Left pedal, czyli jak lewicowcy robili program motoryzacyjny

4295367910_a8ba948079_o

Grafika: Kirill Proskurin (Oloremo)

Producent Anthony Dutyman rozejrzał się po małej salce, w której siedzieli zwycięzcy castingu. Mógł sobie pogratulować. Udało mu się zbudować zespół tak różnorodny, jak zachowania samochodu FSO Polonez w zakrętach, a przy tym nie zatrudnić większości obywateli Wielkiej Brytanii.

– Jak zapewne wiecie, tytuł naszego nowego wspaniałego lewicowego programu motoryzacyjnego to „Left pedal”- zaczął.

Iris, blondynka o twarzy surowej nauczycielki, spojrzała na niego ze zdziwieniem:

– Co takiego seksownego jest w sprzęgle?

– Oj, kochanie, gdybyś wsiadła ze mną do auta, chętnie bym ci to pokazał- mruknął pochodzący z Japonii drifter o wyglądzie informatyka.

– Cicho, Ken. Odpuść sobie ten seksistowski język- strofował japońskiego kolegę czarnoskóry Ralf.

Anthony westchnął.

– Czy wy naprawdę nie wiecie, na czym polega lewicowość? Nie chodzi o jakąś tam miłość do biednych, czy do mniejszości. Zrób listę rzeczy na które twoim zdaniem ludzie są za głupi. Im lista jest dłuższa, tym lepszym jesteś lewicowcem.
Popieramy skrzynie automatyczne, bo ludzie są za głupi na ręczne. Left pedal to hamulec a nie żadne cholerne sprzęgło! Ale fakt, oficjalna wersja mówi o sprzęgle, bo sprzęgło jest czymś, co łączy.

Zresztą zamiast dyskutować, powinniście uważnie słuchać, bo inaczej nigdy nie dowiecie się jak zdobyć 49 pieczątek potrzebnych, by wjechać na nasz tor.

– A może by to zdobywanie pieczątek uczynić elementem scenariusza?- zaproponował Jerry.

– Ciekawy pomysł chłopcze. Od początku mi się podobałeś- powiedział z entuzjazmem Anthony. Jednak po spojrzeniu na szalik i kolorowy sweter Jerry’ego trochę się zasępił.

– To znaczy… Przepraszam … Nie zrozum mnie źle.

—-

Niektóre rozmowy z prowadzącymi naprawdę zaskakiwały Anthony’ego.

– Gdybym tego nie zobaczył na własne oczy, nie uwierzyłbym. Tylu genialnych operatorów kamer i montażystów można zatrudnić do udowadniania, że najlepsze, co może się przytrafić samochodziarzom to niskie ograniczenia prędkości i wysokie podatki w cenie paliwa?!

-Oj, Alex, dlatego nigdy nie będziesz miał pierwszoplanowej roli w naszym programie.

Ostatecznie udało się na jakiś czas uciszyć wątpliwości Aleksa. Przekonał go argument, że mądrale z tak zwanej prawicy też lubią sobie pouciskać kierowców, a przywiązanych do wolności osobistej ugrupowań centrowych, które mogłoby się temu sprzeciwiać, od dawna już nie ma.

—-

Opory musiał przełamywać także sam Anthony. Mimo swej niechęci do religii, zaakceptował umieszczenie w jednym z materiałów scenek z katolikami na audiencji u Papieża, Tybetańczykami witającymi Dalaj Lamę i muzułmanami słuchającymi Wielkiego Muftiego.

Nikt nie wymyślił lepszej metafory tego, jak nowoczesny, lewicowy kierowca powinien traktować rowerzystę.

—-

Praca na planie była ciężka, ale wynik kolaudacji zaskoczył wszystkich.

– Pełnomocnik do spraw ochrony moralności publicznej powiedział, że nie ma żadnych uwag! On nigdy tak nie robi!

– Miał plamę na spodniach. Może i w trakcie seansu przyśniły mu się rzeczy, których nigdy nie robi…

– Cicho! To nasz wielki sukces.

—-

W „Left pedal” kilkakrotnie pokazano, jak niebezpieczne są zderzenia przy dużej prędkości, ale nawet te sceny nie przygotowały prowadzących na konfrontację z danymi dotyczącymi liczby widzów.
Anthony uspokajał swoich ludzi:

– Wszystko jest pod kontrolą. Chodzę na piwo z politykami i dostosowuję scenariusze do ich prognoz. Nasz program i tak gaśnie dużo wolniej, niż społeczne przyzwolenie na bycie fanem motoryzacji. Miłośników jazdy czekają rzeczy, przy których auta elektryczne są tylko miłą ciekawostką. Nasi rowerowi przyjaciele razem z aktywistami miejskimi zadbają o wyrugowanie prywatnych samochodów z miast, a reszty dokona obowiązek korzystania z trybu autonomicznego na większości autostrad. Słowem, wkrótce nadejdzie koniec motoryzacji jaką znamy.

