie bez ludzi), dość często bywa prowadzone przez człowieka.
I tu pojawia się pytanie, czy samoświadome pojazdy, byłyby autonomiczne, czy jednak zechciałyby być dobrymi kumplami i dać się poprowadzić. A może …
… „mające w pamięci” sportową tradycję Clio RS, Megane RS oraz Alpine A110 otoczyłyby prezesa Renault gdzieś na placu przed siedzibą firmy, po czym z głośników wszystkich trzech samochodów rozległoby się gromkie:

– Pan chce produkować auta bez kierownicy i pedałów?! Niech pana ręka Ragnottiego broni!

No, i to jest wizja, z którą mogę Was zostawić! Miłego dnia.

Andrzej Szczodrak




… a co Francuz wymyśli, to Polak polubi

Druga porcja MotoClassic już wkrótce, a na razie chciałbym się podzielić takimi przemyśleniami (Zdjęcie Cliówki na ukojenie skołatanych nerwów):

 

Jest taka nieprofesjonalna, mająca zły program partia polityczna, która nazywa się „Prawo i Sprawiedliwość”. Działa ona w tak nieprzemyślany sposób, że aż wywołała spór na całą Europę wokół polskiej Konstytucji. Za sprawą błędów tego ugrupowania Polska jest wygodnym przeciwnikiem we wszelakich negocjacjach, ponieważ naszym przedstawicielom można powiedzieć „a wy to nie przestrzegacie żadnych standardów, więc się nie odzywajcie”.
 
Partia „Prawo i Sprawiedliwość” jaka jest, taka jest, ale czasem stanie w obronie interesów polskich przedsiębiorców. Bo jak firmy popadają, to kto będzie tych biednych, niezbyt kompetentnych polityków utrzymywał. Więc „Prawo i Sprawiedliwość” walczy z projektem dyrektywy o delegowaniu pracowników*.
W odpowiedzi zachodni partnerzy sięgają oczywiście po to wygodne „a wy to nie przestrzegacie żadnych standardów, więc się nie odzywajcie”.
 
Wtedy do akcji wchodzi … nieprofesjonalna i mająca zły program opozycja oraz media, których celem jest wychowanie sobie jeszcze bardziej nieprofesjonalnej i mającej jeszcze gorszy program opozycji (być może jest to jakaś metoda. Jeśli opozycja będzie nieziemsko daleko od profesjonalizmu i opracuje sobie naprawdę bardzo zły program, to może pokona partię „Prawo i Sprawiedliwość”).
 
I co robią ci wielcy myśliciele?
Śmieją się: „O, patrzcie, jak im liderzy Europy powiedzieli!”.
Choć mogliby przecież zareagować tak:
„No, cóż, Panie i Panowie, zasadniczo, to wy powinniście chodzić na spacery z kurkami**, ale tym razem to bronicie interesu polskich przedsiębiorców, więc spróbujemy wam pomóc”.
A teraz pomyślcie sobie, że te dwie grupy geniuszy (tj. partia „Prawo i Sprawiedliwość” oraz jej przemyślni przeciwnicy) na zmianę decydują o tym, kto będzie zasiadał w Generalnej Dyrekcji Transportu Drogowego, ITD, itp.
 
To ja mogę tylko zakończyć klasycznym cytatem: Dobrej nocy i dużo szczęścia***.
Andrzej Szczodrak



Pięć aut z MotoClassic Wrocław i pięć krótkich motofikcji – część I

Na MotoClassic Wrocław można było zobaczyć wiele olśniewających klasyków, ale z punktu widzenia Motofikcji najciekawsze są samochody i motocykle firm, które zakończyły działalność. Postanowiłem, że uproszczę formułę „Faktów i Fantazji”, by pokrótce opowiedzieć o reprezentantach pięciu marek.

American Lafrance (więcej na temat auta, które zostało pokazane w Topaczu- materiał Motofakty.pl i TVN Turbo)

Fakty: Firma AC Oldtimer zajmuje się renowacją pojazdów zabytkowych. Na zlotach i wystawach niejednokrotnie pokazywała sprowadzone przez siebie amerykańskie auta wyprodukowane przed II wojną światową. Tak było i tym razem. Trzytonowy American Lafrance dotarł do podwrocławskiego zamku na kołach.

Fantazja: Jak wyglądałyby losy American Lafrance w XXI wieku? To nie do końca dobre pytanie, gdyż firma istniała do 2014 roku. Należała do Daimler Trucks North America, czyli właściciela marki Freightliner. Specjalnością American Lafrance były pojazdy strażackie. Nie wykluczałbym zatem, że za jakiś czas pojawi się np. Freightliner M2 112 American Lafrance Edition.

Andrzej Szczodrak