Nazwij to, jak chcesz: Fiat Multipla

Fiat 500L

(Fot.: NRMA Motoring and Services)

W cyklu „Nazwij to, jak chcesz” zamierzam pokazywać paradoksy samochodowego nazewnictwa. Zagoszczą tu m.in. Skoda Rapid wracająca jako liftback, Fiat 500 z 1991 roku i inne tego typu zjawiska.

Wczoraj przypominałem, że Multipla mogła wyglądać jak podwyższona Marea, a tymczasem w Internecie rozhulało się coś, co niedługo będzie nosiło nazwę „The Multipla Meme”. Chodzi o agresywnie wyglądające Multiple z różnymi przodami.

Wreszcie okazało się po co są komputerowe programy graficzne- to jedyne narzędzie, którym można  obrobić Multiplę tak, by później nie zastanawiać się, komu ją podrzucić.
Tymczasem umyka nam jeszcze jedno spostrzeżenie. Powrót do nazwy „Multipla” w 1998 r. nie był uzasadniony. Pierwsza Multipla należała do rodziny 600-tki, więc więcej wspólnego niż jej rzekomy następca miał z nią wprowadzony w 2003 r. Fiat Idea. Gdyby przy tworzeniu nazewnictwa aut kierowano się żelazną logiką, to minivan na bazie Fiata Bravo mógłby nosić miano Fiat Pazzo (przesadzam, na „szalonego” jednak by się nie odważyli) lub choćby, w nawiązaniu do modelu 527, Fiat Ardita (a to kojarzy mi się z ciekawym opowiadaniem F. F. Fitzgeralda pt. „Przybrzeżny pirat”) . Na auto zasługujące, by wrócić do nazwy „Fiat Multipla” czekalibyśmy do 2012 roku.
Wtedy to tradycję Fiata 600 Multipla mógłby kontynuować Fiat 500 Multipla. Żadne tam 500L.

Andrzej Szczodrak




Pojazd, którego brakuje: współczesny krążownik szos

Cadillac_Sedan_De_Ville_1959

(Fot: Lars-Göran Lindgren)

Motofikcja rozpoczyna dziś nowy cykl: PKB, czyli Pojazd, którego brakuje. Nie zawsze chodziło będzie o następców legendarnych modeli. Mimo powszechnej „crossoveryzacji”, czyli rynku zdominowanego przez motoryzacyjne mieszańce (bo tak należałoby tłumaczyć słowo „crossover”), czasami można odnieść wrażenie, że do zagospodarowania są całe nowe segmenty.

Nie wszyscy pamiętają, ale zanim Fiat pokazał uroczego na swój sposób motopłaza i ogłosił go seryjną Multiplą, w pismach jako zapowiedź kompaktowego minivana z Turynu rysowano … coś w rodzaju krótszej i wyższej Marei Weekend. Wtedy, jako nastolatek, myślałem „a może ktoś połączyłby minivana i terenówkę”. Powstał Scenic RX4, ale jeszcze ważniejsze jest to, że teraz nawet Skoda Yeti przepojona jest „minivanową filozofią”.

Krótko mówiąc: jeśli myślicie, że jakaś, dziwna z dzisiejszej perspektywy, klasa pojazdów mogłaby wnieść coś ciekawego do motoryzacji, to prawdopodobnie macie rację.

Wczoraj była rocznica śmierci Króla Elvisa, toteż dziś możemy pomarzyć o prawie zwykłym sedanie lub bazującym na nim kabriolecie.
Sedan jest „prawie zwykły”, bo inspirujący się twórczością Harleya J.Earla styliści dodali mu skrzydeł i ukształtowali przód godny Christine. Całość prosi o podróż rodem z powieści Jacka Kerouaca „On the road”, choć jej bohaterowie jeździli autami starszymi, niż te, które kojarzą się z wyrażeniem „krążownik szos”.

Sedan jest współczesny. Bądźmy realistami, ma nawet wyklinaną przez fanów wersję z silnikiem diesla. Ale nie jest ona jedyną, i w czasach, gdy o sentyment Europejczyków walczą Mini oraz Fiat 500, on prezentuje retro  w wydaniu najbardziej wytęsknionym. Krągłości, V8 i rock and roll.

Obecnie Europejczycy sięgają po retro w sposób wykalkulowany. Japończycy mają retro we krwi (co wyrazili choćby poprzez Daihatsu Copen pierwszej generacji), a Amerykanie w komisach i na aukcjach. Jeśli chcą krążownika, po prostu kupują auto sprzed lat.  Nawiązania do klasyki to domena muscle cars. Szczytem fascynacji przeszłością jest wyprodukowanie „a’la hot-roda” takiego jak Chevrolet SSR czy Chryslerowskie Prowler (na zdjęciu poniżej) i PT Cruiser.

1024px-2008-10-05_Red_Plymouth_Prowler_at_South_Square

(Zdjęcie: Ildar Sagdejev)

Jednak gdyby obok, skądinąd ciekawych, współczesnych Cadillaców stanął model wzorowany na krążownikach sprzed lat …
Mógłby czynić w głowach Europejczyków podobne spustoszenie, jak wiadomy system polityczny na Kubie.