– Ale jak to? I my z tym nie walczymy?! Przecież to odbierze nam pracę- oburzył się Alex-Wtedy nawet tytuł naszego programu będzie bez sensu, bo ludzie zapomną o kierownicy i pedałach!

– Nie martw się. Zrobicie kurs ergonomii i będziecie recenzować fotele oraz systemy multimedialne w autonomicznych samochodach.

– A tytuł?

– Nigdy nie lekceważ kreatywności swojego producenta. Rebranding został już starannie zaplanowany. Od 2020 roku program będzie nazywał się „Who cars?”.

Andrzej Szczodrak




Oddajcie nam pirata drogowego

Ograniczenie prędkości

Fotografia z zasobów Departamentu Transportu USA


Jak pisze „Wyborcza”
,  pirat drogowy Robert N., znany jako „Frog”, uniknął kary za swoje wyczyny w okolicach Jędrzejowa. Nawet wśród fanów motoryzacji niewiele jest osób, które darzą „Froga” sympatią za to, co wyprawia na drogach.

Ale gdy w środowisku rajdowo-wyścigowym rozległy się słowa potępienia pod jego adresem, pojawił się też głos wypominający, że przecież wielu kierowców sportowych nie ogranicza się do szybkiej jazdy na torach i na oesach.

W taki oto sposób sami zaklepujemy podział, który od dawna stosują dziennikarze społeczno-polityczni. Według nich istnieją tylko dwa gatunki kierowców: ci w 100% posłuszni oraz niebezpieczne istoty frogopodobne.

Do cementowania tego podziału służy wyrażenie „bat na piratów drogowych”, używane w stosunku do fotoradarów, odcinkowych pomiarów prędkości, nieoznakowanych radiowozów i innych narzędzi wspomagających egzekwowanie ograniczeń. Wyrażenie to wydaje się drobiazgiem w porównaniu do obrażającymi piękny sport sformułowaniami o „pijackich rajdach”, czy „rajdzie pirata drogowego”, ale …

tyle pracy hollywoodzkich scenarzystów nad bohaterami  mającymi własny kodeks i wszystko na nic?

Kierowca ma obowiązek stosowania się do przepisów. Jeśli tak nie postąpi, aparat państwowy ma prawo go ukarać.

Nikt nie neguje prawdziwości tych dwóch zdań, ale dodajmy jeszcze jedną zasadę:

Opinia publiczna może samodzielnie ocenić, czy problemem jest nieodpowiedzialny kierowca, czy uciążliwy a niewpływający na bezpieczeństwo przepis. W tej drugiej sytuacji obywatele nadal mają obowiązek przestrzegania prawa, ale na władzach spoczywa powinność jego szybkiej korekty.

W przypadku jazdy Froga po Warszawie sprawa jest jasna: przejeżdżał na czerwonym świetle, poruszał się pod prąd, zachowywał się w sposób nieprzewidywalny, wywołujący poczucie zagrożenia. Jest piratem drogowym zasługującym na, przynajmniej czasowe, wyeliminowanie z ruchu. Intuicja kierowców idzie tu pod rękę z prawem. A wyrażenie „pirat drogowy” przez lata należało do sfery intuicji kierowców.

Służyło ono do piętnowania ludzi jeżdżących nie tylko szybko, ale i agresywnie. Takich, którzy wywołują w nas uczucie „cholera, mało brakowało”.
Jednak gdy 80% pojazdów porusza się z prędkością niezgodną z ograniczeniem, to owszem, czterech na pięciu kierowców może zostać ukaranych, ale wmawianie im, że czuli się obok siebie niebezpiecznie jest chwytem poniżej pasa.

Wyrażenie „pirat drogowy” to nasze, obywatelskie narzędzie piętnowania drogowych jeźdźców apokalipsy. Więc, szanowni dziennikarze społeczno polityczni, najwyższy czas, byście je nam oddali.
Zwłaszcza że władza, która Waszym zdaniem zawsze ma rację, jakoś niespecjalnie sobie z piratami drogowymi radzi.

Andrzej Szczodrak




Poszedłbym do motobukmachera

Renault Avantime

Renault Avantime, autor zdjęcia: 328cia

 

Renault Avantime? O tak, to jest klasyk przyszłości. Trudno zakwalifikować go do jednego segmentu, a na dodatek słabo się sprzedał, więc popyt szybko przewyższy podaż. Vel Satisem czy Citroënem C6 też warto się zainteresować. Takie sympatyczne dziwadła na mur będą cenionymi youngtimerami jeszcze przed osiemnastym rokiem od zakończenia produkcji.

 

  • Słyszeliście takie wypowiedzi?
  • Bo to raz?!

