Już prawie każdy, kto interesuje się motoryzacją wypowiedział się na temat (mniej lub bardziej ustawionego) sporu Motobiedy i Złomnika rozpoczętego oskarżeniem o nakaz łagodzenia krytycznych opinii w Autoblogu. Zasada dziennikarstwa jest jasna „nie dać się kupić” (chyba że ktoś prowadzi relację ze zlotu tuningowego, wtedy litera „k” traci na znaczeniu). Zasada wielu rynków medialnych, w tym polskiego, też jest dość widoczna: „Teoretycznie dziennikarz jest niezależny, kiedy nic na niego nie wpływa. Kiedy dziennikarz stara się być niezależny, do niezależności dąży również konto bankowe dziennikarza”.
Wiele osób wierzy, że jeśli dziennikarz dodaje do nazwy swojego zawodu określenie „motoryzacyjny” (tudzież „samochodowy”, „motocyklowy” lub „samochodowo-motocyklowy”), niejako podpisuje dodatkowe zobowiązanie do naśladowania Jeremy’ego Clarksona. Zaś Clarkson słynie z pisania o układach kierowniczych wykonanych ze słodkiej pianki i z konstatowania, że w akurat tej włoskiej ślicznotce się nie zakochał. A w głowach medialno-motoryzacyjnych nerdów siedzi jego zdanie „Musicie postrzegać nową Alfę lub jakikolwiek inny samochód, jako narzędzie, dzięki któremu powstanie fragment waszej prozy”.
Z drugiej strony, ten sam Jeremy Clarkson uczynił mnóstwo osób fanami motoryzacji. I, przede wszystkim, żyje w innej kulturze, współtworzonej np. przez Latający Cyrk Monty Pythona. Brytyjczycy więcej rzeczy niż my wyśmiewają i więcej otwarcie piętnują. Można czasem trochę tego stylu bezpośredniej krytyki pożyczyć, i to nie od samego Clarksona, a od jego mistrzów. Przykładami są teksty „Głaskanie psa” o Porsche Panamerze i „Votum separatum” o Alfie Romeo Giulii napisane przez Piotra R. Frankowskiego. Ogólnie jednak nie żyjemy w kraju, w którym kibole cytują Joy Division (tak, fani Manchesteru United śpiewali „Giggs, Giggs will tear you apart, again”). Kiboli mamy jeszcze prostszych, za to środowisko motoryzacyjne- trochę bardziej dyplomatyczne.
Czy to drugie zjawisko jest złe? I tak, i nie.
Umiejętność korzystania z hamulców nie szkodzi, a pobudza kreatywność. Z napisaniem, że samochód jest „dla spokojnych kierowców”, a nie po prostu „mało dynamiczny” łączy się wiara w inteligencję Czytelników, którzy i tak porównają teksty i znajdą dopasowany do nich pojazd. Poza tym, na taką dyplomację można patrzeć również jak na realizację hasła Yutaki Katayamy „Love Cars, Love People and Love Life”. Wszystkie samochody i motocykle są fajne, tylko nie wszystkie realizują wybrane potrzeby. I aż mi głupio, że Motofikcja jest jedyną stroną w sieci, na której zachowała się wypowiedź Piotra R. Frankowskiego z kapitalnego wywiadu dla Autogaleria.pl „Ja kocham wszystkie samochody. Nawet te najbardziej dziwaczne. Z jazdy niemal każdą maszyną można czerpać mnóstwo przyjemności. Pseudo-dziennikarze, którzy twierdzą, że nie będą jeździć niczym poniżej Mercedesa nie są prawdziwymi fanami motoryzacji”.
Niestety, jesteśmy kulturą motoryzacyjną, która ma pamięć złotej rybki.
Tak, należy krytykować różne aspekty samochodów i motocykli. Tak, zasady dziennikarstwa powinny być klarowne. Ale na naszym rynku częścią tej gry jest dyplomacja, która nie musi oznaczać kłamstwa.
Poza tym, od dziennikarzy wypierających z pamięci, że „pracownicy importera, a często nawet handlarze w komisie to fani motoryzacji, jak ja. Muszę wskazywać słabości ich oferty, ale jednak z jakimś wyczuciem”, zdecydowanie wolałbym publicystów samochodowo-motocyklowych pamiętających, że miłośnikami motoryzacji jest też większość Odbiorców.
Co to znaczy? To:
Chcecie być „wojującymi piórami”? A, proszę bardzo! Są aktywiści miejscy, są politycy bez wyobraźni, jest lobby IT mówiące, że będziemy bezpieczniejsi, gdy wszystkie pojazdy będą autonomiczne.
Trudni przeciwnicy? Boicie się kolegów i koleżanek z redakcji społeczno-politycznej za ścianą? Jak mi przykro…
A samochody i motocykle są po to, by czerpać radość z jazdy nimi, a niekoniecznie po to, by jeździć po nich.
Andrzej Szczodrak