Andrzej Szczodrak




Tuningowo-customowa Multiliga

Moja dzisiejsza motoryzacyjna fantazja jest konkretną propozycją dla polskiego środowiska miłośników zmodyfikowanych aut. Myślę, że pomysł może przydać się również motocyklistom zainteresowanym customami, cafe racerami oraz innymi maszynami poddanymi przeróbkom.
Spotykamy się na zlotach takich jak DUB IT!, MajóVWka czy Germanfest oraz na spotach. Na większości z tych imprez przyznaje się nagrody. Są one częściowo kwestią danej chwili: oceniającym podoba się pojazd X w otoczeniu Y. Jurorzy przebiegają zlotową halę lub plac, by później docenić tych uczestników, którym udało się zatrzymać ich uwagę na trochę dłużej. Choć jurorami są zazwyczaj prawdziwi eksperci, na ich decyzję wpływa również sposób wyeksponowania danego pojazdu.

Co należałoby zrobić, by przenieść rywalizację na jeszcze wyższy poziom?

Moim zdaniem warto byłoby potraktować puchary i dyplomy jak … zwycięstwa w pojedynczych rundach Rajdowych Mistrzostw Świata. Dlaczego Rajdowych? Dlatego, że w Grand Prix Formuły 1 nie ma  Super Stages pozwalających na zdobycie dodatkowych punktów.
System podliczania wyników powinien być nawet bardziej skomplikowany od tego rajdowego, bo „Mistrzostwa Europy” w postaci imprez dla poszczególnych marek należałoby połączyć z „Mistrzostwami Świata”, czyli spotkaniami, na które zaproszeni są właściciele wszystkich ciekawie zmodyfikowanych pojazdów. Warto też zainspirować się spostrzeżeniami z dziedziny … piłki nożnej. Czempionat Starego Kontynentu jest turniejem trudniejszym niż mundial, na którym obowiązuje „parytet” dla słabszych piłkarsko regionów. Na Germanfeście lub VAG Event decydują szczegóły, podczas gdy np. na DUB IT! auto w stylu stance rywalizuje z samochodem przerobionym dla poprawy osiągów.
Po pierwszym sezonie multiligę należałoby rozbudować również o przeliczniki, wynikające z liczby imprez dla poszczególnych marek i kategorii aut lub motocykli. Na początek spróbujmy jednak nakreślić ogólne zasady:

Ogólnopolski zlot specjalistyczny dla określonej marki lub/i określonego stylu (VAG Event, Germanfest, Cultstyle.pl itp.):

Nagrody główne: +28 punktów
miejsce w TOP 3: +20 punktów,
TOP 5/TOP 6: +15 punktów
TOP 10: +10 punktów
TOP 15/TOP 16: +8 punktów

Nagroda od określonej ekipy (np. DreamVAG, NordVAG, Szanuj-sie.pl): +5 punktów

Najniższe auto zlotu, Best Detailing, Felga zlotu, Najciekawsze wnętrze:

I Miejsce: +7 punktów
II Miejsce: +5 punktów
III Miejsce: +3 punkty

 

Ogólnopolski zlot ogólnotuningowy (np. DUB IT!, Best OF, Zloty Tuning Kingz):

Nagrody główne: +25 punktów
miejsce w TOP 3: +18 punktów,
TOP 5/TOP 6: +12 punktów
TOP 10: +10 punktów
TOP 15/TOP 16: +8 punktów
W przypadku gdy nie ma „klasyfikacji generalnej”, a występuje podział na dwie kategorie (np. Oldschool/Newschool), wyróżnionym w każdej z nich przyznaje się pełną liczbę punktów (25 pkt. za nagrodę główną)

 

Nagroda od określonej ekipy (np. DreamVAG, NordVAG, Szanuj-sie.pl): +4 punkty

Najniższe auto zlotu, Best Detailing, Felga zlotu, Najciekawsze wnętrze:

I Miejsce: +6 punktów
II Miejsce: +4 punkty
III Miejsce: +2 punkty

 

 

Lokalny zlot ogólnotuningowy:

Nagrody główne: +18 punktów
miejsce w TOP 3: +12 punktów,
TOP 5/TOP 6: +10 punktów
TOP 10: +7 punktów
TOP 15/TOP 16: +5 punktów

Nagroda od zaproszonej ekipy (np. DreamVAG, NordVAG, Szanuj-sie.pl): +3 punkty

Najniższe auto zlotu, Best Detailing, Felga zlotu, Najciekawsze wnętrze:

I Miejsce: +4 punkty
II Miejsce: +2 punkty
III Miejsce: +1 punkt

Lokalny zlot specjalistyczny:

Nagrody główne: +15 punktów
miejsce w TOP 3: +10 punktów,
TOP 5/TOP 6: +8 punktów
TOP 10: +6 punktów
TOP 15/TOP 16: +4 punkty

Nagroda od zaproszonej ekipy (np. DreamVAG, NordVAG, Szanuj-sie.pl): +3 punkty

Najniższe auto zlotu, Best Detailing, Felga zlotu, Najciekawsze wnętrze:

I Miejsce: +3 punkty
II Miejsce: +2 punkty
III Miejsce: +1 punkt

Rywalizacja o wygraną w takiej „generalce” może być dodatkową motywacją przy przygotowaniu aut (i motocykli typu custom lub cafe racer) do kolejnych imprez. Oczywiście warto pamiętać, że choć każdy chce być doceniony, zloty to przede wszystkim spotkanie z ludźmi dzielącymi naszą pasję oraz świetna zabawa. I tak pozostanie, także jeśli zdecydujemy się prowadzić multiligę.