Mówiono wam pewnie również, że nie zostawia się otwartych drzwi do garażu. Bo szajka zdesperowanych właścicieli Fiata Multipli może zostawić nam sześcioosobową niespodziankę.
W krótkiej perspektywie tego typu opinie działają jak zaklęcia. Cena Avantime rośnie, a dziwacznego Fiata w dobrym stanie nadal można kupić za ok. 4000 zł.
Czyli, gdybym miał garaż i koc, czekałyby one … jednak na Multiplę. Nie tylko ze względu na jakość i praktyczność, ale też na to, że „zły PR” zacznie w końcu działać na jej korzyść. W świecie filmu za pierwszoplanową rolę czarnego charakteru płaci się zwykle więcej niż za ciekawy epizod.
Zabawa w spekulację dostarcza największej radości, gdy wyprzedzimy trend o dwa kroki, a nie tylko o jeden. I jest naprawdę cenna. Im więcej osób będzie się w nią bawić na rynku samochodowo-motocyklowym, tym silniejsza będzie kultura motoryzacyjna. Jeśli najlepszym sposobem na sprzedaż auta za dużo większe pieniądze będzie trafna prognoza jego rynkowej przyszłości, to jakieś grono handlarzy zdecyduje się zagrać o większą stawkę, zamiast majstrować przy licznikach czy zlecać rekonstrukcję „samochodów z prawdziwego zdErzenia”.
A co z tymi, którzy nie są w stanie zainwestować w porządny garaż i przez kilka lat łożyć na paliwo, części i ubezpieczenie dla przyszłego klasyka?
No właśnie. Zakłady bukmacherskie.
Fiat Multipla I generacji osiągający pułap 20 000 zł w 2020 roku? Jeśli ten scenariusz się spełni, za jedną złotówkę otrzymasz 3,50. Golf III GTI ze średnią ceną powyżej 25 000 zł już w 2018? Kurs 1:7,6. Oryginalne BMW E30 318is średnio po 45 000 w 2019? 1:2,3. I tak dalej, i tak dalej.
Więcej emocji wokół motoryzacji, mniej nieuczciwych handlarzy, właściciele staranniej pielęgnujący swoje pojazdy pod wpływem korzystnych prognoz. Wszyscy wygrywamy.
Choć, oczywiście, niewielu zarobi na samych zakładach.

Andrzej Szczodrak




Korona Kielce Grand Tour

800px-Korona_Kielce_fans

Fot. Piotr Drabik, Wikimedia Commons

Wielu fanów motoryzacji nie lubi piłki nożnej. Niektórzy próbują nakręcić rywalizację o kibiców i sponsorów między motorsportem a futbolem. Cóż, znam co najmniej kilka zainteresowań kolidujących z miłością do aut i motocykli, dużo bardziej niż dyscyplina sportu, od której zaczynali Carlos Sainz i Józef Kiełbania.

Ale takiego skojarzenia futbolowo-motoryzacyjnego nawet ja się nie spodziewałem.
W Kielcach działa klub piłkarski Korona. Historia dążeń do tego, by Korona przestała należeć do władz miasta aż prosi o mema „Prezydent płakał jak sprzedawał”. Albo o stwierdzenie, że Korona zmienia właściciela równie chętnie, co Renault Laguna drugiej generacji, czyli „Królowa Lawet” i że nie przemianowano jej jeszcze na Lagunę II Kielce tylko dlatego, że „II” w nazwie zarezerwowane jest dla drużyn rezerwowych.
A teraz Korona Kielce ma nowego trenera- pana Tomasza Wilmana.
Oczywiście, zbiegi okoliczności nazwisk się zdarzają. Jednak w tym przypadku mówimy o powierzeniu pierwszego zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej szkoleniowcowi prowadzącemu do tej pory tylko drużyny młodzieżowe i rezerwowe. Robi to klub, który przez długi czas umiał wyszukiwać młodych trenerów z ciekawym doświadczeniem.
Więc powód może być tylko jeden. Fascynacja działaczy słynnym Andym Wilmanem. Pomyślcie: wy tylko piszecie komentarze o Chrisie Evansie jako o następcy Jeremy’ego Clarksona, a tu ktoś naprawdę się wysilił, by pokazać przywiązanie do Wielkiej Trójki motoryzacyjnych prezenterów i zaprzyjaźnionego od lat szkolnych z Clarksonem producenta. Producenta, który również przeszedł z „Top Gear” do „The Grand Tour”.
I całkiem możliwe, że Koronę Kielce też czeka Grand Tour, tylko jakie? W wariancie optymistycznym to wyjazdy do dalekich Kazachstanu, Gruzji czy Azerbejdżanu po awansie do europejskich pucharów.
Ale jest też druga możliwość: w niższej klasie rozgrywkowej urzędują takie drużyny jak Chojniczanka Chojnice. Też ładny kawałek drogi z Kielc.
W każdym razie Korona Kielce Grand Tour brzmi dumnie. Zwłaszcza że wersja kombi rzeczonego Renault Laguna też nazywała się Grandtour.
A, jak wiadomo, samochody kombi i podmioty publiczne mają wspólną cechę- dobrze mieści się w nich rodzina.

