Ferrari Luce: Świat w szoku, że stało się to, co zwykle

Fot. Alexander Migl, Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International

Nadwozie Ferrari Luce ma w sobie coś, co budzi dyskomfort u znacznej grupy oglądających. Można … odetchnąć z ulgą, bo, powiedzmy sobie szczerze, wielu z nas podświadomie chciało, by tak było. Kontrowersje wokół wyglądu karoserii to idealna otoczka dla auta, którego sam koncept techniczny jest „świętokradztwem”.
Ś.p. Sergio Marchionne będący przecież bardziej specjalistą od zarządzania niż urodzonym miłośnikiem kultury samochodowo-motocyklowej, określił w pełni elektryczne Ferrari jako „coś niemal obscenicznego„. Nic dziwnego. Spotykane w języku angielskim przeciwstawienie (czy, jeżeli chcemy wyrażać się bardziej jak poloniści: „spotykana w języku angielskim dychotomia”) „car vs. electric vehicle” (samochód kontra pojazd elektryczny) to coś, co u wielu z nas „weszło za mocno”. Ja i mnie podobni możemy sobie przywoływać Bakera Electric czy Jamais Contente i mówić o funkcjonowaniu spalinówek oraz aut na prąd w jednej kulturze motoryzacyjnej. Ludzie niewyobrażający sobie prawdziwej jazdy bez dźwięku silnika oraz wojujący teslanie i tak mają w sumie wspólny pogląd: „elektryk” to nie tyle auto, co jakaś kapsuła nowej mobilności.

Przyjęło się, że Ferrari to więcej niż firma samochodowa. To firma samochodziarska. Auto elektryczne jej „nie przystoi”, a teraz jeszcze się okazuje, że stylizacja nadwozia tego auta jej po prostu „nie wyszła”.

Czy to ciąg przyczynowo-skutkowy? Tylko częściowo.

Moim zdaniem droga do szoku nie przebiegła tak:

  • Zróbmy elektryczne Ferrari! -> Bum! Gruch! Łubudu! -> z Emilii-Romanii wyjeżdża stylizacyjna masakra dokonana kreską człowieka z Apple

tylko tak:

  • Zróbmy elektryczne Ferrari! -> To, skoro i tak będzie ciężkie, nadajmy mu formę sedana… -> Bum! Gruch! Łubudu! ->
    z Emilii-Romanii wyjeżdża stylizacyjna masakra dokonana kreską człowieka z Apple.

Uważam, że prawdziwym problemem Luce nie jest dążenie do nowoczesności, tylko to, iż firmom mającym w DNA supersportowe coupé wyjątkowo rzadko wychodzą sedany. Zamiast chronologią posłużę się ciągiem skojarzeń, ale teza jest dość łatwa do obronienia.

Dość powszechny entuzjazm budzi Bugatti EB112, które nawet nie dostało poważnej szansy na rynku. Jednak, przy całej mojej miłości do marki Bugatti, śmiało mogę powiedzieć, że EB112, choć zdecydowanie coś w sobie ma, jest autem o dość szczególnych proporcjach.

Fot. Riceburner75 (https://www.flickr.com/photos/41364417@N04/3812271629/sizes/o/in/set-72157621895228813/), CC BY-SA 2.0

Panamera? Przecież polubiliśmy ją za to, jak jeździ. Uniknęła zalewu wyzwisk od „rozdeptanych” głównie dzięki temu, że motoryzacyjna opinia publiczna była zajęta hejtowaniem Cayenne (by później docenić je za nieudawaną wszechstronność).

Prototypowe Lambo Estoque? Jeśli przebiec wzrokiem od bagażnika do przednich świateł, można odnieść wrażenie, że linia boczna godzi elegancję limuzyny ze sportowym zadziorem. Tył pasuje i do sedana, i do supersportowca. Tylko to spłaszczenie z przodu … niemal jak u „patronki” wpisu, czyli „pierwszej generacji” Astona Martina Lagondy. A rzeczona Lagonda? Nazywanie jej brzydką to dla mnie przesada, ale w powszechnej opinii nie należy do najbardziej spójnych stylizacyjnie aut. Do mojej tezy może za to nie pasować inny Aston Martin- Rapide. Udało się „rozciągnąć” coupé klasy GT, a w powstałym w ten sposób sedanie trudno znaleźć jakąś pokraczną część nadwozia. Przód nie jest zbyt spadzisty ani nieproporcjonalnie długi, tył ani za niski, ani za wysoki.