Andrzej Szczodrak




Obywatel Kierowca

Fantazja

Pan Adam zjechał na miejsce wskazane mu przez policjanta.
– Starszy aspirant Tomasz … .
Nazwiska pan Adam nie dosłyszał. Funkcjonariusze zwykle wymawiają je bardzo szybko.
Po sprawdzeniu dokumentów, kontroli trzeźwości oraz pytaniu o gaśnicę i trójkąt ostrzegawczy, policjant wręczył panu Adamowi książkę Sobiesława Zasady „Szybkość bezpieczna”*.
– Panie Adamie, oto nagroda ufundowana przez sponsorów akcji „Obywatel Kierowca”. Jest pan jednym z nielicznych kierujących, którzy nie przekraczają prędkości w tym miejscu. W ramach naszej akcji organizowanej wspólnie z Polskim Związkiem Motorowym, Polskim Stowarzyszeniem Kierowców oraz innymi społecznościami ma pan też prawo wyrazić opinię o stojącym tu ograniczeniu, oznakowaniu w naszym mieście oraz ogólnokrajowych limitach prędkości.
Po tych słowach policjant wręczył panu Adamowi ankietę. Pytań było sporo. Pierwsze weryfikowało to, czy kierowca był świadomy ograniczenia, do którego się zastosował, czy też z zasady jeździ z prędkością ok. 60 km/h.
Ostrożność pana Adama wynikała między innymi z faktu, że odwiedzał tę część Śląska po raz pierwszy. Miejscowi przy ustawionym poza obszarem zabudowanym ograniczeniu do 60 km/h jeździli ok. 20 km/h szybciej. Do pewnego momentu policjanci przymykali na to oko**. Później naciski przełożonych spowodowały, że zaczęli to ograniczenie egzekwować.
Przyszedł jednak moment, gdy w całym kraju diametralnie zmienił się sposób myślenia o oznakowaniu dróg.
Zaczęło się od współpracy Polskiego Związku Motorowego i Polskiego Towarzystwa Kierowców. Organizacje te postanowiły zaprosić do formalnych struktur niezliczone kluby miłośników poszczególnych aut i motocykli oraz grupy fanów youngtimerów. Osoby zajmujące się wyszukiwaniem nieformalnych społeczności pracowały dniami i nocami. Klubom przedstawiano zróżnicowaną ofertę. Mogły zakładać koła w istniejących już automobilklubach lub sekcje w Polskim Towarzystwie Kierowców. Mogły też zarejestrować stowarzyszenie, a następnie przyjąć zaproszenie do PZM. Z klubami, które chciały być niezależnymi stowarzyszeniami oraz ze społecznościami motoryzacyjnymi mającymi już osobowość prawną podpisano umowę tworzącą „Ogólnopolski Ruch Na Rzecz Kierowców Samochodów i Motocykli”.
Z inicjatywą wspieraną przez ponad 6 milionów obywateli zaczęli liczyć się politycy. Nie mogła się już powtórzyć sytuacja, w której przed wyborami prezydenckimi na pytania Polskiego Towarzystwa Kierowców odpowiedział jeden, sceptyczny wobec demokracji, kandydat***.
Doszło wręcz do tego, że w zwykłym, partyjnym a nie „technicznym” rządzie znalazło się miejsce dla Ministra Transportu niepochodzącego ze zwycięskiego ugrupowania, ale wspieranego przez zjednoczone społeczności motoryzacyjne.
Minister ten ogłosił, że oznakowanie dróg powinno stać się przedmiotem „nowej umowy z obywatelami”:
„Praktyka pokazała, iż polski kierowca nie wierzy w stawianie znaków przez ekspertów, którzy nie muszą się nikomu tłumaczyć. Słusznie piętnowane w mediach tradycyjnych i internetowych absurdy faktycznie sprawiały, że trudno było mieć zaufanie do działalności instytucji państwowych. Żyjemy w demokracji liberalnej. Do tej pory jednak nie widzieliśmy na drogach ani liberalnego podejścia polegającego na regulowaniu tylko tego, co jest konieczne, ani demokratycznego wsłuchiwania się w głos wyborców. Pragniemy to zmienić dlatego wspólnie z organizacjami miłośników motoryzacji prowadzimy akcję . Ma ona na celu zawarcie nowej umowy z prowadzącymi pojazdy. Jesteśmy przekonani, że każdy odpowiedzialny człowiek będzie przestrzegał prawa, w którego ustaleniu wziął udział. W ten sposób zyskamy mandat, by skutecznie, mocnymi środkami egzekwować przepisy.
Pracujemy także nad rozporządzeniem zobowiązującym wszystkie zarządy dróg podlegające samorządom, by w swoich Biuletynach Informacji Publicznej umieszczały uzasadnienie dla zastosowanego oznakowania. Zarządy te powinny także, podobnie jak Generalna Dyrekcja Dróg i Autostrad****, udostępnić formularze pozwalające obywatelom na zgłaszanie nieprawidłowości. Będą też zobligowane do publikowania odpowiedzi na wnioski.”.
„Po takich słowach ministra obawiam się, że zabraknie nam tematów do felietonów”- powiedział jeden z redaktorów pism motoryzacyjnych.