Andrzej Szczodrak




Polacy wierni Clarksonowi? Wolne żarty

????

zdjęcie: Mahdiabbasinv

Jakiś czas temu Jeremy Clarkson zapytał, czy Polska jest dobrym miejscem na realizację odcinka „The Grand Tour”. Już po chwili jego strona w portalu Facebook została przejęta przez naszych przejętych wielką szansą rodaków. A kiedy BBC Brit zadało pytanie, kto powinien poprowadzić polską edycję formatu, na stację spadły gromy od widzów niewyobrażających sobie „Top Gear” bez Wielkiej Trójki.
Wielu muzyków twierdzi, że polska publiczność jest najlepsza. Że to tutaj spotykają się z najbardziej żywiołowymi reakcjami. Czy to samo powinni przyznać trzej słynni dziennikarze?

Nie. Posłuchajcie jakim językiem mówimy o samochodach i motocyklach, a potem spróbujcie powiedzieć, że jesteśmy dobrą publicznością dla tego typu twórców.

Jeremy Clarkson  to specjalista od zarażania innych ludzi miłością do motoryzacji drogą słowną. Tak, słowną a nie telewizyjną.

Nie wierzycie? To zajrzyjcie do książki Richarda Portera i zbiorów felietonów samego Clarksona. Richard Porter nazywa swego kolegę „prawdziwym koneserem słów” wspominając też, że „Reżyserzy telewizyjni myśleli obrazami i uważali stronę wizualną za najważniejszy element każdego filmu. Jeremy z upodobaniem irytował ich stwierdzeniem, że Top Gear to 99 procent słów i tylko jeden procent obrazu” (!). Sam Jeremy Clarkson pisze w swym felietonie, że wybitni dziennikarze to „ludzie, którzy z takim samym polotem napiszą o Lamborghini co o zebraniu rady parafialnej”. Na pytanie, jakie kwalifikacje trzeba mieć, by pracować w „Top Gear” odpowiada: „Trzeba lubić samochody, ale przede wszystkim trzeba kochać pisanie. Kochać je do tego stopnia, by pisać dla relaksu. Musicie postrzegać nową Alfę lub jakikolwiek inny samochód jako narzędzie, dzięki któremu powstanie fragment waszej prozy”.

Czyli dziennikarze samochodowi i motocyklowi mają fajne narzędzia, a co z tworzywem?

Słownictwo motoryzacyjne z natury jest mieszaniną określeń naukowych, nazw wypracowanych przez inżynierów i specjalistów od PR w poszczególnych firmach oraz slangu z warsztatów, komisów i torów.  Wszystkie te wpływy powinny być porządkowane przez dziennikarzy, będących prawdziwymi specjalistami od ładnego mówienia.

Ha, ha, ha…

Jeden z prowadzących popularnego programu telewizyjnego regularnie „wyłącza trakcję”. Ciekawe. W języku angielskim są dwa słowa na kontakt z nawierzchnią: traction i grip. O „traction” mówimy przy przyśpieszaniu na wprost, dlatego układy pokrewne do boschowskiego ASR nazywamy „kontrolą trakcji”. „Grip” mamy w zakrętach. W języku polskim i „traction”, i „grip” przetłumaczymy na „przyczepność”. Wyłączając przyczepność, oderwalibyśmy się od ziemi. A może kolega po prostu mówi o tym, że sam odlatuje, a tylko ja, głupi, kojarzę to z przyciskiem kontroli trakcji?

Pozostając przy autach sportowych wspomnę o jeszcze jednym warsztatowym wyrażeniu, które nigdy nie powinno przeniknąć na łamy prasy czy na antenę, a kilka razy mu się to zdarzyło: „odelżyć samochód”.

Zdecydowana większość słów z przyrostkiem „od” (może oprócz „odbudować” i „odmalować”) oznacza odejście od jakiegoś stanu. W polszczyźnie od bardzo dawna funkcjonuje słowo „odciążyć”. Gdyby ktoś chciał być oryginalny i zdecydował się swojemu autu „ulżyć” też jakoś by to jeszcze wyglądało. „Odelżyć” kojarzy mi się z czymś innym:

„Trzebaż jeszcze, aby mnie, zamku urzędnika,
Gerwazego Rębajłę, Horeszków klucznika,
Lżyć w domu Panów moich?”.

Czyli, jeśli przestaliście kląć na „tego starego strucla”, to być może go odelżyliście.

A propos lżenia: nie lubię też wyrazu „d…wóz” (tu jest poważna dziennikarska strona, tu się wykropkowuje wulgaryzmy 😉 ).
I nie chodzi o zawarty w nim mikroładunek wulgarności, a o podejście. Lekceważycie swój samochód do codziennej jazdy? To znaczy, że dokonaliście złego wyboru.