Maserati Quattroporte? Tu też coś się udało, i to kilka razy. Ale, mówcie, co chcecie, dużo lepiej udawało się z niemal typowymi sedanami przywodzącymi na myśl niektóre projekty Lancii…

Fot. Thesupermat, CC BY-SA 4.0

… lub nawet mogącymi w pewien sposób kojarzyć się ze stylem BMW

Fot. Wootelef

… niż z autami, którym trudno odmówić ogólnego uroku, ale których przody wydają się wręcz nienaturalnie obniżone, by zachować podobieństwo do modelu GranTurismo.

Fot. Norbert Aepli, Switzerland, CC BY 4.0

Sedan zachowujący rodzinne podobieństwo do spłaszczonych GT czy wręcz do aut supersportowych to trudny temat również dla bardziej niszowych marek. Klasyczne De Tomaso Deauville jest zbudowane dość proporcjonalnie (choć poniższe, eksponujące zwis przedni, zdjęcie zdaje się temu zaprzeczać). Ale na jeden przykład Deauville sprzed lat

Fot. Deauville81 (talk)

przypadną nowe Deauville, którego sylwetka została uznana za przyciężką oraz piękne, ale mające dość nienaturalnie obniżony tył Monteverdi HS 375/4. W przypadku szwajcarskiej limuzyny „winny” jest zapewne punkt wyjścia w postaci HS 375 S. To coupé typu fastback, czyli takie, w którym dach, tylna szyba i pokrywa bagażnika tworzą jedną, opadającą linię.

Monteverdi HS (High Speed) 375 S Frua Coupé, Fot. Matthias van der Elbe, CC BY-SA 4.0
Monteverdi HS 375/4, Fot. Buch-t

(nadwozia sedan w historii Monteverdi miały również Sierra i Tiara, ale oba modele dość mocno bazowały na autach innych producentów).

Dzieje współczesnych, odnoszących sukcesy, „limuzyn w stylu coupé” to z kolei dorobek marek, które zdążyły się zżyć z nadwoziem typu sedan. Podwaliny położyła doceniana Alfa Romeo 156 z „ukrytymi” tylnymi klamkami. Czy akurat ten detal uznałbym za jej atut? Nie do końca. Uważam, że sylwetka tego auta ma dużo uroku, ale niespecjalnie sprzyja przymrużeniu oczu i zapomnieniu drugiej parze drzwi.

Fot. Salexx156, CC BY-SA 4.0

O Mercedesie CLS powiedziałbym, iż staje się coraz bardziej proporcjonalny z generacji na generację. Z kolei BMW serii 4 i 6 Gran Coupe pokazują, jak dobrym punktem odbicia dla tego typu pomysłów jest historia marki radzącej sobie z projektowaniem drapieżnie wyglądających dwudrzwiowych sedanów. CLSowi, CLA i Gran coupe służy oczywiście także obecny w tradycji Mercedesa i BMW zwyczaj budowania coupé pochodzących od sedanów (od CLK i serii 4 po klasę S coupé).

Fot. Vauxford, CC-BY-SA-4.0

Ewolucja od klasycznej limuzyny do pojazdu wciąż czterodrzwiowego, ale mocno inspirowanego coupé przebiega znacznie płynniej niż próby rozwijania spłaszczonego auta sportowego, mającego wyraźnie zarysowaną sylwetkę typu klin (o przodzie niższym niż tył) w sedana.

Dziennikarze lubią nazywać smukłe coupé o niskim przodzie „płaszczkami”. Swoje oficjalne nazwy wzięły od tych zwierząt Corvette Stingray czy (mniej spłaszczony niż choćby późniejsza Calibra) Opel Manta. Mureny to zupełnie inna, niezaliczana do płaszczek, rodzina ryb, ale i Matra Murena stanowi przykład auta o wręcz szpiczastym przodzie i dość wyraźnie wyższym od niego tyle.
Ciekawym eksperymentem myślowym byłoby wyobrażenie sobie sedanów opartych o rzeczoną Matrę Murenę

Fot. Guy2000, CC BY-SA 4.0

… czy o Toyotę MR2.

Fot. Alexander Migl, CC BY-SA 4.0

Celowo wybrałem małe coupé nawiązujące do supersamochodów. Im bardziej wyraźny klin, tym trudniej.

Ferrari produkuje auta supersportowe oraz super-GT takie jak 456 oraz 550 Maranello. I nawet w super-GT stosuje spadziste przody.