Fakty:

Andrzej Szczodrak




Trochę moto-prawdy, czyli jak szybko zostać dziennikarzem motoryzacyjnym- część II

Jak już napisałem w poprzedniej części poradnika o zawodzie dziennikarza motoryzacyjnego, wystartować z pisaniem nie jest, wbrew pozorom, trudno. Wystarczy zapomnieć o założeniu, że nasza przygoda powinna zacząć się od „testówek”.

A czy w ogóle je dostaniemy?

Zależy to od medium, w którym stawiamy pierwsze kroki. W piśmie zajmującym się wyłącznie motorsportem („WRC”, „RALLY and RACE”) można podszkolić warsztat. Jeśli jednak chcemy poznawać nowe pojazdy, z czasem należy zacząć współpracować z co najmniej dwoma wydawcami. Jest to krok ku wykonywaniu zawód dziennikarza motoryzacyjnego bez godzenia go z inną pracą. Taka możliwość to ogromny sukces, osiągalny po dłuższym czasie.
Ciekawą drogą rozwoju jest pisanie dla kilku niszowych pism. Można lepiej poznać kolejną dziedzinę (auta ciężarowe, motocykle, jazda w terenie, czy nawet caravaning).
Wynagrodzenia nieznacznie lepsze niż w innych dziedzinach czekają na dziennikarzy zajmujących się rynkiem motoryzacyjnym, ale nie w aspekcie nowych pojazdów osobowych dla klientów indywidualnych. Branża TSL (Transport Spedycja Logistyka) nadal się rozwija, co może przekładać się na popularność pism i programów skierowanych do kierowców pojazdów ciężarowych oraz do osób prowadzących firmy transportowe. Dla dystrybutorów nowych aut bardzo ważne są floty, więc media koncentrujące się na tym temacie również mają perspektywy rozwoju.
Niska sprzedaż samochodów w salonach w mniejszym stopniu uderza też w pisma dla warsztatów. Istnieje również miesięcznik skierowany do samych dealerów. Mimo iż jego odbiorcy poruszają się po trudnym rynku, może on dawać ciekawe perspektywy rozwoju.
Jeden z moich kolegów chwali sobie współpracę z … miesięcznikiem łowieckim, w którym znalazło się miejsce dla używanych przez myśliwych aut.
Pieniądze są tam, gdzie dają je reklamodawcy. Pisma o nowych samochodach liczą głównie na przedstawicielstwa koncernów motoryzacyjnych. Te jednak przy obecnych wynikach sprzedaży nie mają zbyt wiele funduszy na promocję. Niestety sytuacja ta uderza rykoszetem także w inne media samochodowe np. poświęcone tuningowi lub klasykom. Są one wydawane zazwyczaj przez osoby przyzwyczajone do importerów jako do głównych partnerów. Obecnie takie przyzwyczajenie oznacza kłopoty.

Podsumowując:

Pieniądze:

Po jakimś czasie, przy dużym zaangażowaniu można dojść do zarobków osiąganych np. przez programistów w ich drugiej pracy. Niestety mam na myśli programistów, którzy rozwijają się dość powoli. I dziennikarzy, którzy naprawdę umieją sprzedawać swoją twórczość.

Pojazdy testowe:

Dojście poprzez pracę ze społecznościami motoryzacyjnymi do testowania aut lub/i motocykli możliwe jest w nielicznych redakcjach. Zachęcam Czytelników do współtworzenia tabeli na temat sytuacji w pismach i portalach.

Czasopisma i redakcje internetowe zainteresowane treściami dotyczącymi społeczności motoryzacyjnych

Uwaga: „druk + Internet”, to sytuacja, gdy strona internetowa jest serwisem z aktualnościami, a nie tylko wizytówką.
Serdeczne podziękowania dla Agnieszki Kujawy za cenne uwagi.