Na szczęście istnieje opór przed wpuszczeniem „d…wozu” na łamy prasy, czy nawet do telewizji. A, jeśli pozostajemy przy słowach kończących się na „wóz”, to, dla odmiany, lansowany przez Adama Kornackiego „dziadkowóz” ma w sobie jakiś wdzięk. Co innego podchwycony przez autora bloga „Złomnik” (vel „Poznajemy Samochody”) „grzyb”. Naprawdę chcecie, by dziennikarz motoryzacyjny dawał „kulturowe błogosławieństwo” temu, że handlarz nazywa waszego dziadka lub tatę „grzybem”? Gdybym podchwycił takie słowo, a raczej wniósł je na butach na łamy bloga lub prasy, moja wrażliwość językowa spersonifikowałaby się i przyłożyłaby mi w twarz.

Nakręcamy się walką z myleniem rajdów z wyścigami, choć w angielskim istnieje „rally racing”. Nieszczęsne wyrażenie „wyścigi rajdowe” miałoby sens, gdyby było stosowane dla odróżnienia od wyścigów torowych i górskich. Wolałbym podyskutować o tym, czy możemy pozwolić sobie na mówienie o „pompie wody” zamiast o „pompie cieczy chłodzącej”. Anglojęzyczni, ze względów historycznych, też mają „water pump”. Ale my? Czy naprawdę chcemy, by przysłowiowy „Seba” samodzielnie dolewał wodę do układu chłodniczego auta, które być może kiedyś kupimy?

Można by się spierać: historia czy precyzja?

Tylko z kim dyskutować o słowach? Interesuje to Piotra R. Frankowskiego, który pisze o samym wyrazie „motoryzacja” a w rozmowach ciekawie wyjaśnia pochodzenie „szyberdachu”. Ale kogo jeszcze?

Przy okazji: w kwestii „motoryzacji” jednak się z Mistrzem nie zgadzam. Jeśli dobrze pamiętam z książek Witolda Rychtera, jest to słowo przedwojenne.

Problem w tym, że nasz współczesny język jest chyba … postapokaliptyczny.

Andrzej Szczodrak




Motofikcja wyjaśnia: O co chodziło ze Škodą Snowman?

snowman

fot. Škoda

Potwierdzono już, że nowy model Škody będzie nosił nazwę Kodiaq. Uzupełnienie gamy o dużego SUVa to dla czeskiego producenta wręcz konieczność. W całej sprawie tajemnicza jest tylko jedna rzecz: jakim cudem tyle mediów spekulowało, że to auto trafi na rynek jako Snowman?

Ok, w krajach anglojęzycznych nie usłyszymy „You snowman!” jako obelgi. Nie grozi nam też „Du Schneemann!” w Niemczech, ani „Ty sněhulák!” w Czechach.

Ale żeby południowi bracia stwierdzili, że nad Wisłą nie ma się z czego śmiać i szykowali się do stworzenia polskiego odpowiednika Łady, która Nie Chodzi (No Va) lub autoerotycznego Mitsubishi (http://autokult.pl/6398,prostytutka-gile-z-nosa-lajno-niefortunne-i-wulgarne-nazwy-aut)?

Firma chcąca sprzedawać 1,5 mln. samochodów rocznie rozważa nazwę, która w sąsiednim kraju kojarzy się z obelgą „Ty bałwanie!”. Serio?

Oto możliwy przebieg wydarzeń według Motofikcji:

 

Miejsce: Škoda Auto Polska, dział PR

– Słyszeliście wieści z centrali? Będzie SUV większy od Yeti!

– I słusznie, bo to samograj. Najpopularniejsza marka rodzinnych aut wypuszcza nowy samochód w najpopularniejszym rodzinnym segmencie.

– No tak, ale w Polsce autem rodzinnym wciąż jest kompakt lub coś z segmentu B.

– To musimy zrobić szum wokół tego SUVa na długo przed premierą.

– Jak to osiągniesz?

– To proste. Dwa główne tygodniki motoryzacyjne w Polsce należą do dwóch dużych zachodnich wydawców. Podobnie jak kilka miesięczników. Jeżeli trafimy do właściwych dziennikarzy na Zachodzie, polską prasę zaleje masa przedruków na temat naszego auta. Czytelnicy muszą mieć wrażenie, że w dniu premiery nasz SUV wyjedzie z ich lodówki.

– Z lodówki powiadasz? No to operację „Snowman” uważam za rozpoczętą. Dzwonię do Czechów, by ludzie od kontrolowanych przecieków zwrócili szczególną uwagę na dziennikarzy dwóch koncernów.

Sympatycznym polskim PRowcom Škody udało się osiągnąć cel. Samochodu tak często zapowiadanego w rodzimej prasie motoryzacyjnej nie było chyba od czasu projektu X1-79, czyli … Cinquecento. W sukces przekuto nawet pewne nieporozumienie- słowo „Snowman”, będące kryptonimem projektu PRowego, wypłynęło do mediów jako potencjalna nazwa modelu. Kontrowersja (że jak? że Bałwan?) dobrze się sprzedaje. W marcu 2016 roku statystyki publikacji były tak dobre, że aż postanowiono strollować osoby traktujące tę nazwę poważnie. Jako żart primaaprylisowy wysłano informację o nowej Škodzie Snowman będącej … ratrakiem (http://www.mototarget.pl/news,snowman_czyli_pierwszy_ratrak_skody,21261.html).