Fot. Guibo, GNU General Public License

Linia boczna supersamochodu lub nawet super-GT to rzut na płaszczyznę dwóch lub trzech brył. Można ją opisać jako zbudowaną wokół następujących figur (oczywiście wyoblonych):

  • trapezu prostokątnego z bardzo krótkim przednim bokiem, wyglądającego prawie jak trójkąt (do słupka A)
  • prostokąta (od słupka A do słupka B)
  • trapezu dość podobnego do tego z przodu lub wręcz trójkąta (w przypadku fastbacków- wtedy możemy powiedzieć, że wspomniany trójkąt łączy się ze środkowym prostokątem w jeden trapez, a auto jest dwubryłowe).

„Samochód jednobryłowy” kojarzy nam się z minivanem lub Twingo, ale idealny przód supersamochodu lub super-GT mocno zbliża takie auto do „jednobryłowości” (mniej widocznej, gdyż przednia szyba jest dużo mocniej pochylona).

Natomiast naprawdę elegancki sedan, choćby i najbardziej usportowiony powstaje po prostu wokół trzech prostokątów, z których pierwszy i ostatni mają dość podobną wysokość. Jeśli ma drapieżnie wyglądać, to jest po prostu niski. Skoro drapieżnie- spójrzmy na Jaguara XJ X300.

Fot. GPS 56, CC BY 2.0

Paradoksalnie, wzorzec dla limuzyny Ferrari mogłaby zatem stanowić rodzina klasyków z Maranello tworzona przez 365 GT4 2+2, 400 i 412. Klin jest tu na tyle subtelny, że można by dodać drugą parę drzwi bez większego naruszenia proporcji.

Fot. Charles01, CC BY-SA 3.0

Tymczasem po Luce wyraźnie widać, że styliści największe zmagania toczyli nie tyle z zadaniem stworzenia „Ferrari epoki Elona Muska i chińskich aut elektrycznych” co po prostu z tematem trójbryłowego Ferrari. Szukano sposobów, by linia boczna superdrogiego sportowego samochodu przyszłości nie załamywała się jak w Renault Thalii. Albo i gorzej, bo nie na styku brył drugiej i trzeciej, a już przy słupku A. Stąd ten „dwuwarstwowy” przód, który ma tworzyć wrażenie „ostrego nosa” a zarazem jakoś komponować się z wysokim tyłem.

Spoglądam znów na zdjęcia 365 GT4 2+2 i jego następców. Układam sobie w głowie to, jak silną tradycją Ferrari jest reinterpretacja sprawdzonych motywów i jak ciepło przyjęto hołd oddany 365 GTB/4 (czyli Daytonie) przez stylistów 12Cilindri.

Mam odczucie, że wzięty z branży IT projektant Luce wyważał otwarte drzwi.

Andrzej Szczodrak

A gdybym tak … oddał Wam Motofikcję?

Uważacie, że Ferrari F40 to prawdziwa motoryzacyjna ikona? Tak samo myśli zapewne Samir Sadikhov, który jakiś czas temu zaprezentował swoją wizję nowej wersji tego auta:

Wizualizacja nawet ładna, ale pan Sadikhov ma szczęście, że żyjemy w kulturze obrazkowej. Gdybyśmy mniej patrzyli, a więcej czytali i analizowali, usłyszałby proste pytanie:

Co? Jakie F40?!

Cała zabawa z nazwą „F40” polegała przecież na tym, że Ferrari uczciło tym modelem swoje czterdziestolecie. Zaś w roku prezentacji F50 firma obchodziła, a jakże by inaczej, pięćdziesiąte urodziny.

Jaki sens miałoby nowe F40? Cóż, mam taką wadę, że czytam, co wpadnie mi w ręce. Z jakiegoś tygodnika telewizyjnego pamiętam zatem wypowiedź Jennifer Grey, iż nie powinno się tworzyć drugiej części „Dirty Dancing”, bo tylko raz w życiu traci się niewinność. Nawet chciałem dla Was znaleźć źródło, ale trafiłem tylko na bloga http://dirty-dancing-analysis.blogspot.com, na którym ktoś bardzo poważnie analizuje, do czego tak naprawdę doszło między głównymi bohaterami. Cóż. Może poprzestańmy na faktach, o których można przypomnieć nawet nieletnim widzom i czytelnikom:

40 lat kończy się RAZ w życiu.

Oczywiście, za trzy lata może sobie powstać Ferrari F75 nawiązujące stylem do F40. Ale liczba „40” będzie do niego pasowała, jak piosenka „Honest” do roli hymnu polskich polityków.