Pismo Medium Honorarium za teksty Dostęp do pojazdów testowych Częstotliwość wydawania Uwagi/Informacja o
rekrutacji
TRENDS Magazines Druk + Internet* Jest Możliwy, po pewnym czasie Dwa kwartalniki
GMagazyn Internet(wcześniej także druk) Portal aktualizowany 18.05.2015, ostatnie wydanie czasopisma 2/104
Wydawnictwo km/h (km/h, GT, Autostrada) Druk + Internet Jest
VOLXZONE Internet Brak Jest Dwumiesięcznik
Driver Druk Miesięcznik
TuningKingz Magazine Internet Brak Czasopismo internetowe
Selected Internet Brak Czasopismo internetowe
Scigacz.pl Internet Portal z codziennymi aktualizacjami
Motocyklista.info Internet Portal
Custom. Magazyn motocyklowy dla indywidualistów Druk Dwumiesięcznik
Chopper Magazin Druk + Internet Jest Miesięcznik http://www.choppermagazin.eu/
4x4SUV Internet(wcześniej także druk) Portal aktualizowany 23.04.2015, W 2014 pojawiły się trzy numery czasopisma
Quadzik Druk Miesięcznik
Espeedway.pl Internet Portal http://espeedway.pl/s,dolacz_do_nas,162.html
F1Racing Druk + Internet Jest Brak Miesięcznik
Drift Magazyn Druk (także w RALLY and RACE) + Internet Brak Wydawany w sezonie driftingowym
Polskikarting.pl Druk + Internet Brak Czasopismo z założenia wydawane jako miesięcznik. Współpracuje z „Przeglądem Sportowym”
Klasyczny.com Internet(wcześniej także druk wraz z RALLY and RACE) Brak Portal
ClassicAuto Druk Brak honorariów dla współpracowników Miesięcznik
Automobilista Druk Brak Miesięcznik
RALLY and RACE Druk + Internet Brak Kwartalnik
WRC Druk Brak honorariów dla współpracowników Brak Miesięcznik
RN Magazyn Rajdowy + rajdowenewsy.pl Internet +Druk Brak Portal + Dwumiesięcznik
Log24.pl + Truck & Business Polska + Flota Auto Biznes Druk + Internet Jest Jest Portal + Dwa kwartalniki
Ciężarówki Druk Miesięcznik
Samochody Specjalne Druk Miesięcznik http://www.samochody-specjalne.com.pl/index.php?pg=kontakt_onas&language=0
Polski Traker Druk Miesięcznik
Trailer Magazine Druk Miesięcznik
Polski Caravaning Druk+Internet Miesięcznik http://www.polskicaravaning.pl/pl/portal/kontakt
Auto Rok Druk Rocznik
Autofascynacje.pl + Polnocna.tv Internet Portal
Oktany- antropologia Maszyn Internet Portal + Czasopismo internetowe- (obecnie niewydawane)
Exoticcars.pl Internet Jest Portal
MotoCollection Internet Jest Portal
MotoTabu Aplikacja na tablety Jest Jest Czasopismo na tablety
Regimoto.pl +Media regionalne Druk + Internet Jest Jest Dzienniki z cotygodniową kolumną motoryzacyjną + portal
Auto Świat Druk + Internet Jest Jest Tygodnik + portal z codziennymi aktualizacjami Umieszczony ze względu na organizację konkursu dla fanklubów motoryzacyjnych

Andrzej Szczodrak




Dwa składniki- recenzja „Szybkich i wściekłych 7”

Tytuł serii „Szybcy i wściekli” zapowiada, ze każdy z tych filmów ma być zabawą naszymi wyobrażeniami o samochodach, a jednocześnie sprawnie zrealizowaną sensacyjną opowieścią. Dla większości fanów motoryzacji ważny jest tylko pierwszy z tych elementów.

„Szybcy i wściekli 7” jako film sensacyjny trochę zawodzi. Jasonowi Stathamowi powierzono postać, która ma być negatywnym odpowiednikiem Jamesa Bonda. Podkreślono to doborem aut- Maserati Ghibli i Aston Martin DB9. Z drugiej strony sam aktor uważa, że jego bohater musi różnić się od czarnych charakterów z serii o 007. Deckard Shaw nie jest zimnokrwistym potentatem, który chce okraść cały świat, a pełnym emocji mścicielem. W efekcie, choć pochodzący z Anglii aktor dobrze wywiązuje się ze swej roli, nie wykorzystano potencjału „wrednego brytyjskiego gentlemana”, który mógłby w większym stopniu operować ironią. Nie najlepiej napisano też wątek powrotu Letty. Michelle Rodriguez i Vin Diesel robią, co mogą jednak sceny mające wzruszać raczej śmieszą lub irytują.
To nieistotne. Najważniejszym źródłem wzruszeń jest tu pożegnanie Paula Walkera- aktora i fana motoryzacji, który grając Briana O’Connora współtworzył charakter serii „Szybcy i wściekli”.
W pożegnaniu tym istotną rolę odgrywa muzyka. Twórcy serii od początku byli pod tym względem dobrze przygotowani. Ścieżkę dźwiękową tuningu, obok głośnych układów wydechowych i rozmów o każdej części, jaką można znaleźć w samochodzie tworzą brzmienia związane z kulturą hip-hop.
Niezły poziom prezentują też zdjęcia. Mroczne sekwencje przeplatają się z wypełnionymi światłem.
Najważniejsze pytanie brzmi jednak: czy coś, co można nazwać „czynnikiem kultury motoryzacyjnej” utrzymano na odpowiednio wysokim poziomie? Moja odpowiedź jest pozytywna, choć nie bez zastrzeżeń. Duże wrażenie robią pomarańczowy Plymouth Road Runner, którym Dominic Toretto „gra w tchórza” z Deckardem Shawem oraz Chevrolet Caprice z finałowego pościgu. Oczywiście, w scenie odbijania hakerki Ramsey, zamiast podwyższonych muscle cars, mogły zagrać prawdziwe połączenia samochodu terenowego ze sportowym, takie jak Rally Fighter czy Bowler Nemesis. Z drugiej strony … w Polsce prędkość i zdolność pokonywania przeszkód łączy jeszcze inny typ samochodu- służbowy.
Do historii kina przejdą komputerowo zrealizowane skoki LykaNa Hypersport. Co ciekawe, amerykański serwis Carscoops zapytał fizyka o prawdopodobieństwo tej sceny. Specjalista odpowiedział, że choć samochód zapewne nie przetrwałby takiej ewolucji, uzyskanie nim odpowiedniej prędkości jest możliwe. Mnie do gustu przypadła … „jotka” (szybka zmiana kierunku jazdy o 180 stopni) wykonana potężnym Chevroletem Suburbanem.
Posługując się standardowym schematem oceny filmów, „Szybkich i wściekłych 7” należałoby opisać jako bardzo dobrze zrealizowany, ale przeciętnie napisany obraz sensacyjny. Osoby niebędące fanami motoryzacji mogą zadać pytanie „co wy w tym widzicie?”.
Zarówno w przypadku filmu, jak i samej jazdy, można to zrozumieć tylko z perspektywy fotela. Kierowcy lub kinowego.