Było też inne nieporozumienie. Jeden z pracowników polskiego PRu Skody użył w rozmowie z czeskim kolegą słowa „droga”. Jako że „droga” to narkotyk, zostało to odebrane jako prośba o przesłanie porcji marihuany. Zanim uczynny Czech zdążył podjąć próbę zakupu, zadzwoniono do niego ponownie i wyjaśniono, że polscy PRowcy starannie monitorują główne czasopisma motoryzacyjne w naszym kraju.

I nie potrzebują dodatkowych rozśmieszaczy.

Andrzej Szczodrak




Mercedes-Zen

Merc

W pewnym świecie, równoległym do naszego, mocną pozycją cieszy się marka samochodowa Mercedes-Zen.
Podobnie jak ziemski odpowiednik, wywodzi się od jednego z pionierów motoryzacji. Jednak jej nazwa wypływa nie z historii, a z filozofii:

„Twórzmy samochody, które jak najmniej potrzebują”.

Odkąd przyjęto to założenie, firma dynamicznie się rozwija. Buduje auta z kompletnym wyposażeniem, niepotrzebujące dodatkowych gadżetów. Zmniejsza zużycie paliwa, ale też dba, by jej pojazdy nie potrzebowały dużo czasu na dotarcie do celu.
Status duchowych  mistrzów w firmie Mercedes-Zen mają inżynierowie, którzy zredukowali jakąś potrzebę do zera.
Młody projektant, Thomas marzy o takim osiągnięciu, więc buduje zespół i po miesiącach prac oznajmia swemu dyrektorowi:

– Opracowałem samochód niepotrzebujący kierowcy.

Szefowie nie organizują jednak tradycyjnej uroczystości z okazji osiągnięcia kamienia milowego. Zamiast tego prowadzą Thomasa do hali Mistrza Hansa. Po ominięciu gablot mieszczących modele opisane tajemniczymi symbolami, takimi jak W123, W126, W124 czy W201, młody inżynier staje przed mistrzem:

– Ech, czemu wy próbujecie inspirować się ideami, których nie rozumiecie? Zachęta, by ograniczyć swoje potrzeby jest obecna w wielu filozofiach, ale która z  nich mówi: nie potrzebujesz duszy? Kierowca to dusza samochodu.

– Ale…

– Kiedyś zrozumiesz, a na razie pozwól, że przekonam cię za pomocą liczb. Ile może ważyć kierowca?

– Zwykle do 120 kg.

– Dobrze. Widzisz ten duży prostokątny billboard? Wciągnij go na wagę. Przynieś też zawartość tamtych półek.

Thomas podchodzi do półek, otwiera je i z trudem łapie wypadające z nich czasopisma i kasety. Układa je obok billboardu, a na wyświetlaczu wagi pojawia się liczba znacznie przekraczająca 120 kg.

– Życzę ci sukcesu, który będzie miał odpowiednią masę i odpowiednią wagę- uśmiecha się Mistrz Hans.

Dyrektor Thomasa jest znacznie mniej wyrozumiały:

– Samochody, które nie potrzebują kierowcy? I to ma być postęp? Kiedyś stworzyliśmy samochody, które nie potrzebują reklamy.

 

Andrzej Szczodrak




Pojazd, którego brakuje: średniej wielkości GT

Peugeot_407_Coupé_20090808_front

Fot. S 400 HYBRID, Wikipedia

 

Mówi się, że cenzurę można podzielić na polityczną i obyczajową. Jeżeli nie możesz skrytykować prezydenta Erdogana, to jest to cenzura polityczna, a jeśli niemieckie państwo zabrania sprzedawania brutalnej gry komputerowej nawet osobom pełnoletnim, mamy do czynienia z cenzurą obyczajową. Przyjęło się, że ta druga sytuacja jest dopuszczalna w cywilizowanym kraju, a z pierwszą trzeba walczyć. Dla mnie jest to podział sztuczny- pod pozorem cenzury obyczajowej można czasem robić cenzurę polityczną.

Dlaczego umieszczam taki quasi-politologiczny wywód na stronie o motoryzacji? Ano dlatego, że rynek motoryzacyjny zadziałał, jakby szalała na nim cenzura obyczajowa.

„Panie Sergio, od dziś promujemy wartości rodzinne. Koniec demoralizowania mężczyzn w średnim wieku. Na kryzys to sobie mogą pozwolić, jeśli stać ich co najmniej na Audi lub BMW, a najlepiej na Porsche. Taki, to jeśli zostawi rodzinę, to z solidnym zabezpieczeniem finansowym.”

I cała piękna klasa aut pojechała do Krainy Wiecznej Grupy B.