Błąd stylisty z Azerbejdżanu to dobra okazja, by zdać sobie sprawę, że tworzenie samochodu lub motocykla to coś jeszcze bardziej zespołowego, niż nam się wydaje. Na naszą wyobraźnię działają styliści i inżynierowie (oraz postacie takie jak Jean Bugatti, łączący umiejętności z obu dziedzin), ale zanim jedni i drudzy wezmą się do pracy…

ktoś musi poddać pomysł.

Na przykład człowiek, którego stanowisko nosi urzędniczo brzmiącą nazwę „dyrektor ds. przygotowania produktów”, którą zaczerpnąłem z książki Christophe’a Midlera „Zarządzanie projektami. Przykład samochodu Renault Twingo”. Choć przecież świat motoryzacji zna bardziej romantyczne historie, jak na przykład ta o dziennikarzu Bobie Hallu, który wymyślił Mazdę MX-5. Gdyby ktoś kazał wybrać największe osiągnięcie dziennikarstwa motoryzacyjnego, to rysunek wykonany na serwetce przez pana Halla ważyłby dla mnie więcej niż cała półka płyt z „Top Gear” i „Grand Tour”.

Także w Polsce mamy dziennikarza, który tworzył … ludzi kreujących nadwozia i wnętrza aut. Wojciech Sierpowski organizuje konkursy dla rysowników i spotkania z zawodowymi projektantami. Ma spory wkład (https://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/producenci/news-kamil-labanowicz-polak-ktory-zaprojektowal-audi,nId,2182272) w to, że Polska, mimo braku własnego producenta aut osobowych, wydała kilku cenionych w branży stylistów.

W dzieciństwie chciałem być jednym z nich. Mogłem nawet uwierzyć, że mam intuicję. Wpadłem bowiem na pomysł minivana na podstawie Fiata Bravo, a potem przeczytałem w „Auto Świecie”, iż takie auto naprawdę powstanie. Notatce na ten temat towarzyszył rysunek przedstawiający coś w stylu skróconej i podwyższonej Marei Weekend. A potem Włosi postanowili, że minivan nie będzie podobny do swej „rodziny” z segmentu C i D (moim zdaniem jednej z najpiękniejszych w historii), czyli do Bravo i Marei. Pokazali auto ładne na swój bardzo oryginalny i kontrowersyjny sposób- Multiplę.

Ale skoro spotykamy się na Motofikcji i mamy tu cykl „Pojazd, którego brakuje”, to może zainspirowałbym się dokonaniami pana Sierpowskiego i powiedział, że

CZAS NA WAS!
Nadal zamierzam opisywać maszyny, które nie istnieją, a powinny. Niedługo dostaniecie teksty:

  • o tym, dlaczego powinien istnieć elektryczny Honker
  • o segmencie, w który po prostu musi wejść Dacia
  • o niepowtarzalnej szansie, by Toyota odpowiedziała na Hondę E powrotem tylnonapędowej „Starletki” (bo jak można nie kochać filmików o rajdowej edukacji Kallego Rovanpery?).

Ale od dziś Motofikcja to też szansa dla Was. Widzę to tak:

  • wysyłacie do mnie na adres mailowy editor@motofiction.eu swoją ideę samochodu lub motocykla, który powinien powstać,
  • na każdy pomysł odpiszę. Niektórych autorów będę się starał ukierunkować. Innym wyślę maila pewnego pochwał, ale to oczywiście nie będzie koniec bo …
  • wśród stylistów biorących udział w wydarzeniach organizowanych przez MAS Auto (firmę pana Wojciecha Sierpowskiego) oraz na portalach takich jak behance.net będę znajdował twórców, którzy zwizualizują Wasze idee
  • a gdy opis i projekt będą gotowe, roześlę informacje prasowe (oczywiście z nazwiskiem Autora danej koncepcji) do największych motoryzacyjnych portali newsowych, takich jak Motor1.com, Carscoops.com i Jalopnik. Zwrócę się też do o komentarz do działu PR marki, do której skierowany będzie Wasz pomysł.
  • Kto wie? Może lawina komentarzy na portalach sprawi, że ktoś z Was znajdzie zatrudnienie w dziale ds. przygotowania produktów dużego koncernu i zrobi w nim błyskotliwą karierę. A może wśród Czytelników tego tekstu jest osoba, która kiedyś doradzi chińskiemu inwestorowi odbudowę polskiej marki samochodowej?

Andrzej Szczodrak