Andrzej Szczodrak




Pożegnanie Clarksona (?)

Jeśli właśnie wypiliście tyle, co Jeremy Clarkson przed słynnym „fracas” z Oisinem Tymonem i koniecznie musicie zrobić coś głupiego, najprostsza recepta to napisanie epitafium dla kariery Brytyjczyka (o, już mamy przykład: Koniec obrażania w Top Gear. Clarkson zwolniony z BBC).

Wiemy, że nie poprowadzi już „Top Gear” w BBC, ale tak samo dobrze zdajemy sobie sprawę, że człowiek przynoszący zyski tego kalibru prędzej czy później szybko otrzyma jakąś ofertę.

Obniżka formy w kolejnym programie jest możliwa i niewykluczone, iż jest to jakiś tam „początek końca”. Na razie jednak zamykamy rozdział, ale książka jest otwarta.
Na ile ten rozdział był ostatnio ciekawy? Cóż, przychylam się do opinii, że przecież więcej można nauczyć się z „Wheeler Dealers” czy bardzo interesującej serii Alaina Cadeneta „Victory by design”, bogatszy opis świata motoryzacji widać w „Fifth Gear” a w poszukiwaniu przeżyć estetycznych i tak najlepiej przełączyć na „Chasing Classic Cars” z Wayne’em Carinim.
Spostrzeżenia te oczywiście nie oznaczają umniejszania wiedzy Clarksona, Hammonda i Maya. Umieją oni być ekspertami, postawili jednak na pomysłowość i przystępność.
W oglądaniu „Top Gear” źródłem miłego dreszczyku był fakt, że razem z nami, fanami wszystkiego, co ma silnik, program wytrwale obserwowali nawet ludzie uważający tematykę samochodów i motocykli za nudną.

Teraz będziemy tęsknić, aż do premiery następnego programu. Clarkson zapracował sobie na to wieloma rzeczami. Która z nich jest najważniejsza?
Pierwsza przychodzi na myśl błyskotliwość metafor. Te gęsie pióra łączące kierownicę z kołami, puddingi zamiast amortyzatorów, wnętrza urządzone przez napojonego herbatą z prądem Eskimosa (przepraszam, to tylko moje nawiązania do twórczości Mistrza), są czymś, co dobrze zapamiętamy. W tej dziedzinie faktycznie Clarkson ma niewielu równych sobie rywali. I żaden z nich nie trafił na swojego Andy’ego Wilmana.
Wrażenie robiło też połączenie merytorycznych informacji ze wspomnianą już zdolnością trafiania do osób niezainteresowanych samochodami i motocyklami. W coraz bardziej niesprzyjającym miłośnikom jazdy świecie(przeczytajcie choćby, co bredzi ten chory człowiek), półtoragodzinny program, w trakcie którego reszta ludzkości nas rozumiała była na wagę złota.
Moim zdaniem decydowało jednak coś innego. Zanim główny prowadzący Top Gear stał się powszechnie znany z niepokornego podejścia do politycznej poprawności jako takiej, był swego rodzaju rzecznikiem kierowców. Wydał m.in. wojnę medialną ministrowi Środowiska, Transportu i Regionów Johnowi Prescottowi (po zakończeniu kariery w rządzie, w czasie której był wielokrotnie obrażany przez Clarksona, gościł w 6 odcinku 16 serii „Top Gear”).
Dlaczego będziemy pilnie czekać na Jeremy’ego Clarksona? Bo iluż mamy dziennikarzy motoryzacyjnych, którzy wprost opowiadają się za liberalizacją ograniczeń prędkości? Bo trudno o kogoś, kto potrafi przed tak dużą publicznością wyśmiać osłabianie motoryzacji i lansowanie rowerów w imię walki z globalnym ociepleniem.
Będziemy czekać, choć sam Clarkson walczy już bardziej o prawo do dobrej zabawy i bycia dumnym Brytyjczykiem niż o dobro kierowców i radość z jazdy dla każdego, kogo na nią stać.
I trzymajmy kciuki, by miał następców, bo choćby przyszło stu Prescottów i wyprodukowało dwieście ustawowych gniotów, naprawdę groźni będą dopiero w połączeniu z autonomiczną zarazą rodem z Krzemowej Doliny.