Szkoda, bo sprawiała, że nawet Chris Bangle potrafił zrobić coś pięknego (Fiat Coupé). Zachęcała, by nawiązać do Aston Martina (Laguna Coupé), a u Forda, który takie nawiązania trochę strywializował, była przyjazna dla miło mruczącej nazwy Cougar. Ba, miała aż dwa swoje „Ferrari”- wspomnianego już Fiata i Peugeota 406 Coupé. A warto przypomnieć też Alfy- Brerę i GT. Ten segment był polem popisu dla Pininfariny, a, jak pewnie odpowiedzą mi niektórzy, został zaorany przez SUVy i crossovery. Co ciekawe, w oraniu wzięły udział także pojazdy przednionapędowe.

Oj, można zatęsknić nawet za Callibrą, dla której niemieckie „spass” często zamieniało się w swojskie „szpachla”.

Średniej wielkości GT oferowane są przez marki premium BMW serii 4, Lexus RC, Mercedes C Coupé i Audi A5. Jest to jednak inna klasa aut. Za to segment sąsiadujący ze średnimi GT „od dołu”, ulokowany bliżej kompaktów, a reprezentowany przez Scirocco i RCZ, także wydaje się schodzić ze sceny, mimo udanej reanimacji w wykonaniu Toyoty i Subaru.

Właśnie, patrząc na kompakty można przestać żałować tych średnich GT. Bo przecież V6 było dla nich szczytem silnikowego szlachectwa, na NürburgRingu dostawałyby teraz łomot od hot-hatchy, nie mówiąc już o „boiling-hatchach” w rodzaju Focusa RS, Golfa R i AMG A45. A przy tym wszystkim były mniej praktyczne od pięciodrzwiówek.

Kiedy ja naprawdę nie lubię cenzury obyczajowej…

Andrzej Szczodrak




Nasza ulubiona motofikcja

SuperLottoCard

Motofikcja powstała dla tych, którzy zadają sobie pytania, co by było, gdyby Jensen FF osiągnął sukces rynkowy godny jego potencjału technicznego, albo gdyby FSO stało się częścią koncernu Volkswagena. Jednak nie czarujmy się, ulubioną „motofikcją” większości z nas jest rozważanie, jak realizowalibyśmy motoryzacyjną pasję, gdybyśmy wygrali w popularnego „Toto-Lotka”. Można byłoby nakupić samochodów i motocykli, ale ..

 

Gdyby tak się zastanowić, najlepszym sposobem wydania wielkich pieniędzy jest zafundowanie sobie długiego cyklu nauki jazdy autami i motocyklami.
Dla mnie pierwszym etapem byłaby szkoła jazdy w terenie. Tego typu kursy organizują m.in. firma Alchemia Adventure korzystająca z Centrum Sportów Motorowych w Olszynie, łódzki Autotraper oraz Rayo Off Road Centrum. Pokonywanie przeszkód terenowych jest przyjemnością samo w sobie, ale techniki jazdy po luźnej nawierzchni mogą przydać się każdemu. Nawet do wydostania się z zaspy, gdy zbyt szybko wjedziemy w zakręt na torze.
Jeszcze bardziej potrzebną umiejętnością jest kontrolowanie poślizgu. Szlifuje się ją na każdym kursie bezpiecznej jazdy. Ponieważ ukończyłem już dwa stopnie szkolenia w Szkole Jazdy Subaru, starałbym się doskonalić panowanie nad autem poprzez udział w lekcjach driftingu. W tej dziedzinie najsłynniejsza w Polsce jest Akademia Macieja Polodego.
Do Szkoły Jazdy Subaru powróciłbym na szkolenie indywidualne. Skorzystałbym również z własnej listy technik, które chcę opanować lub doszlifować. Obok kolejnej powtórki z kontrolowania poślizgów i jazdy wokół beczki, byłyby to:
-wybór toru jazdy w sekwencji zakrętów,
-międzygaz (technika pięta-palce),
-hamowanie w jeździe sportowej, zastosowanie hamowania lewą nogą,
-obrót samochodu wokół jego osi („Aaltonen”)
oraz stanowiąca wstęp do jazdy kaskaderskiej „jotka”.
Takie szkolenie to jedno z moich, wciąż niespełnionych marzeń. Jeżeli też chcielibyście poćwiczyć te techniki i jesteście gotowi wydać na to ok. 500 zł., zapraszam do wspólnego wyboru terminu:

https://pl-pl.facebook.com/events/423465264517467/

Po treningach samochodowych przyszedłby czas na motocyklowe. Tu także chciałbym opanować dwie przestrzenie- tor i wertepy. Czy motoryzacyjne przyjemności zakończyłyby się dla mnie w Polsce? Zdecydowanie nie.
Ćwiczenie jazdy rajdowej u skandynawskich mistrzów, w tym spotkanie z Harrim i Kalle Rovanperą, intensywna nauka Nurburgringu, by pokonywać go poniżej 9 minut „cywilnym” samochodem i rysować jego mapę z pamięci, wskazówki od Sabine Schmitz i, jeśli to możliwe, dzień treningu na Silverstone pod okiem Tiffa Needella.
Tiff Needell, jeden z moich największych dziennikarskich idoli, w jednym ze swych występów w „Fifth Gear” pokazał możliwości super-SUVów. I to dzięki niemu Mercedes ML 55 AMG ciekawi mnie bardziej niż nowsze modele. Motocyklem, który chciałbym poznać jako pierwszy jest Honda Africa Twin.
Veyrona, F40 lub i .. Megę Track kupiłbym, gdyby udało mi się mieć popularny kanał youtube’owy o rozwoju za kierownicą. Wtedy wiedziałbym, że jestem w stanie pomnożyć część wygranych pieniędzy. Byłby to zarazem sposób by medialnie i finansowo pomagać potrzebującym.
Musiałbym jednak mieć, psiakrew, rezerwę paru milionów, żeby zostać wystrzelonym na orbitę najbardziej niebezpiecznym statkiem kosmicznym w historii. Wystrzelenie to miałoby miejsce momencie, gdy rozwijane i propagowane przeze mnie umiejętności staną się zbędne z powodu ekspansji pojazdów autonomicznych.

Andrzej Szczodrak




Zamiast „Pojazdu, którego brakuje” tym razem „Program, którego brakuje”

„Drukowanie książek to barbarzyństwo! Podstawą obcowania ze słowem pisanym powinien być ebook! Wycinajmy mniej drzew!”

Takie słowa mogłyby być uzasadnione z punktu widzenia ochrony środowiska, ale żadni eko-bojownicy się na nie nie odważą. Wizerunkowo znaleźliby się wtedy na poziomie talibów niszczących posągi Buddy. Książki to na szczęście świętość.

Nie, nie piszę o tym po to, by polecić nowy wydawniczy przebój. Chcę tylko przypomnieć prostą zasadę: kto zwycięża w kulturze, wygrywa też w biznesie i polityce.
Tymczasem kulturowa ranga motoryzacji spada na łeb na szyję. Okładka „Auto Świata” z 16 września 1996 r., zawierająca cytat z Błażeja Krupy „Jeżdżę szybko, ale bezpiecznie”, dziś byłaby obiektem ataku. Bo prędkość, będąca przez lata głównym atutem samochodów i motocykli, stanowi teraz tabu. I wcale nie mam przekonania, że ktokolwiek, choćby i Jeremy Clarkson, ma dziś siłę z tym walczyć.
Czy nie reagujemy zbyt pokornie na to, że władze ukazują samochody jako zło konieczne, rugują je z centrów miast, a  limity prędkości obniżają już nie dla bezpieczeństwa, lecz wprost dla „nakłonienia” (czyt. zmuszenia) do przesiadki na transport zbiorowy?
Na koncerny motoryzacyjne nałożono obowiązek walki z CO2. Jednak gdy napędzane wodorem lub innym eko-paliwem auta się rozpowszechnią, spora część infrastruktury będzie już przekazana komunikacji publicznej oraz rowerom.

Telewizyjna oferta dla fanów motoryzacji jest jak pyszny tort. Pojedynek pomiędzy siódemką z „Top Gear” i Wielką Trójką będzie śmietankową dekoracją, a rywalizacja Porsche 918, La Ferrari i McLarena P1- wisienką. A przecież jest jeszcze mnóstwo dobrego, a czasem wręcz pysznego ciasta, za które odpowiadają m.in. ekipy Garażuj Jay’a Leno, „Fifth Gear”, „Fanów Czterech Kółek”, Auto-Reaktywacji i Outlaw Garage.
Na ekranie mamy więc cukiernicze arcydzieło, a w życiu codziennym dostajemy tortem w twarz.

A to sprawia, że najciekawsze pytanie dotyczące motoryzacyjnych twórców kultury to nie „kto z nich najlepiej nas rozbawi?” a „kto z nich jest gotów iść na wojnę?”.
Redaktorzy portalu TopGearOnline chcą stworzyć polski odpowiednik legendy. A może by tak … nawiązać do czasów, gdy Jeremy Clarkson niemiłosiernie atakował Johna Prescotta?
Na początek proponuję jazdę po ulicach z pilotem rajdowym. Zasada jest prosta:

przestrzegamy ograniczeń, ale je krytykujemy.

Nasz pasażer cały czas mówi nam, jaka jest jego zdaniem prędkość bezpieczna w tym miejscu i w tych warunkach. Swoje spostrzeżenia na bieżąco zapisuje w notesie. Do samochodu zapraszamy też inżyniera z Miejskiego Zarządu Dróg. Ma on prawo odnieść się do opinii pilota dopiero po zakończeniu przejazdu.

To tylko jeden z kilku punktów programu. Warto jednak pamiętać o tym tekście Chrisa Harrisa. W dziedzinie efektów specjalnych Wielka Trójka i BBC są niepokonani. Teraz mogą konkurować między sobą.

Pozostali powinni szukać innych sposobów, by przypomnieć ludziom, dlaczego nadają samochodom imiona.

Andrzej Szczodrak