Andrzej Szczodrak




Trochę moto-prawdy, czyli jak szybko zostać dziennikarzem motoryzacyjnym- część I

Dziennikarz motoryzacyjny to wbrew pozorom zawód pozwalający na wybór jednej z kilku specjalizacji.
Gdy zaczynasz marzyć o pisaniu na temat aut lub motocykli, myślisz o zostaniu ich recenzentem. Kimś, kto często kontaktuje się z działami PR firm motoryzacyjnych i odbiera od nich lśniące pojazdy.
I tu pojawia się mały problem. Tudzież dwa.
Pierwszy to fakt, że wielu ludzi ze względów finansowych nie może kupić nowego auta i nie ma potrzeby śledzenia salonowych nowości. Drugi to postawa części fanów klasyków, którzy programowo nie lubią nowych pojazdów.
Podsumowując: jest stale rosnąca grupa odbiorców, dla której chęć bycia na bieżąco z ofertą salonów to najmniej istotny aspekt fascynacji samochodami i motocyklami. Są oni zainteresowani czytaniem czasopism, ale nie tych wypełnionych wrażeniami z jazdy „testówkami” oraz zawierających jeden do kilku materiałów o praktycznych, rodzinnych samochodach używanych. Jako recenzent, nawet znakomicie przygotowany technicznie, piszesz o rynku motoryzacyjnym i rozmijasz się z większością ich oczekiwań. Oni zaś chcą skądś czerpać wiedzę o zjawiskach, które możemy nazwać kulturą motoryzacyjną, bądź mniej szumnie życiem społeczności motoryzacyjnych.
Oznacza to, że jest coraz większe zapotrzebowanie na dziennikarzy zajmujących się właśnie społecznościami. A jak zostać jednym z nich?
Krótko mówiąc: ruszyć się. W przeciwieństwie do autorów serwisu piłkarskiego Weszło jestem przeciwnikiem wulgaryzmów w tekście dziennikarskim, więc daruję sobie wskazywanie, którą to część ciała należy ruszyć. Ale można kliknąć, przeczytać i odnieść do motoryzacji: http://weszlo.com/2013/04/02/jak-co-wtorek-krzysztof-stanowski-11/.
Trochę pomogę: na początek dowiedz się, kto działa w funkcjonujących w Twoim mieście klubach zrzeszonych w PZM i poznaj strukturę tegoż PZMu.
Podstawowe wiadomości, jakie należy zdobyć przy okazji poznawania formalnych stowarzyszeń to lokalizacje oraz terminy tanich i dobrze zorganizowanych treningów sportu motorowego. Dla mieszkających w promieniu 200 km od Kielc mam prostą podpowiedź: Automobilklub Kielecki Oddział w Busku Zdroju (http://akobusko.fora.pl).
Konieczne jest też obejrzenie kilku amatorskich imprez. Przy odrobinie szczęścia można poznać zawodników, którym będzie się dziennikarsko towarzyszyć od KJS-ów do Mistrzostwa Polski lub trafić na naprawdę niezwykłe osobowości. Mnie na jednym z treningów udało się zasiąść obok Bartka Ostałowskiego. Obserwowałem też jak wybitny kartingowiec Karol Basz po raz pierwszy wystartował w amatorskim rajdzie.
Polecam też zrobienie kursu sędziowskiego. Z perspektywy punktu obserwacyjnego na trasie, sport motorowy wygląda czasem jeszcze ciekawiej.
To, co odbywa się w oficjalnie działających społecznościach, to jeszcze nie wszystko. Obok funkcjonuje masa klubów nieformalnych, zrzeszających miłośników pojazdów różnych marek. Zapomnij o jakichkolwiek uprzedzeniach. Jeśli wydaje Ci się, że fani motoryzacji nie jeżdżą Škodami, czy Oplami to znajdź odpowiednie forum i poznaj ludzi, od których najprawdopodobniej możesz się wiele nauczyć. Zresztą, zacytuję autorytet:

„Ja kocham wszystkie samochody. Nawet te najbardziej dziwaczne. Z jazdy niemal każdą maszyną można czerpać mnóstwo przyjemności. Pseudo-dziennikarze, którzy twierdzą, że nie będą jeździć niczym poniżej Mercedesa nie są prawdziwymi fanami motoryzacji”
(Piotr R. Frankowski w wywiadzie dla Autogaleria.pl)

Warto też wiedzieć, kiedy w Twoim mieście odbywają się t.zw. spoty. Jeśli masz to szczęście, że w Twoim regionie działa ruch Klasyki Nocą- pojedź koniecznie. W przypadku np. Lublina, czy Poznania możesz mieć noc z głowy. Spotkanie zakończy się zapewne przed 23.30, ale istnieją szanse, że będziesz je rozpamiętywać do rana.
Niezależnie od tego, jak ocenia się same wyścigi uliczne, dobrze jest wiedzieć, kto i kiedy organizuje je w naszym mieście. Choćby dlatego, że wśród ich widzów zdarzają się właściciele samochodowych i motocyklowych perełek. Czyli znajomi szczególnie cenni dla dziennikarza-specjalisty od społeczności motoryzacyjnych.
I na koniec: działania lokalne to początek. Umiejętnie korzystając z Internetu można dotrzeć do osób z całego świata, a przynajmniej poznać pasjonatów z całej Polski.
Przykłady docenianych w całym kraju dziennikarzy, którzy przeszli podobną ścieżkę rozwoju, to choćby głos polskiego driftingu, i legenda GT Łukasz Ptaszyński, znakomicie fotografująca Agnieszka Kujawa, obecna na wielu imprezach na Torze Poznań, prowadzący Złomnik i piszący dla „Motoru” Tymon Grabowski, Bartek Chruściński, który polemizuje ze mną na temat projektu Pawła Zareckiego, twórcy portalu GSMP.pl, współpracujący jako fotograf z przedstawicielstwami firm Mikołaj Urbański, czy ambitny i niezwykle kreatywny jeśli chodzi o porównania Patryk Bieliński z VOLXZONE.
Jest ona również udziałem moich kolegów z TRENDS, Łukasza Miturskiego i Piotra Błaszkiewicza, za których naprawdę warto trzymać kciuki.

Czy jest zapotrzebowanie odbiorców na takich dziennikarzy? Tak, naprawdę duże.
Na pytania takie jak „Czy mogę z tego wyżyć?”, „Czy dostanę testówki?” i „Dla kogo pisać?” odpowiem w drugiej części tekstu.

Andrzej Szczodrak




Nowy Polonez 2015 ma mikroskopijne szanse i … dużą rolę do odegrania. Dlatego trzeba go wspierać!

Wpis na temat nowego Poloneza wzbudził reakcję Bartłomieja Chruścińskiego z autofascynacje.pl.

Bartka znam i cenię od dłuższego czasu. W jego tekstach nie brakuje błyskotliwych fraz i trafnych spostrzeżeń.
Komentując na facebooku link do tekstu „Polonez 2015 Pawła Zareckiego- droga do produkcji?” Bartek uznał wizję gry komputerowej, która mogłaby „urodzić” fundusze na samochód za zupełne science fiction, a później rozwinął swe spostrzeżenia w felieton. W najważniejszym punkcie ma znowu rację.

Podsumujmy wnioski Bartka:

  1. Wejście Nowego Poloneza 2015 do produkcji jest niemożliwe
  2. Gdyby udało się wprowadzić auto pod tą marką, mogłoby ono być np. „crossoverem albo SUV-em napędzanym trzycylindrowym silnikiem 1.4 Turbo o mocy 90 KM i kosztującym przynajmniej 50-60 tysięcy złotych”
  3. Prawa do nazwy „Polonez” mogły zostać zachowane przez koncern Daewoo, lub należą do istniejącego jeszcze FSO
  4. Rozbudzanie oczekiwań grozi tym, że np. chińskie Chery może kiedyś pokusić się o badge-engineering jednego ze swych aut. Taki Polonez-nie-Polonez byłby niszczeniem tradycji.

Sądząc z tego, że Daewoo gwarantowało produkcję Poloneza tylko do 1999, a została ona podtrzymana dzięki przedłużeniu homologacji przez Ministerstwo Transportu, wątpliwość z punktu 3 można wyjaśnić na korzyść FSO.
Drugi z wniosków jest jednak hiperbolą. Fakt, logika przemysłu i rynku w zdecydowanej większości przypadków wygrywa z logiką kultury motoryzacyjnej. Rynek jednak wcale nie daje jednoznacznego sygnału, że wszystko musi być crossoverem lub SUV-em. Wystarczy spojrzeć na Nissana Pulsara. Bardzo ważne dla przemysłu motoryzacyjnego są też rozwijające się kraje azjatyckie, na których ulubionym typem nadwozia jest sedan. Nie ma co wieszczyć, że moda na SUVy skończy się tak, jak „minivanizacja” rynku samochodowego. Ale warto przypomnieć, że Seaty Leon i Toledo wróciły już z niszy do bezpiecznych form typowego hatchbacka i liftbacka.
Silniki 2.0 też mają się całkiem nieźle, choćby w Octavii.
Cóż, przyznaję: do punktu 1 dopisałbym tylko „niemal” lub „prawie”. Ogromnym osiągnięciem dla projektu Polonez 2015 byłoby … zatrzymanie się na etapie jeżdżącego prototypu. Już małoseryjna produkcja w jego wypadku to co najmniej karkołomne przedsięwzięcie. Musiałby być drogi, co jest sprzeczne z założeniami Twórcy.

Kluczowy jest jednak punkt 4, czyli pytanie jaki może być skutek podtrzymywania życia nazwy modelowej Polonez. Bo to już się Pawłowi Zareckiemu udało.
Marki i nazwy modeli w większym stopniu są częścią kultury motoryzacyjnej niż gospodarki. Choć rynkowo Polonez jest martwy, w tejże kulturze żyje nadal, a za sprawą mieszkającego we Włoszech stylisty przeżywa nową przygodę.
Czy Polonezowi powinny wystarczyć książki, modele w skali, programy telewizyjne i zloty pokazujące go tylko jako dobre wspomnienie?
Postawiłbym tezę, że właśnie wizje polskich amatorów designu, nawet niezrealizowane, lepiej uchronią go przed badge-engineeringiem. Projekt Pawła Zareckiego przypomina, iż Polonez powinien być tylnonapędowym polskim liftbackiem z charakterystycznymi szczebelkami w osłonie chłodnicy. Zachowując wszystkie proporcje, Bugatti EB110 w podobny sposób przypominało, że francuską markę należy przywoływać przy próbach tworzenia samochodu bijącego rekordy.
Może dzięki fantastom, którzy ponieśli zupełną rynkową porażkę z EB110, pomysł Ferdinanda Piecha otrzymał nazwę „Bugatti Veyron” a nie np. „Audi Avus”.
Paweł Zarecki wyświadcza dużą przysługę tym, którzy, cytując Tymona Grabowskiego ze Złomnika, „wolą Poldona od Veyrona”.
Nawet, jeśli jego projekt zatrzyma się na dużo wcześniejszym etapie niż EB110.

Andrzej Szczodrak